Kup on-line
Wieczór kawalerski
Robin Hawdon
najbliższy spektakl: 04.11.2014 16:30 2h , 1 przerwa Karmelicka 6
Obsada
Sandra
Maurycy
Tomek
Ala
Hala
Diana
Dyrektor Konik
Tłumaczenie: Elżbieta Woźniak
Reżyseria: Paweł Pitera
Scenografia: Joanna Schoen
Światła: Marek Oleniacz
Asystent reżysera / inspicjent / sufler: Joanna Jaworska
Opis spektaklu
O autorze
O reżyserze
Artykuł Hawdona
Reżyser o:
Opinie

Wieczór kawalerski (Perfect Wedding)

 

Wbrew pierwszej sugestii, sztuka traktuje o poranku po wieczorze kawalerskim i jego nieoczekiwanych konsekwencjach. Na dwie godziny przed planowaną ceremonią niedoszły pan młody budzi się skacowany w zarezerwowanym na noc poślubną apartamencie u boku pięknej, acz zupełnie sobie nieznanej dziewczyny. Wir wydarzeń wciąga kolejne osoby, akcja nabiera zawrotnego tempa, a nieustanne qui pro quo, przebieranki i wybiegi cechuje nieodparty komizm. Błaha forma paradoksalnie służy poważnym treściom: bohaterowie zmuszeni zostają przez igrający nimi los do podjęcia kluczowych decyzji. Czy w sytuacji, gdy życie przerasta uczestników, ceremonia dojdzie jednak do skutku?

 

Ciesząca się niesłabnącą od 1994 popularnością komedia uznanego brytyjskiego dramaturga Robina Hawdona, z powodzeniem wystawiana również w wielu miastach w Polsce. Doskonałe połączenie erotyzmu i humoru sytuacyjnego, błyskotliwości i alogiczności, nieoczekiwanych zbiegów okoliczności oraz zawrotnego tempa. Farsa wyrastająca z najlepszych tradycji brytyjskiego teatru ma w sobie wdzięk pomieszania z poplątaniem operetek Gilberta i Sullivana, i podobnie jak niezapomniane „Cztery wesela i pogrzeb” opowiada w istocie o rzeczach najważniejszych. Na jej podstawie Hawdon stworzył również scenariusz filmowy „The Big Day”.

 

Gala premierowa: 23 czerwca 2012, Duża Scena

Robin Hawdon urodził się w 1939 w Newcastle-upon-Tyne. Prywatnie mąż psychoterapeutki i pisarki Sheili, ojciec dwóch córek, dziadek czworga wnucząt, namiętny gracz w golfa, narciarz i podróżnik. Od lat 60. niezwykle popularny brytyjski aktor teatralny, telewizyjny i filmowy, dramatopisarz, scenarzysta, powieściopisarz i reżyser, cieszący się uznaniem krytyków i publiczności na całym świecie. Po dwudziestu latach zróżnicowanej kariery aktorskiej, od filmów klasy B (w rodzaju „Gdy dinozaury władały światem”) po „Henryka V” czy „Hamleta”, i pisarskiej, w 1982 skoncentrował się wyłącznie na dramatopisarstwie i reżyserii. Był również dyrektorem The Theatre Royal Bath, najlepszej angielskiej sceny objazdowej.

 

Jego różnorodne gatunkowo sztuki wystawiane są w ponad trzydziestu krajach, utrzymując się latami na afiszu, zyskują też dobre recenzje na festiwalach. Najpopularniejsze z nich to: „The Mating Game” („Zróbmy to!”), „Birthday Suite”, „Revenge” („Zemsta”), „Don’t Rock the Boat”, „Don’t Dress the Dinner” („Weekend na farmie”) wg Marca Camolettiego i „Perfect Wedding”, znana polskiej publiczności pt. „Wieczór kawalerski”. Poruszenie wywołał jeden z ostatnich dramatów „Bóg i Stephen Hawking, w którym autor w nowatorski sposób składa hołd genialnemu fizykowi, przetwarzając na materię sceniczną jego „Krótką historię czasu”.

 

Bycie dramaturgiem uznaje Hawdon za rodzaj nieustannego rozdarcia między chęcią pisania o problemach, które uważa za istotne, a potrzebą tworzenia czegoś, co odniesie komercyjny sukces i pozwoli mu uregulować niezapłacone rachunki. Pisanie komedii jest jednak arcytrudnym zadaniem i sprawia mu ogromną satysfakcję. Twierdzi, że sprawnie, „ekonomicznie” napisana farsa „daje widzowi poczucie, że jest na szalonej karuzeli, która nie pozwoli mu odpocząć, dopóki nie stanie, pozostawiając go, mam nadzieję, wyczerpanym i poruszonym przez moment kulminacyjny-pandemonium, o którym wie, że mogłoby zdarzyć się w jego własnym życiu, ale czego jemu samemu (o co się modli) los pozwoli uniknąć”.

