Kup on-line
Boeing, boeing - Odlotowe narzeczone
Marc Camoletti
najbliższy spektakl: 12.11.2014 16:00 2h 15min, 1 przerwa Karmelicka 6
Obsada
Maks
Paweł
Nadia
Johanna
Jola
Janet
Tłumaczenie / adaptacja: Bartosz Wierzbięta
Reżyseria: Paweł Pitera
Scenografia: Joanna Schoen
Asystent reżysera / inspicjent / sufler: Monika Handzlik
Opis spektaklu
O autorze
O reżyserze
Recenzje
Reżyser o:
Opinie

Boeing, boeing – Odlotowe narzeczone

 

Jedna z najzabawniejszych teatralnych komedii ostatniego półwiecza w nowym przekładzie i adaptacji niezrównanego Bartosza Wierzbięty, który kongenialnie spolszczył „Shreka”!

 

Maks nie ma żadnych problemów z życiem uczuciowym, dopóki grafik lotów jego trzech nie wiedzących o sobie nawzajem narzeczonych-stewardess pewnego dnia się nie pokryje… Miłosny czworokąt uzupełniają przyjaciel głównego bohatera i rezolutna rosyjska gosposia, tym bardziej komplikujący akcję, im bardziej starają się ją rozplątać.

 

Dodatkowym smaczkiem inscenizacyjnym jest podwójna obsada spektaklu, kusząca do ponownej wizyty w teatrze i dająca widzowi niepowtarzalną okazję do własnych porównań.

 

Sztuka wpisana do księgi Guinessa za rekordową ilość wystawień i wyróżniona prestiżową Tony Award, bawi nieustannie publiczność pod każdą szerokością geograficzną.

 

Premiera: 16 grudnia 2011

Gala premierowa: 30 grudnia 2011

Marc Camoletti, autor teatralnego światowego przeboju komediowego, jakim od 50 lat jest „Boeing, boeing”, urodził się we włoskiej rodzinie (ale już jako francuski obywatel) w Genewie w 1923, a zmarł w Deauville po osiemdziesięciu bogatych w przeżycia latach.

 

Karierę rozpoczął jako artysta malarz, ale wkrótce pokochał teatr. Jako dramaturg debiutował w 1958 trzema granymi równocześnie w Paryżu sztukami, z których „La Bonne Anna” miała 1300 wystawień. Cztery lata później napisał swój najbardziej znany przebój komediowy „Boeing, boeing”, co zapewniło mu pozycję wziętego autora. w adaptacji Beverly Cross spektakl był grany w Londynie w Apollo Theatre, a następnie w Duchess, ponad 2000 razy w ciągu siedmiu lat. Podobnym wzięciem cieszyła się także komedia „Don’t Dress for Dinner”.

 

Sukces adaptacji scenicznych spowodował zainteresowanie filmowców; w 1965 John Rich przeniósł na ekran „Boeing boeing” w doborowej obsadzie jednych z najpopularniejszych wówczas aktorów komediowych Jerry’ego Lewisa i Tony’ego Curtisa. Ekranizację tę Quentin Tarantino wybrał do autorskiego First Quentin Tarantino Film Fest w Austin w Texasie w 1996. Sztuka doczekała się także dwóch adaptacji bollywoodzkich.

 

Camoletti był członkiem Société Nationale des Beaux Arts i kawalerem Legii Honorowej. Jego sztuki, przetłumaczone na kilkadziesiąt języków i grane w pięćdziesięciu pięciu krajach, wciąż należą do żelaznego komediowego repertuaru. Łączna widownia przedstawień 18 tytułów w samym tylko Paryżu wynosi ponad 20 000 osób.

 

Bartosz Wierzbięta, autor przekładów i adaptacji zaliczany dzisiaj do czołówki tłumaczy filmów dubbingowanych, jest absolwentem Instytutu Neofilologii Angielskiej i Romańskiej Wydziału Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego. Pracę rozpoczął od tłumaczeń filmów dokumentalnych dla kanału Planete.

 

Dogłębne wykształcenie i nieprzeciętna inteligencja, bez której nie może być poczucia humoru, sprawiają, że jest autorem znakomitych dialogów. Ma w dorobku takie przeboje kinowe, jak: „Uciekające kurczaki”, „Nowe szaty króla”, „Lilo i Stich”, „Shrek”, „Potwory i spółka”, „Asterix i Obelix: Misja Kleopatra”, „Madagaskar”, „Kung Fu Panda” i wiele innych.

