Kup on-line
Mayday
Ray Cooney
najbliższy spektakl: 22.08.2014 19:15 2h 15min, 1 przerwa Karmelicka 6
Obsada
Barbara Smith
Mary Smith
John Smith
Stanley Gardner / John Smith
Bobby Franklin / Stanley Gardner
Inspektor Troughton
Inspektor Portenhouse
Bobby Franklin
Reporter
Tłumaczenie: Elżbieta Woźniak
Reżyseria: Wojciech Pokora
Scenografia: Joanna Schoen
Asystent reżysera: Alina Kamińska
Inspicjent / sufler: Teresa Twardziak-Bazylczuk / Sylwia Domin
Opis spektaklu
O autorze
O reżyserze
Recenzje
Opinie

Mayday (Run For Your Wife)

 

100 procent frekwencji!

Niemal czterysta tysięcy widzów!

Tysiące godzin czystego, wyzwalającego śmiechu!

Takie jubileusze w polskim teatrze się nie zdarzają!

 

Fajerwerki humoru, a zarazem pean na cześć męskiej zaradności, pomysłowości i intelektu. Niejaki John Smith, taksówkarz, usiłuje wybrnąć z pomocą przyjaciela z tarapatów i nieoczekiwanych zbiegów okoliczności, demaskujących jego podwójne życie: w dwóch oddzielnych domach, z dwiema różnymi, równie mocno kochającymi go małżonkami. Smith stacza śmiertelny pojedynek z obiema kobietami, jednym homoseksualistą i komplikującymi jeszcze bardziej sytuację gapowatymi inspektorami policji.

 

Historia wpadki bigamisty wydawałaby się dobrym tematem na tragedię, Cooney udowodnił, że to najśmieszniejszy temat na świecie. „Sztuka Cooneya to mistrzostwo gatunku” - pisał Paweł Głowacki po premierze – „wehikuł śmiechu tkany misternie i bez wytchnienia na kanwie kompletnej bzdury. Oto przed nami historia demaskowania się londyńskiego taksówkarza-bigamisty. Cóż to kogo obchodzi? Co to obchodzi Polaka zwłaszcza? Kompletnie nic. Ale też nie o to chodzi, by obchodziło, ale o to, aby śmieszyło. i rzeczywiście się śmiejemy (jeśli ryk można nazwać śmiechem) przez bite dwie godziny. Śmiejemy się z niczego, śmiejemy się, gdyż wobec takiej galopady słowno-sytuacyjnych gagów nie sposób pozostać frasobliwym.”

 

Nie ma żadnej różnicy pomiędzy mężczyzną odkrywającym swą żonę w łóżku z jego najlepszym przyjacielem w farsie, a mężczyzną znajdującym swą żonę w łóżku z jego najlepszym przyjacielem w tragedii. Reakcja męża w każdej ze sztuk powinna być taka sama. Różnica polega na reakcji publiczności, a nie męża. Tak twierdzi Ray Cooney, autor najbardziej kasowych i z pewnością najśmieszniejszych fars, jakie powstały na Wyspach Brytyjskich w ciągu ostatnich lat i szturmem zdobyły teatry Europy Zachodniej i Broadwayu.

 

„Mayday” jest jego siedemnastym z kolei utworem, podobno jak dotąd najlepszym... Po raz pierwszy w Polsce wystawiono go w warszawskim Teatrze Kwadrat z Wojciechem Pokorą jako Johnem Smithem. Aktor tak polubił rolę i sztukę, że sam podjął się jej reżyserii we Wrocławiu i Katowicach. Tam właśnie zobaczyła to przedstawienie (i brawurową reakcję publiczności) ówczesna dyrektor Bagateli Nina Repetowska i zaprosiła Pokorę do pracy w Krakowie.

 

Od premiery w 1994 zdążyły zużyć się dekoracje i kostiumy zmarłego w 2000 Józefa Napiórkowskiego. Nową scenografię zaprojektowała Joanna Schoen, która ubrała też ponownie bohaterów.

 

Premiera: 8 maja 1994, Duża Scena

Ray Cooney, urodzony jako Raymond George Alfred Cooney w 1932 londyńczyk, spod którego pióra wyszła farsa nad farsami – „Mayday” („Run For Your Wife”), zanim stał się najchętniej granym na świecie autorem sztuk komediowych, był aktorem teatralnym. Aż do emerytury nie zerwał z zawodem wyuczonym, a między 1948 a 2000 zagrał także 13 ról filmowych i telewizyjnych.