 

Tajemnicę stałej popularności fars wyjaśnia Hawdon faktem, że przedstawiają „zakłopotanie i zagubienie człowieka w ekstremalnych i krańcowych sytuacjach, ich bohaterowie to esencje, wzory nas wszystkich”, co ułatwia nam identyfikację z ich kłopotami. „W farsie wszystko musi dziać się tak szybko, byśmy nie mogli zastanawiać się nad prawdopodobieństwem i logiką wydarzeń; widz ma myśleć jedynie o tym, że to, co spotyka bohaterów, mogło zdarzyć się w jego najgorszych, koszmarnych snach – i gdzie tylko się (dzięki Bogu) najczęściej zdarza.”

Paweł Pitera, reżyser filmów fabularnych i dokumentalnych oraz scenarzysta, jest absolwentem Wydziału Filologii Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego (dyplom 1976) i Wydziału Reżyserii łódzkiej PWSFTviT (dyplom 1980). Ponadto jest tłumaczem komedii teatralnych i wykładowcą Międzynarodowej Akademii Dokumentu Dragon Forum oraz stypendystą założonej przez Ronalda Reagana National Forum Foundation.

 

Największą popularność i uznanie zyskał jako reżyser serialu telewizyjnego „Na kłopoty... Bednarski” (1986). Od końca lat 90. poświęcił się realizacji filmów dokumentalnych o życiu Jana Pawła II, w tym ważnego „Świadectwa” z udziałem Michaela Yorka (2008).

 

Jest autorem seriali i pełnometrażowych filmów telewizyjnych, m.in.: „Powrót do Polski”; „Watykan Jana Pawła II”; „Czwarty król”; „Jan Paweł II i Jego przyjaciel”; „Maciek, rower i ekonomia”; „Ach, te okienka”.

 

Paweł Pitera wyreżyserował (inscenizował) wiele sztuk teatralnych – głównie komedii i fars – w teatrach w Gdańsku, Rzeszowie, Poznaniu, Kaliszu, Olsztynie, Łodzi i Krakowie. Ponadto reżyserował również wiele teleturniejów, programów publicystycznych, muzycznych, edukacyjnych i reklamowych.

Artykuł programowy Robina Hawdona

 

„Jak większość czynnie pracujących dramaturgów, jestem nieustannie rozdarty między chęcią pisania o problemach, które mnie nurtują, czy niepokoją, a potrzebą tworzenia czegoś, co odniesie komercyjny sukces i pokryje moje niezapłacone rachunki. Bardzo niewielu dramatopisarzom udaje się to pogodzić — w każdym razie dramatopisarzom w Wielkiej Brytanii – ale o tę samą sytuację podejrzewam wiele krajów.

 

Osobiście nieustannie dokonuję wyboru między pisaniem sztuk, dotyczących spraw bliskich memu sercu - utworów, które, jeśli mam szczęście, wystawiane są na festiwalach i w teatrach artystycznych, a które pozwalają mi zarobić na dwutygodniowe wakacje w słońcu i niewiele więcej – oraz, co bardziej oczywiste – pisaniem sztuk komercyjnych, takich jak „Don't Dress for Dinner” i „Wieczór kawalerski".

 

Nie chcę przez to powiedzieć, że te ostatnie nie dają mi satysfakcji i zadowolenia, pomijając kwestie finansowe, które dały im początek – owszem, dają – ogromną satysfakcję.

Największe wyzwanie przy pisaniu fars polega na znalezieniu elektryzującej sytuacji początkowej, problemu, nieporozumienia, albo ludzkiej pomyłki, z których wyniknie całe dalsze zamieszanie i które nadadzą sztuce tempo i rytm na najbliższe dwie godziny.

 

Nigdy nie wiadomo, czy pomysł początkowy – otwierający akcję, będzie trafiony. Czy da wystarczające możliwości, by podtrzymać chaos aż do zapadnięcia kurtyny, czy raczej komplikacje z niego wynikające wyczerpią się przed końcem pierwszego aktu. Ale jeśli tak jest i jeśli perypetie układają się jedna na drugiej – to wtedy sztuka „pisze się sama", nabierając prędkości pociągu ekspresowego, mnożąc intrygę za intrygą, zamieszanie za zamieszaniem, wybieg za wybiegiem; do dramaturga należy tylko utrzymać ją przy życiu, usiłując nie zboczyć z torów, dopóki nie zabraknie paliwa i nie stanie w miejscu przeznaczenia w kłębach pary, iskrach i ku wyraźnej uldze pasażerów.