 

Przygodę z teatrem rozpoczął przekładem „Zaryzykuj wszystko” Georga Walkera (reż. Grzegorz Jarzyna). Potem były „Boeing, boeing” Camolettiego, „Kasta la Vista” Sebastiena Thiery’ego i musicale „Shrek”, „Spamelot” oraz „I Love You”. Jest także autorem przekładu libretta opery komicznej Leonarda Bernsteina „Kandyd” wg tekstu Voltaire’a.

 

W 2011 roku zadebiutował jako reżyser dubbingu do filmu „Rango”.

Paweł Pitera, reżyser filmów fabularnych i dokumentalnych oraz scenarzysta, jest absolwentem Wydziału Filologii Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego (dyplom 1976) i Wydziału Reżyserii łódzkiej PWSFTviT (dyplom 1980). Ponadto Pitera to także tłumacz komedii teatralnych i wykładowca Międzynarodowej Akademii Dokumentu Dragon Forum.

 

Największą popularność i uznanie zyskał jako reżyser serialu telewizyjnego „Na kłopoty... Bednarski” (1986). Od końca lat 90. poświęcił się realizacji filmów dokumentalnych o życiu Jana Pawła II, w tym ważnego „Świadectwa” z udziałem Michaela Yorka (2008).Pitera został też stypendystą założonej przez Ronalda Reagana National Forum Foundation.

 

Jest autorem seriali i pełnometrażowych filmów telewizyjnych, m.in. : „Powrót do Polski”; „Watykan Jana Pawła II”; „Czwarty król”; „Jan Paweł II i Jego przyjaciel”; „Maciek, rower i ekonomia”; „Ach, te okienka”.

 

Paweł Pitera wyreżyserował (inscenizował) wiele sztuk teatralnych – głównie komedii i fars – w teatrach w Gdańsku, Rzeszowie, Poznaniu, Kaliszu, Olsztynie, Łodzi i Krakowie. Ponadto reżyserował również wiele teleturniejów, programów publicystycznych, muzycznych, edukacyjnych i reklamowych.

Paweł Głowacki „Mercedes i boeing”, „Dziennik Polski” online, 9 stycznia 2012:

 

„W pierwszej minucie wyreżyserowanej przez Pawła Piterę farsy Marca Camolettiego "Boeing, Boeing" siedzącą po mej prawej stronie Ninę Repetowską - aktorkę, niegdysiejszą dyrektor Teatru Bagatela - ogarnęła ciepła nostalgia.

"Gdzieś z pięćdziesiąt lat temu grałam w tym, na tej scenie..." - szepnęła do mnie. A po chwili, ze łzami w oczach: "Oblali mnie wodą, cała mokra byłam, Boże, cóż to się działo!...". I tylko tyle rzekła. Na więcej, jak sądzę, nie pozwoliło wzruszenie. Zacząłem więc myśleć, kombinować, przymierzać. W kogóż to Repetowska wcieliła się pół wieku temu?

W jedną z trzech stewardes przecudnej urody - w Niemkę, Amerykankę bądź Polkę? Dziś Johannę gra Aleksandra Godlewska, Janet to Małgorzata Piskorz, zaś Jolą jest Karolina Chapko. Trzy bez przerwy fruwające piękności, co za sprawą grafików lotów swych linii mogą być regularnymi kochankami Maksa (Marek Kałużyński), mogą go odwiedzać w wytwornym apartamencie - i żadna nie wie o istnieniu pozostałych. Rzecz jasna - do czasu. Los sprawi, że wylądują w apartamencie miłości tego samego dnia - i zacznie się klasyczne farsowe szaleństwo sytuacyjne. Ale to później, w akcie drugim. Repetowska mogła grać każdą z fruwających kochanek. Mogła też kreować postać Nadii (u Pitery - Ewa Mitoń), kuchty Maksa. A co, jeśli pół wieku temu reżyser poszedł na całość i Repetowska była Maksem lub Pawłem (u Pitery - Michał Kościuk), uroczym prostaczkiem bożym? Poradziła sobie? Lecz, Boże uchowaj, chyba nie została jej powierzona kłopotliwa rola samolotu?! A jeśli?...