 

Już jako czternastolatek związany z angielską trupą Briana Rixa marzył, by stać się tak wielkim i sławnym jak Laurence Olivier lub Marlon Brando. Los jednak chciał, że w 1961, kiedy jego aktorska kariera zaczęła się krystalizować, napisał (wraz z Tonym Hiltonem) „One for the Pot”.

 

Sztuka – choć sam Cooney w jednym z wywiadów przyznał, że nie miał pojęcia ani o konstrukcji, ani o zawiązywaniu intrygi – okazała się scenicznym sukcesem. Od tej pory młody aktor zaczął bardziej być dramaturgiem, a z czasem i producentem na West Endzie.

 

W 1983 stworzył Theatre of Comedy Company i został jego dyrektorem artystycznym. Scena pod jego rządami wystawiła ponad dwadzieścia sztuk, w tym „Pigmaliona”  z Peterem O'Toolem.

 

Jego twórczość jest do tego stopnia uwielbiana we Francji, że nazywa się go tam nawet  „Le Feydeau Anglais”, w nawiązaniu do mistrza tamtejszej komedii popularnej Georgesa Feydeau.

 

Jest współscenarzystą, współreżyserem i współproducentem czterech komedii filmowych: „Not Now, Darling” (1973), „Not Now, Comrade” (1976), „See How They Run” (TV, 1984), w których także wystąpił, oraz adaptacji swego opus magnum „Run For Your Wife” (2011). Z synem Michaelem, scenarzystą filmowym („Tożsamość” J. Mangolda, 2003), napisał farsę „Tom, Dick and Harry”.

 

Doceniany przez widzów i krytyków oraz nagradzany za osiągnięcia w dziedzinie dramaturgii, z wyróżnieniem Orderem Imperium Brytyjskiego w 2005 włącznie, mówi, że najbardziej przyjemne w życiu jest bycie aktorem, bo to zabawa. Zarządzanie, bycie producentem, no i pisanie, wymagają niesłychanego skupienia. „Nie lubię się rozpraszać i jeśli piszę, to cała moja energia skierowana jest wyłącznie na to”– podkreśla.

 

W wyniku bardzo rzetelnego podejścia do pracy pisarskiej oraz chęci skończenia raz na zawsze z odpowiadaniem na pytanie „jak się pisze dobrą farsę?”, Cooney w kilku punktach wyłuszczył zasady swojej pracy. A nazwanej przez niego „metodą” instrukcji pisania fars zabrakło jednego punktu. Otóż – być może ze względu na skromność – nie umieścił paragrafu: talent. A bez tego pewnie, choćby nie wiem jak trzymać się cooneyowskiego przepisu, dobrej farsy się nie napisze.

 

Instrukcja pisania farsy według Raya Cooneya

 

  1. Na początku jest intryga.

Nie szukam intrygi  komediowej czy zabawnej. Szukam tragicznej. Farsa, bardziej niż komedia nawiązuje do tragedii. I tak na przykład w znanym wszystkim "Maydayu" główny bohater jest bigamistą. Taka sytuacja w realnym życiu jest przecież całkowicie tragiczna. Ale moja sztuka nie mieści się w tragedii, bowiem farsa służy do wywoływania śmiechu. Jednak widownia instynktownie rozumie, że stawka, o jaką chodzi, jest niebagatelna.

 

  1. Charaktery postaci muszą być prawdziwe i rozpoznawalne.

To jest jedna z podstawowych przyczyn, która wywołuje śmiech publiczności. Postaci są wiarygodne i znajdują się w sytuacjach  nieznacznie odbiegających od bardzo typowych. To po prostu zwykli ludzie, którzy znaleźli się w trudnym położeniu. Brak możliwości kontroli nad niecodzienną sytuacją wywołuje śmiech. Ale tak naprawdę to znowu tragedia.

 

  1. Wielokrotne poprawianie tekstu.

Na początku moje farsy są czystą mieszaniną różnych komponentów. Nigdy nie mam jasnego obrazu. Oryginalny scenariusz jest porównywalny do średniej klasy forda. A przecież chodzi o to, by do czasu ukazania się na West Endzie nabrał elegancji, komfortu i precyzji rolls–royce’a.

By osiągnąć zamierzony efekt, najpierw czytam scenariusz zaproszonej małej widowni. Po reakcji słuchaczy orientuję się, czy podstawowy tekst w ogóle nadaje się na scenę. Później przychodzi czas na komediowe modyfikacje oraz szlifowanie humoru i dowcipów. Ogromne części scenariusza są generalnie przekształcane, aby następnie można go było już konfrontować podczas pierwszych prób scenicznych.