 

Moje wieloletnie doświadczenia po napisaniu kilku fars, począwszy od londyńskiego sukcesu „The Mating Game”, mówią mi, że najważniejsza jest kwestia ekonomiczna. Ekonomii akcji, sytuacji, a co najważniejsze, ekonomii języka. Podczas korekty stale łapię się na wykreślaniu niepotrzebnych słów często tylko dlatego, że mają zbyt wiele sylab i zakłócają rytm dialogu. Ta ekonomia zapewnia tempo i daje widzowi poczucie, że jest na szalonej karuzeli, która nie pozwoli mu odpocząć dopóki nie stanie - pozostawiając go, mam nadzieję, wyczerpanym i poruszonym przez moment kulminacyjny-pandemonium, o którym wie, że mogłoby zdarzyć się w jego własnym życiu, ale czego jemu samemu (o co się modli) los pozwoli uniknąć.

 

Tajemnicą stałej popularności farsy jest to, że przedstawia zakłopotanie i zagubienie człowieka w ekstremalnych i krańcowych sytuacjach, ich bohaterowie to esencje, wzory nas wszystkich, z ich kłopotami wszyscy możemy się identyfikować.

 

W farsie wszystko musi dziać się tak szybko, byśmy nie mogli zastanawiać się nad prawdopodobieństwem i logiką wydarzeń – widz ma myśleć tylko o tym, że to, co spotyka bohaterów, mogło zdarzyć się w jego najgorszych, koszmarnych snach – i gdzie tylko się (dzięki Bogu) najczęściej zdarza.”

„Doskonały wieczór” – rozmowa z reżyserem

 

„Lubię wracać do Bagateli, bo pracuje mi się tutaj z największą przyjemnością” – mówił reżyser spektaklu „Wieczór kawalerski” Paweł Pitera kilka miesięcy temu podczas pracy nad komedią „Boeing, Boeing – odlotowe narzeczone”. I faktycznie reżyser powrócił do pracy ze znanym i lubianym zespołem już w parę tygodni po swojej ostatniej premierze. Tym razem jego wybór padł na znakomitą farsę Robina Hawdona – „Wieczór kawalerski”. Zgodnie z przekonaniem, że lekki repertuar teatralny jest konieczny, potrzebny i oczekiwany przez widzów, zabrał się do inscenizowania nowej sztuki.

 

Pitera swoją rolę w teatrze zawsze określa jako „inscenizatora”, a nie „reżysera”. A tłumaczy to w ten sposób:

- Ukuta przeze mnie teoria inscenizowania fars, „inscenizowania”, nie „reżyserowania”, podkreślam, mówi, że najpierw trzeba znaleźć dobry tekst i uczciwie go przeczytać. Potem trzeba wiedzieć, dla kogo jest pisana współczesna farsa czy komedia? A pisana jest ona w anglosaskim polu językowym dla teatrów, które w życiu nie słyszały o dotacjach miejskich czy państwowych. Jest tak tworzona, żeby na pewno przychodzili ją oglądać ludzie. Mądrzy autorzy i producenci – wiedząc, że ewentualny widz teatralny ma w domu telewizor i setki kanałów, a w dłoni dzierży pilota – konstruują swe dzieła tak, by widza nie zanudzić. Reżyser – ze swojej strony – powinien dostosowywać się do jedynej znanej masowemu widzowi konwencji, w której realizowane są sztuki przedstawiające. A jest to konwencja filmowa, serialowa itd. – dlatego inscenizacja farsy czy komedii powinna maksymalnie przypominać inscenizację filmową. Wtedy zaś widz nie musi męczyć się ze zrozumieniem tego, co dzieje się na scenie. On to – po prostu – rozumie.

W związku z tym, rolą inscenizatora jest przeprowadzenie przez próby aktorów w ten sposób, aby to, co widz ogląda na scenie teatralnej, jak najbardziej przypominało to, co zna z telewizji. Czyli by było: atrakcyjne, wartko zagrane, kolorowo oprawione i miało swój szalony rytm. Tyle. Nie ma co tutaj szukać drugiego, czy trzeciego dna. Bo go tu nie ma. Nie można także doszukiwać się logiki. Od tego są inne, specjalne zajęcia. I mówiąc o tym, wcale nie trywializuję swojej roboty. Stawiam jedynie uczciwie sprawę, jak powinno robić się lekkie rzeczy, co nie oznacza, że nie trzeba się nad tym porządnie napracować.

 

Ponieważ stanowisko Pawła Pitery na temat pracy przy farsach nie zmieniło się od wypowiedzi towarzyszącej programowi „Boeinga”, w następnej rozmowie pominęliśmy wątki pracy i inscenizacji, a zajęliśmy się – między innymi – amatorskim badaniem zjawiska wieczoru kawalerskiego jako takiego.