No właśnie. Sedno mego żartu w tym, że gdyby w akcie pierwszym na przykład Piskorz przebiegła przez scenę jako startujący boeing 747 - może akt ten byłby mniej monotonny, bardziej żywy, bo daleki od życia, drwiący z prawideł zwykłej prawdy, właśnie lotny? Gdyby ktoś kogoś, jak kiedyś Repetowską, bez sensu oblał wodą - może nie musiałbym dla zabicia czasu przez bitą godzinę spekulować o aktorskich początkach Repetowskiej? Rzecz jasna - przesadzam z boeingiem 747 i wodą, lecz nie do końca. Chodzi o to, że każda farsa najlepiej brzmi na krawędzi, kiedy wszystko, zwłaszcza aktorstwo, wciąż puka w ścianę groteski. Trzeba farsie pozwolić na bycie jawną głupotą, a zarazem mieć baczenie, by nie stoczyła się w amatorską, nachalną głupkowatość. Nie mówię o zagracaniu sceny gagami ze świata Flipa i Flapa. Mówię o szaleństwie kontrolowanym.

Pitera wyznał w programie: "Farsa jest jak mercedes. Nie należy go poprawiać, przerabiać i tuningować. Po prostu najzwyczajniej w świecie trzeba wsiąść do mercedesa, odpalić silnik i (...) pojechać". Zgadzam się, ale dodam, że gdy się już mercedesa odpali - nie należy, a nawet nie wolno, bo wstyd, "sunąć" nim 10 km na godz., gdyż jest to widok bardzo męczący nawet dla saren, kontemplujących autostradę zza świerków. W pierwszym akcie seans Pitery "sunie" właśnie tak. Jakby nie był farsą, lecz którąś z bardzo mądrych komedii Zapolskiej. Na szczęście - w drugim wszystko wraca do normy.

Głupota tańczy. 50 km na godz., 150 km na godz. w jednym apartamencie trzy kochanki miotają się strzeliście. 200 km na godz. Nieprawdopodobieństwo wiruje, pęcznieje paranoja. 300 km na godz., może więcej - prawie jak startujący boeing 747. Aktorzy coraz lepiej się czują, są lekcy, coraz swobodniej kolebią się na krawędzi między realizmem a groteską. Jest dobrze. Ducka śmiechu. Badanie genealogicznego drzewa aktorstwa Niny Repetowskiej można odłożyć na później.”

„Bez tuningu”, rozmowa z reżyserem

 

- Cztery lata temu wyreżyserował pan w Bagateli grane do tej pory „Okno na parlament”. Stęsknił się pan za nami?

- Powróciłem do Bagateli z największą przyjemnością, bo tutaj po prostu bardzo dobrze mi się pracuje. A ponieważ Teatr ma taką a nie inną politykę repertuarową, nikt krzywym okiem nie patrzy, kiedy reżyser sięga po farsę.

 

- Mam wrażenie, że nie tylko nikt nie patrzy krzywym okiem, ale wielu naszych widzów wręcz oczekuje coraz to nowych pozycji komediowych w repertuarze.

- Bo to uzasadnione i konieczne elementy repertuaru. Dzięki takim spektaklom Teatr – poza oczywistym zadowoleniem widzów – może realizować także inne, poważniejsze projekty.

 

- „Boeing, boeing” to klasyczna komedia.

- Została napisana prawie pół wieku temu i w latach 60. Z powodzeniem była grana na wielu scenach Polski, w tym także była wystawiana w Bagateli pod tytułem „Latające narzeczone”.

Dzisiaj, na nowo przetłumaczona i zaadaptowana do polskich realiów przez Bartosza Wierzbiętę, jest znowu jedną z najchętniej wystawianych tzw. „lekkich” sztuk.

W „Boeingu” podoba mi się, między innymi, wciąż wyczuwalny odmienny od anglojęzycznych sztuk klimat francuskiej komedii. Przecież postać rezonującej i rezolutnej służącej to wypisz wymaluj bohaterka z komedii Moliera. A obyczajowa lekkość i niepruderyjne podejście do tematu wierności jest także typowe dla francuskiej literatury i kultury, i to niekoniecznie tylko tej bulwarowej.

 

- Dublująca się obsada to tak naprawdę „robota” nad dwoma równoległymi przedstawieniami.

- Koncepcja eksploatacyjna tej sztuki zakłada, że można ją grać bez względu na to, co jest wystawiane na drugiej scenie Teatru. Kanoniczną zasadą jest to, że zespół został podzielony na dwie obsady, ale dzięki dobremu pomysłowi asystentki – Moniki Handzlik, która zaproponowała, by robić „mieszane” obsady – bo w życiu różnie bywa – próby odbywały się także w przeróżnych konfiguracjach aktorskich. W związku z tym to przedstawienie, jak rzadko które, jest „przystosowane” do grania we wszystkich możliwych miksach obsadowych.