Wtedy też – niekiedy – rezygnują z niektórych postaci, lub odwrotnie powołuję nowe do życia.

Z pierwszych reakcji publiczności nieodmiennie wyciągam podstawowy wniosek: nie ilość czasu i wysiłek, jaki został włożony w realizację, decydują o sukcesie. O powodzeniu decyduje odbiór! Po takiej otwartej próbie znowu coś przepisuję i poprawiam, tak by wszystko było naprawdę dopracowane w stu procentach. Szukam perfekcji.

 

  1. Niezbędny jest casting!.

Podstawą moich sztuk jest śmiech. A śmiech kojarzy się z uproszczeniem, które mówi, że by grać komedię, nie trzeba być wybitnym aktorem. To nieprawda. Ja szukam aktorów umiejących grać tragedię. Szukam artystów posługujących się doskonałą techniką aktorską, precyzyjnych i skupionych na pracy. Poza tym „moi” aktorzy wiedzą, jak grać zespołowo. Nie mogą szarżować w momentach, kiedy nie czas na indywidualne popisy. To może, poza innymi konsekwencjami, odciągać uwagę widzów od właściwych wątków i tropów. Granie w farsie to praca zespołowa, choćby nie wiem jak bardzo intensywnie opracowana była główna rola.

Tu nie ma pięknych poetyckich monologów wygłaszanych w świetle punktowca ze środka sceny. Farsa rządzi się bardzo prozaicznym językiem i nieustającą bieganiną wokół własnych prozaicznych problemów.

 

  1. Na scenie – tylko czas realny!

To oznacza, że dwie godziny, spędzone w teatrze przez widza, to dwie godziny z życia bohaterów sztuki. Tak więc kiedy kurtyna podnosi się w drugim akcie, bohaterowie są dokładnie w tym samym fizyczno – psychicznym miejscu, w jakim pożegnaliśmy ich w akcie pierwszym.

W związku z tym na scenie jest tylko jedna dekoracja, w której aktor – magik czyni cuda na twoich oczach.

 

  1. Bez widzów i ich inteligencji – nie ma farsy!

 

/tekst na podstawie „The Rules of Farce” Raya Cooneya, 1995; tłumaczenie: Kinga Piechnik/

Wojciech Pokora, jeden z najpopularniejszych a zarazem najlepszych aktorów komediowych powojennej Polski, urodził się w 1934 w Warszawie. Skończywszy wrocławskie Technikum Budowy Silników Lotniczych (obecnie Lotnicze Zakłady Naukowe), pracował w FSO na Żeraniu. Po dyplomie w warszawskiej PWST – której po latach miał zostać pedagogiem – (William w „Jak wam się podoba”, 1957), debiutował w 1958 rolą dziennikarza w „Wizycie starszej pani” w warszawskim Teatrze Dramatycznym, którego został etatowym aktorem na ponad ćwierć wieku. Grał następnie w Nowym (1984-90), Kwadracie (1990-2001, 2008) i Komedii (2001-3).

 

Wielokrotnie współpracował z Konradem Swinarskim, Ludwikiem René i Adamem Hanuszkiewiczem; występował w sztukach Shakespeare’a, Dürrenmatta, Witkacego, Herberta, Sofoklesa, Buchnera, Słowackiego, Brechta, Gorkiego, Cervantesa, de Ghelderode’a, Molière’a, Wyspiańskiego, Pirandella, Gombrowicza, Beaumarchaisa i Shawa. Ostatnio pojawił się w inscenizacji „Hrabiny Maricy” Emmericha Kálmána w Operetce Warszawskiej (reż. Márta Mészáros, 2008) i „Chorym z urojenia” w interpretacji Teatru 6. Piętro (2011).