- Zacznijmy od tego, że za tzw. „moich młodych czasów” nie było czegoś takiego, jak zabawa w wieczór kawalerski. Ten pomysł na spędzanie ostatnich chwil wolności przez przyszłego pana młodego przyszedł do nas pewnie jakieś 20 lat temu. Dzisiaj niektórzy nazywają ten obyczaj już tradycją, ale ja niekoniecznie upierałbym się przy tym słowie.

Wcześniej na ziemiach polskich istniało coś takiego, jak specjalna impreza dla pana młodego, ale nie była ona aż tak popularna jak „rozpleciny”, czyli coś, co teraz nazwalibyśmy: wieczorem panieńskim. „Rozpleciny”, zwane też „warkoczem”, to dawny obrzęd obchodzony przez narzeczoną i jej druhny w ostatni wieczór przed ślubem.

Było to symboliczne pożegnanie panieństwa. Przy śpiewie właściwym tej okoliczności dziewczyny przystrajały włosy panny młodej gałązkami, kwiatami i kokardkami. Tak udekorowany warkocz chowano pod chustę. Kiedy do domu przybywał orszak weselny ze starostą na czele, ale bez pana młodego, przy dźwiękach kapeli starosta, pierwszy drużba lub brat dziewczyny ściągał jej chustę z głowy i rozplatał warkocz, usuwając ozdoby. Towarzyszyła temu najczęściej trwająca do białego rana zabawa.

Zapewne i mężczyźni w dawnych czasach w jakiś sposób obchodzili ostatnie chwile przed zawarciem małżeństwa, ale ich przebieg nie był aż tak romantyczno–liryczny. Podejrzewam, że skupiał się głównie na tym, co i teraz, czyli konsumpcji napojów wyskokowych.

Wieczór kawalerski w takim kształcie, w jakim ochoczo dzisiaj się go celebruje, to, jak powiedziałem, swojska wersja tego, co Anglicy zapoczątkowali w swoim kraju. Brytyjska kultura klubowa, uważana za bastion konserwatyzmu – choć już nie jest w stanie oprzeć się współczesnym trendom obyczajowym – była matecznikiem wieczorów kawalerskich.

Trzeba pamiętać, że pierwotnie obowiązującą zasadą było spędzanie tej imprezy wyłącznie w męskim gronie. Dlatego – wracając do farsy Hawdona – tak bardzo dziwi Tomka, że jego przyjaciel po kawalerskiej imprezie wylądował w łóżku z dziewczyną. Przecież żadnej kobiety na wieczorze nie było.

 

- Zna pan taką historię, że któreś z państwa młodych w ostatniej chwili ucieka sprzed ołtarza?

- Słyszałem o dwóch takich przypadkach, które zdarzyły się w znajomych kręgach. Podejrzewam, że wcześniej po prostu brakowało tym ludziom śmiałości na przeprowadzenie „męskiej”, uczciwej rozmowy z partnerem. Takiej rozmowy, która wyjaśniłaby wszelkie obawy, i która pozwoliłaby w mniej spektakularny sposób podjąć decyzję o ewentualnym rozejściu się młodych ludzi.

Na tym braku wcześniejszego dogadania się oraz braku odwagi Maurycego zbudował Robin Hawdon bawiącą nas do łez tę dramatyczną w gruncie rzeczy historię. Przecież nikt z oglądających nie ma wątpliwości, że życie z atrakcyjną, ale jakże despotyczną, Sandrą może być co najmniej uciążliwe. Wie o tym również sam zainteresowany, czyli Maurycy, i z tego powodu się upija. Ale nie odwołuje ślubu, tylko na zasadzie „jakoś to będzie” brnie w jego przygotowania. Tak jak większość z osób, które znajdowały się w podobnej sytuacji, nasz bohater boi się skandalu, wyrzutów, kłótni i absmaku. No przecież rosół ugotowany i wódka się mrozi, więc po co nam trudności.

 

- Gdyby autor „Wieczoru kawalerskiego” nie skroił tak wyśmienicie postaci Sandry, nie byłoby całej jakże śmiesznej opowieści.

- To prawda. Energia, zamaszystość i bezkompromisowość, jaką obdarzył Hawdon pannę młodą, wystarczyłaby na powołanie do życia jeszcze kilku równie pełnokrwistych osób.

W ogóle chapeau bas Hawdonowi za postacie w „Wieczorze kawalerskim”. Odżegnując się – jak zawsze – od dorabiania ideologii i analizy psychologicznej komediowych bohaterów, muszę przyznać, że galeria typów ludzkich opisana poprzez wartkie i prawdziwie śmieszne dialogi jest doskonale skomponowana.

 

/rozmawiała Magdalena Furdyna/

Ta strona wykorzystuje pliki typu "cookies". Identyfikują one Twoją przeglądarkę i usprawniają działanie strony. W ustawieniach przeglądarki można wybrać opcję odrzucania plików "cookies". Odrzucenie może spowodować, że nie wszystkie treści będą prawidłowo wyświetlane. Zamknij