Zważywszy na jakość zespołu aktorskiego, niczego to w sensie jakości spektaklu nie zmienia, bowiem wszyscy aktorzy są wyborni. Natomiast oczywistym jest, że inna będzie Nadia Kasi Litwin, a inna Ewy Mitoń.

Moją rolą w trakcie prób było „pilnowanie” tego, by niezmienna była inscenizacja, by aktorzy nie zaskakiwali siebie, i by nadane spektaklowi tempo było utrzymane. Tyle mojej roboty.

 

- A to nie na kolanach o reżyserowaniu?

- Pracując przy komediach i farsach, pozwalam sobie używać określenia – „inscenizator” i „inscenizacja”, nie „reżyser” i „reżyseria”. Jest ono celniejsze, bo naprawdę nie można przekombinować robiąc „Okno na parlament” czy „Boeing”. To nie „Kordian”.

Może anegdota lepiej to opisze:

Gdzieś tam w Polsce jest teatr, który za poprzedniej dyrekcji był zapyziałą upadającą instytucją. W owym teatrze praktycznie nie było żadnej publiczności, za to w repertuarze najgłębsze dzieła. Pomimo tego, że jest to miasto uniwersyteckie, widz za cholerę nie chciał przyjść do teatru. Postanowiono więc, że wystawią którąś z hitowych komedii. Próbowali ze trzy czy cztery miesiące i w efekcie nie wystawili sztuki. Pytam: dlaczegoście nie wystawili tej komedii? – A bo wie pan, szukaliśmy i szukaliśmy, ale nie mogliśmy znaleźć tego drugiego dna.

No więc to można skomentować w dwojaki sposób. Pierwsze: głupota ludzka nie zna granic. I można powiedzieć zupełnie coś innego, czyli drugie: dobrze napisana farsa jest jak mercedes. Nie należy go poprawiać, przerabiać i tuningować. Po prostu najzwyczajniej w świecie trzeba wsiąść do mercedesa, odpalić silnik, i z zachowaniem zasad bezpieczeństwa ruchu pojechać.

Moja teoria inscenizowania fars, „inscenizowania” – nie „reżyserowania”, podkreślam, polega na tym, że najpierw trzeba znaleźć dobry tekst i uczciwie go przeczytać. Potem trzeba wiedzieć, dla kogo jest pisana współczesna farsa czy komedia. A pisana jest ona, że tak to określę: w anglosaskim polu językowym dla teatrów, które w życiu nie słyszały o dotacjach miejskich czy państwowych. W związku z tym jest tak tworzona, żeby na pewno przychodzili ją oglądać ludzie. Mądrzy autorzy i producenci – wiedząc, że ewentualny widz teatralny ma w domu telewizor i setki kanałów, a w dłoni dzierży pilota – konstruują swe dzieła w ten sposób, by owego widza nie zanudzić.

A rolą inscenizatora jest tak przeprowadzić przez próby aktorów, by to, co widz ogląda na scenie teatralnej, jak najbardziej przypominało to, co zna z telewizji. Było atrakcyjnie, wartko zagrane, kolorowo oprawione i miało swoje tempo. Tyle. No i nie szukać drugiego, czy trzeciego dna. Bo go tam nie ma. Aha, i nie doszukiwać się także logiki, bo od tego są inne, specjalne zajęcia.

 

- Strywializował pan własną pracę.

- Nie. Powiedziałem uczciwie, jak powinno robić się lekkie rzeczy, co nie oznacza, że nie trzeba się nad tym porządnie napracować.

 

- Taaak. Widzę te gromy ciskane… To odsądzanie od czci i wiary…

- Wbrew temu, co mówi powszechna polska opinia reżysersko-teatralna, teatr jest zbudowany po to, żeby byli w nim ludzie. Jak jest pusty, to jest to takie „cóś”. Nie bardzo wiadomo, co. Jeżeli w teatrze z widownią na 400 osób siedemdziesiąt procent foteli jest puste, to – według mnie – nie mamy wtedy do czynienia z teatrem, tylko „czymś”. Jeśli jest 400 foteli, to niech siedzi w nich 400 osób. Bo teatr bez widza nie istnieje. Koniec.

A skoro widzowie pragną fars, to róbmy je dla nich. Z polotem, dowcipem, rzetelnie i uczciwie. Dobrze.

 

/rozmawiała Magdalena Furdyna/

Ta strona wykorzystuje pliki typu "cookies". Identyfikują one Twoją przeglądarkę i usprawniają działanie strony. W ustawieniach przeglądarki można wybrać opcję odrzucania plików "cookies". Odrzucenie może spowodować, że nie wszystkie treści będą prawidłowo wyświetlane. Zamknij