 

Pierwszą samodzielnie wyreżyserowaną przez niego sztuką był „Dyl Sowizdrzał Grigorija Gorina w Teatrze Dramatycznym w 1978. Kolejne realizacje to „Styczeń” Jordana Radiczkowa (Dramatyczny, 1979), „Krasnoludki, krasnoludki” Tadeusza Kijonki (Komedia, 1979), „O dwóch takich, co ukradli …” wg Makuszyńskiego (Nowy, 1985), „Fifty-fifty” Stanisława Tyma (Kwadrat, 1987), „Panienki Madame Tiny” Pierre’a Chesnota (Kwadrat, 1989), „Czerwony Kapturek” Eugeniusza Szwarca (Syrena, 1991; Zielona Góra 1992), „Blask szklanej kuli” Janusza Kępskiego i Jarosława Kukulskiego (Operetka Warszawska 1991). Od 1992 wystawiał wielokrotnie farsy Raya Cooneya: „Mayday” (Wrocław, Zielona Góra, 1992; Katowice, 1993; Kraków 1994; Tarnów 1995, Częstochowa 1998), „Okno na parlament” (Wrocław 1994, Płock 1999, Białystok 2000), „Kochane pieniążki” (Wrocław 1997), „Wszystko w rodzinie” (Zielona Góra 1998, Płock 1999). Reżyserował także „Damy i huzary” (Zielona Góra 1993), „Love Story” wg Segala (Radom 1993). Dla Bagateli zrealizował jeszcze „Ośle lata” Michaela Frayna (1994).

 

Popularność i opinię wybitnego aktora komediowego zyskał dzięki występom w kabaretach „Owca” i „Dudek” oraz telewizyjnym „Kabarecie Olgi Lipińskiej”, a przede wszystkim dzięki rolom w filmach, serialach i Teatrze TV. Na dużym ekranie debiutował w „Zezowatym szczęściu” Andrzeja Munka (1960) drobną rolą podchorążego w obozie; jego nazwisko nie pojawia się w czołówce, podobnie jak w kilku następnych filmach. W 1972 zagrał u Stanisława Barei w „Poszukiwanym, poszukiwanej” słynną służącą Marysię, za którą przebiera się młody historyk sztuki w sytuacji kryzysowej. Inne jego darzone przez widzów swoistym kultem role, głównie serialowe, to: inżynier Gajny w „Czterdziestolatku” (1974-5, 1976, 1977) i „Czterdziestolatku 20 lat później” (1993) J. Gruzy, hrabia Żorż Ponimirski w „Karierze Nikodema Dyzmy” J. Rybkowskiego i M. Nowickiego (1980), docent Furman w „Alternatywy 4” S. Barei (1983), prezes KS Ogniwo w „Zmiennikach” S. Barei (1984) oraz Ernst von Nogay w „C.K. Dezerterach” (1985) i „Złocie dezerterów” (1998) J. Majewskiego. W latach 1958-2000 zagrał w 60 spektaklach Teatru TV, występował także w wielu programach muzycznych i rozrywkowych.

 

Wyróżniony Odznaką 1000-lecia Państwa Polskiego (1967) i Złotym Krzyżem Zasługi (1978), w 2000 podczas V Festiwalu Gwiazd w Międzyzdrojach odcisnął dłoń na Promenadzie Gwiazd.

 

W przeprowadzonej przed premierą rozmowie ze Zbigniewem Bauerem, Wojciech Pokora w ten sposób mówił o swojej pracy:

- Sztuka Cooneya jest świetnie napisana. W końcu napisał ją aktor, ze znakomitym wyczuciem sytuacji scenicznych. To jest najlepsza angielska tradycja: dla teatru piszą aktorzy lub reżyserzy.

Jest bardzo cienka granica między finezyjnie zrobioną komedią a farsą, którą często gra się na granicy szmiry.

„Mayday” zapewnia publiczności dwie godziny absolutnego relaksu i oderwanie się od smutnej, dręczącej niepewności. „Mayday” pozwala na oderwanie się od wszystkiego tego wszystkiego, co go dotknie za chwilę po wyjściu z teatru.

Paweł Głowacki „Witaj farszu!”, „Dziennik Polski”, 16 maja 1994:

 

Narodził się we mnie sceptycyzm wobec taksówkarzy. Oficjalnie los swój kreślą w mrocznych barwach. Nie ma klienta, nie ma klienta, i jeszcze raz nie ma klienta. Zatem nie ma i pieniążków, a gdy nie ma pieniążków, to nie ma co i do garnka wrzucić. Więc walczą o obywatela, a ściślej - o strategiczne postoje, gdzie obywatel jest. Walczą w desperacji na szpikulce do przebijania opon, na cukier wsypywany do benzyny, na męskie słowa rzucane na kolegów przed kamerą reportera. Smutne to wszystko. I pewnie nadal tkwiłbym w nieświadomości, wciąż współczułbym im ich ciężkiego szoferskiego kawałka chleba, gdyby nie Ray Cooney. Oto bowiem jego farsa "Mayday", ni mniej, ni więcej, tylko demaskuje prawdziwe oblicze taksówkarza. Szpikulce - owszem, cukier - jak najbardziej, ale za tą oficjalnością tkwi nieoficjalność, za troską - rozpusta, za szarością dnia - dwa domy, a w nich nieświadome niczego żony jednego szofera. Bigamia pod przykrywką walki o byt - tak brzmi prawda o taksówkarzu, któremu już nigdy nie uwierzę.

No właśnie... Dokładnie tak jak ja powyżej się wygląda - czyli kuriozalnie - popadając w nawyk niedorzecznego utożsamiania teatru z życiem. Skąd nawyk, zapyta ktoś. Ano z nie tak dawno minionej epoki, w której scena zobligowana była do demaskowania oficjalnej rzeczywistości. Należało to do dobrego tonu oraz do patriotyzmu. Owszem, Polak zawsze lubił śmiać się do sera, ale wolał do sera, którego oni nie dali, dlatego my nie mamy. I tak też śmialiśmy się lub też szlachetnie wznosili czoła na gatunkach wysokich - dramatach i tragediach - które czarno na białym wykazywały, że oni demonicznie źli, za to my anielsko dobrzy. Słowem - fruwaliśmy wysoko. A dzisiaj, gdy świat już nie ten? Jak fruwać? Co i jak grać w teatrze? Pytania trudne, zwłaszcza że stare nawyki pozostały. Więc, co i jak? Nie czas tutaj i miejsce na dramat i tragedię, za to czas i miejsce na farsę. Zatem, z czego i jak śmiać się w teatrze? Może akurat wybiła godzina, aby śmiać się w ogóle z niczego? Śmiać się, bo śmiesznie jest? Śmiać się dla śmiechu? I głośno, bo jak wiadomo, śmiech to zdrowie.

Dokładnie tak, czego dowodem "Mayday" w Teatrze Bagatela, farsa Cooneya w reżyserii Wojciecha Pokory. Sztuczka Cooneya to mistrzostwo gatunku, wehikuł śmiechu tkany misternie i bez wytchnienia na kanwie kompletnej bzdury. Oto przed nami historia demaskowania się londyńskiego taksówkarza-bigamisty. Cóż to kogo obchodzi? Co to obchodzi Polaka zwłaszcza? Kompletnie nic. Ale też i nie o to chodzi, by obchodziło, ale o to, aby śmieszyło. i rzeczywiście się śmiejemy (jeśli ryk można nazwać śmiechem) przez bite dwie godziny. Śmiejemy się z niczego, śmiejemy się, gdyż wobec takiej galopady słowno-sytuacyjnych gagów nie sposób pozostać frasobliwym.

Sam już nie wiem, ile w takim radosnym efekcie zasługi autora, ile reżysera, ile aktorów. (…) I dzięki Bogu, nikt nam znowu nie wciska, że z samych siebie się śmiejemy. Generalnie - czyż nie jest tak, te "Mayday" w Bagateli to pierwsze koty za płoty, przynajmniej w Krakowie? Chyba tak właśnie jest, a już na pewno, na tym poziomie, nie będę więc dalej biadolił i czepiał się. Uścisnę tylko dłoń moim ulubieńcom w tym spektaklu: Łukaszowi Żurkowi, za rolę przyjaciela, którego poznaje się w biedzie, oraz Maciejowi Słocie, za rolę "cioty", którą, no cóż, też poznaje się w biedzie.

Farsa, intermedium - to było zawsze, jak teatr teatrem, coś małego pomiędzy niebotycznościami. Przed była ostateczna bitwa z losem, po było dokładnie to samo, a w środku serwowano widzowi chwilę wytchnienia, chichot. Co tu bowiem dużo kryć - bez przerwy z losem spierać się nie można, bo nudno i spać się chce. Może by więc tak zaszczepić stare wzory? W cieniu kolosów o podniebnych powinnościach - tego przy Pl. Szczepańskim i tego przy Pl. Św. Ducha - właśnie w teatrze przy Karmelickiej, serwować dla równowagi ducha coś "nie na poziomie"? Na przykład, dobre angielskie farsy, w wykonaniu z czasem coraz lepszym. Może by nie było tak nudno w podwójnym cieniu? Cóż, marzenia... Mimo to przypomnę Teatrowi Bagatela, że nazwa do czegoś zobowiązuje.”

 

Agnieszka Fryz-Więcek „Śmiej się, kto może”,Gazeta Krakowska”, 12 maja 1994:

 

„Teatr "Bagatela" z powodzeniem sięgnął po sztukę Raya Conneya, jednego z najpopularniejszych autorów fars na Wyspach Brytyjskich. Sukces spektaklu "Mayday" jest w dużej mierze zasługą reżysera wyspecjalizowanego w komediowym gatunku, czyli Wojciecha Pokory, który angielską farsę zrealizował już uprzednio w kilku polskich teatrach.

Opowiadanie komicznych perypetii głównego bohatera sztuki, bigamisty Johna Smitha, mija się z celem. Jak każda farsa, także i "Mayday" opiera się na ciągu nieprawdopodobnych wydarzeń i zbiegów okoliczności, które usprawiedliwić może jedynie fakt, że rozbawiają widzów do rozpuku. Autor, będący jednocześnie aktorem, wykazał się wspaniałym wyczuciem sceny ofiarowując swym kolegom po fachu kilka wspaniałych ról.

Tytuł, pod którym sztuka pojawia się na polskich scenach, pochodzi od tłumaczki, Elżbiety Woźniak. Oznacza hasło, jakim statki informują, że znalazły się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Oryginalna wersja okazała się bowiem trudna do przetłumaczenia. Oznacza mniej więcej: "Leć do swojej żony", co w języku angielskim kojarzy się z powiedzeniem "Ratuj się, kto może". Na szczęście językowe problemy ograniczyły się do tytułu, sama farsa zaś musi śmieszyć pod każdą szerokością geograficzną.

Krzysztof Bochenek (mąż - bigamista) i Łukasz Żurek, w roli wiernego przyjaciela, który stara się pomóc mu w uniknięciu finałowej katastrofy, stworzyli wspaniały duet. Nieodparta vis comica obu aktorów oraz lekkość i werwa, z jaką wcielają się w swoje postaci, sprawi, że na dwie godziny szczerze wierzymy w prawdziwość małżeńskich perypetii. Mniejsze pole do popisu mają odtwórczynie ról kobiecych, czyli obu pań Smith (Dorota Korbacz-Bochenek i Alina Kamińska). Razem z siedzącymi na widowni stanowią one publiczność dla komediowych popisów intrygujących zawzięcie mężczyzn.

W szalenie precyzyjnej łamigłówce, jaką przypomina owa farsa, żaden element nie pojawia się przypadkowo. Z przyjemnością oczekujemy więc na to, że sympatyczny homoseksualista (grany z wdziękiem przez Macieja Słotę) pojawi się w najbardziej nieodpowiednim momencie pogrążając doszczętnie bohaterów, a machinalnie zanotowany numer telefonu jednej z żon oczywiście wpadnie w najbardziej niepowołane ręce drugiej pani Smith.

Zabawne kwestie bombardują z prędkością karabinu maszynowego nie pozostawiając publiczności chwili wytchnienia, a całość zachowuje subtelny wdzięk typowy wyspiarskim dżentelmenom.

 

Grzegorz Koniarz „Grajmy farsy!”, „Echo Krakowa”, 17 maja 1994:

 

„TO z PEWNOŚCIĄ dobra, angielska tradycja, że dla teatru piszą najczęściej aktorzy i reżyserzy. i piszą sporo, dlatego każdy prawie brytyjski teatr ma do wyboru więcej współczesnych sztuk, niż wszystkie polskie teatry razem wzięte! Cierpiąc na niedostatek własnych utworów teatralnych chętnie sięgamy po cudze, nierzadko obracając się w kręgu literatury angielskojęzycznej. I chodzi tu nie tylko o modę, ale przede wszystkim o fakt, że ta właśnie literatura najgłębiej porusza nas... i bawi!

WOJCIECH POKORA, w którego poczucie humoru wierzą z pewnością widzowie w całej Polsce, ma swego ulubionego angielskiego autora. Jest nim Ray Cooney, aktor, reżyser i pisarz, którego farsy zrobiły już prawdziwie światową karierę. Spośród siedemnastu dotąd przez niego napisanych Pokora szczególnie przekonany jest do jednej. W "Mayday" grał najpierw główną rolę w warszawskim Teatrze "Kwadrat", a później wyreżyserował ją w kilku innych polskich teatrach.

Wyobraźmy sobie taksówkarza Johna Smitha, który ma dwie legalnie(?) poślubione małżonki i dwa domy w różnych, lecz niezbyt odległych dzielnicach Londynu. Trzymając się ściśle "rozkładu" pracuje i ku zadowoleniu całej trójki wiedzie szczęśliwy i ustabilizowany żywot. No, ale przecież zdarzają się nieprzewidziane wypadki... Jeden z nich uruchamia całą lawinę przezabawnych sytuacji. Nie są one zawieszone w żadnym znanym nam kontekście, nie mają tzw. "drugiego dna", ale sprawiają, że widzowie zaśmiewają się do łez.

Wojciech Pokora twierdzi, że powinniśmy właśnie nauczyć śmiać się z sytuacji "ponadczasowych" i całkowicie sztucznych. By to się udało, potrzebna jest nie tylko świetnie napisana sztuka, ale i aktorzy, którzy naprawdę umieją nas rozbawić. Udało się ich znaleźć w "Bagateli", a finezja, z jaką skonstruowane są niektóre postacie, naprawdę zasługuje na uwagę. Myślę tu zwłaszcza o Bobbym Franklynie MACIEJA SŁOTY, Stanleyu Gardnerze ŁUKASZA ŻURKA, Barbarze Smith ALINY KAMIŃSKIEJ, Inspektorze Porterhouse dawno nie oglądanego TADEUSZA WIECZORKA. (…)

Ściągając "Mayday" i Wojciecha Pokorę do Krakowa dyrekcja Teatru "Bagatela" trafiła po prostu w dziesiątkę. Trafna decyzja może w końcu stać się przyczyną, dla której scenę przy Karmelickiej widzowie zaczną znowu odwiedzać także wieczorową porą... Dwie godziny proponowanego tutaj absolutnego relaksu warte są z pewnością porzucenia domowych pieleszy!

 

Magda Huzarska-Szumiec „Boyowi też by się podobało”, „Czas Krakowski”, 24 maja 1994:

 

„Pewien mój znajomy, mający bogatą przeszłość matrymonialną, mawiał: "Mężczyzna, który żeni się po raz pierwszy - to naiwny wariat, ale mężczyzna, który żeni się po raz drugi - to niebezpieczny szaleniec". Kim jest w takim razie człowiek, który w niewielkich odstępach czasu poślubia dwie kobiety? To proste - godnym współczucia bigamistą. Wszyscy panowie, marzący o posiadaniu dwóch małżonek, powinni obejrzeć spektakl pt. "Mayday" w reżyserii Wojciecha Pokory, którego premiera odbyła się ostatnio w Teatrze Bagatela. Daję słowo, że zmienią zamiary.

O niebezpieczeństwach takiej sytuacji przekonał się, przedstawiony przez angielskiego dramaturga Raya Cooneya, taksówkarz John, któremu przyszło dzielić czas między dwa domy i dwie, delikatnie mówiąc, nie najmądrzejsze żony. Wprawdzie biedak radził sobie jakoś z zaspokajaniem potrzeb seksualnych pań, ale jakże musiał być wyczerpany, skoro niegroźne uderzenie damską torebką spowodowało, iż legło w gruzach całe jego życie. Jeden drobny błąd stał się przyczyną lawiny komicznych nieporozumień, dowcipnych zdarzeń, wśród których nieszczęsnemu bohaterowi wcale nie było do śmiechu. Bawiła się za to wspaniale publiczność.

Scenograf Józef Napiórkowski zbudował na scenie dość typowe mieszkanie, w którym nie zabrakło kanapy i niezbędnych w tej sztuce telefonów. Wśród tych nie pozbawionych gustu sprzętów John Smith (Krzysztof Bochenek) stara się wyplątać z kłopotliwej sytuacji, w jaką sam się wpakował. Dzielnie pomaga mu w tym Stanley Gardner (świetna rola Łukasza Żurka), który w imię przyjaźni przyznaje się nawet do homoseksualizmu. Wątek odmienności erotycznej prowadzi równie dobrze Maciej Słota jako Bobby Franklyn.

Aby farsa śmieszyła potrzebny, jest nie tylko znakomity tekst, ale także duże umiejętności aktorskie, których, jak widać, artystom Bagateli nie brakuje. Poprowadzeni pewną ręką reżysera, wspaniale radzą sobie z karkołomnym wręcz tempem spektaklu i ogromnym nawarstwieniem komicznych zdarzeń; nie popadając w zbyt łatwy wygłup.

Przed wojną Tadeusz Boy-Żeleński, na łamach "Czasu" upajał się rozkosznymi farsetkami, granymi w Bagateli. Myślę, że i teraz jego duch, przechadzający się po ulubionym teatrze, zagląda czasem na scenę grającą "Mayday", aby zrecenzować niebieskim panom dowcipne przedstawienie.”

 

Agnieszka Fryz-Więcek „Emocje wokół współczesności”, „Gazeta Krakowska”, 12 lipca 1994:

 

„(…) wyreżyserowany przez Wojciecha Pokorę w Bagateli spektakl "Mayday" przypomniał, że farsa jest gatunkiem, który zmusza widownię do pokładania się ze śmiechu. Sztuka Raya Cooneya okazała się najlepszą propozycją Teatru Bagatela, który z mniejszym lub większym powodzeniem kontynuuje swój lekki, komediowo-muzyczny styl.”

 

Agnieszka Malatyńska-Stankiewicz „Rekord "Mayday"”, „Dziennik Polski”, 6 września 2001:

 

„Spektaklem "Mayday" Raya Cooneya - największym hitem kasowym w powojennej historii teatrów krakowskich - Bagatela rozpoczyna dziś sezon teatralny. Będzie to 522. przedstawienie tej cieszącej się niesłabnącym powodzeniem farsy.

"Mayday" w reżyserii Wojciecha Pokory od siedmiu lat prezentowane jest przy nadkompletach publiczności. Bilety na to przedstawienie wciąż trzeba rezerwować z dużym wyprzedzeniem. Do tej pory sztukę obejrzało ponad 120 tys. widzów. Wielu z nich widziało spektakl kilkakrotnie.

Ray Cooney jest autorem najbardziej kasowych i najśmieszniejszych fars, jakie powstały w ciągu ostatnich lat w Wielkiej Brytanii. Widzowie niezależnie od rasy i narodowości pokładają się ze śmiechu, uczestnicząc w przygodach Johna Smitha, urokliwego bigamisty. Podobnie jak widzów teatrów Europy Zachodniej i Broadwayu, spektakl bawi krakowską publiczność i podejrzewać można, że będzie ją bawił jeszcze przez kilka sezonów.

W powojennej historii krakowskich teatrów żaden tytuł nie zagraża "Maydayowi" - pod względem ilości zgranych spektakli, jest on największym triumfatorem naszych czasów. (…)”

 

Agnieszka Malatyńska-Stankiewicz „600 razy "Mayday"”, „Dziennik Polski” 17 października 2002”

 

„"Mayday" Raya Cooneya został wczoraj - w teatrze Bagatela - pokazany po raz 600. Wyreżyserowany przez Wojciecha Pokorę spektakl grany jest od ośmiu lat i to przy nadkompletach publiczności. Do dziś bilety na to przedstawienie trzeba rezerwować z dużym wyprzedzeniem. Do tej pory przedstawienie obejrzało ponad 150 tysięcy widzów. Wielu z nich widziało spektakl kilkakrotnie.

- "Mayday" jest perfekcyjnie napisaną maszynką do wywoływania śmiechu. Spektakl staje się pewnego rodzaju śmiechoterapią. Dlatego uważam, że koszty biletów powinny być refundowane przez kasę chorych - żartuje Łukasz Żurek, aktor, który od pierwszego spektaklu w "Mayday" gra rolę Stanleya. - Nadal bardzo nas bawi granie w tym przedstawieniu. Daje nam niesamowitą energię oraz świadomość radości i zabawy.

Podczas tych 600 przedstawień na scenie doszło do wielu nieprzewidzianych zdarzeń, np. urwały się drzwi i zamiast je zwyczajnie zamykać i otwierać, aktorzy musieli je przestawiać. Wiele z przypadkowych puent, dodanych przez odtwórców ról, na stałe zostało dopisanych do tekstu. Do trzechsetnego spektaklu artyści robili sobie jeszcze sceniczne kawały, tzw. zielone numery, np. Cyryl - postać, która nie występuje w przedstawieniu, ale która przewija się w rozmowach bohaterów - nagle i niespodziewanie pojawił się na scenie. - Teraz z tego zrezygnowaliśmy. Zobaczyliśmy, że nasze dowcipy mogą rozbijać akcję - mówi Łukasz Żurek.

Pod względem ilości zagranych spektakli w powojennej historii krakowskich teatrów "Mayday" jest rekordzistą. (…)”

Ta strona wykorzystuje pliki typu "cookies". Identyfikują one Twoją przeglądarkę i usprawniają działanie strony. W ustawieniach przeglądarki można wybrać opcję odrzucania plików "cookies". Odrzucenie może spowodować, że nie wszystkie treści będą prawidłowo wyświetlane. Zamknij