O aktorze

Alina Kamińska urodziła się w Brzesku. W 1991 ukończyła krakowską PWST i związała się z Teatrem Bagatela. Drogę artystyczną rozpoczęła pod okiem Sławomira Mrożka, grając w światowej prapremierze „Wdów” wyreżyserowanej przez autora w ramach Dionisia Festival w Sienie w 1992. W macierzystym teatrze nie straszny jej żaden repertuar; wystąpiła w dramatach de Moliny, Czechowa, Jerofiejewa, Kafki (adaptacja), Wyspiańskiego, Witkacego i Gombrowicza, śpiewała w „Skrzypku na dachu” i „Sztukmistrzu z Lublina”, a od 1994 nieprzerwanie gra jedną z żon głównego bohatera farsy „Mayday” i jej kontynuacji „Mayday 2”. Pojawiła się w kilku filmach kinowych i telewizyjnych, występuje w serialach i programach rozrywkowych, zagrała także w spektaklach dla dzieci w Teatrze Telewizji. Dla Teatru Polskiego Radia użyczyła głosu w adaptacji Konwickiego, w Radiu RMF współprowadziła – w warunkach ekstremalnych – cykliczne audycje „I po zawodach” oraz „Obieżyświat”, a także występowała w radionoweli „Apteka Marzenie” i „Dzienniku kolonizacji Marsa”. Jest również lektorką wielu filmów dokumentalnych i przyrodniczych, oraz podkłada głos w szeregu gier komputerowych dla Amadeusz Studio (w tym „Transformers: Wojna o cybertron”). W uznaniu osiągnięć zawodowych odznaczona orderem „Honoris Gratia” oraz Brązowym Krzyżem Zasługi. Pracuje charytatywnie od ponad 20 lat, bo uważa, że należy. Lubi ludzi z charakterem i pozbawionych małostkowości, gotuje z pasją i żyje z pasją, zawsze patrzy „do przodu”.

Kariera

Kariera teatralna:

  • 2015: POSKROMIENIE ZŁOŚNICY (Wdowa Dorota), reż. M. Kotański
  • 2015: SEKS DLA OPORNYCH (Alice Lane), reż. H.J. Schoen
  • 2014: WYDMUSZKA (Halina Kociemba), reż. P. Urbaniak
  • 2012: WIECZÓR KAWALERSKI (Diana), reż. P. Pitera
  • 2011: TANGO (Eleonora), reż. P. Waligórski
  • 2008: PROCES (Panna Montag), reż. W. Śmigasiewicz
  • 2008: SIOSTRZYCZKI BIORĄ WSZYSTKO (Ewa), reż. E. Marcinkówna
  • 2006: WESELE BY CZECHOW, (Anastazja), reż. A. Domalik
  • 2005: NOC WALPURGII ALBO KROKI KOMANDORA, rola (Siostra Tamarka), reż. W. Śmigasiewicz
  • 2005: MAYDAY 2 (Barbara Smith), reż. M. Sławiński
  • 2004: NIENASYCENI, CZYLI MOWY ŻAŁOBNE Z WITKACYM W TLE, reż. W. Saniewski
  • 2004: SZTUKMISTRZ Z LUBLINA (Emilia; Przekupka; Prostytutka), reż. J. Szurmiej
  • 2003: HULAJGĘBA (Młodziakowa; Chłopka), reż. W. Śmigasiewicz
  • 2003: KOLACJA DLA GŁUPCA (Christine), reż. T. Obara
  • 2003: SKRZYPEK NA DACHU (Babcia Cejtł; Cypojra), reż. J. Szurmiej
  • 2002: REWIZOR (Pani Ziemlanika), reż. M. Sobociński
  • 2001: TRZY SIOSTRY (Olga), reż. A. Domalik
  • 2000: SCENY Z NOWEGO ŚWIATA (Sharon), reż. T. Obara
  • 2000: STOSUNKI NA SZCZYCIE (Lady Gillian Partridge), reż. J. Szydłowski
  • 1998: CZEGO NIE WIDAĆ (Brooke Ashton), reż. K. Orzechowski
  • 1998: KOSMOS (Lulusia), reż. W. Śmigasiewicz
  • 1997: PANNA TUTLI-PUTLI (Dzika Europejka Nędzarka) reż. K. Orzechowski
  • 1996: BYŁ KABARET... reż. M. Pacuła
  • 1995: LOVE STORY (Jenny), reż. T.A. Dutkiewicz
  • 1995: ZIELONY GIL (Donna Clara), reż. T.A. Dutkiewicz
  • 1995: POWRÓT SMOKA WAWELSKIEGO (Smoczyca Z Zagłębia Rury), reż. J. Zoń
  • 1994: MAYDAY (Barbara Smith) + as. reżysera, reż. W. Pokora
  • 1993: HEJ, KOLĘDA..., reż. J. Chmielnik
  • 1993: FIRCYK W ZALOTACH (Podstolina), reż. L. Piskorz
  • 1993: JAK ZATRZYMAĆ CHWILĘ TĘ ..., reż. Janusz Butrym
  • 1993: PANNA TUTLI-PUTLI, reż. K.Orzechowski
  • 1992: DOPÓKI BĘDZIE CLOWN..., reż. S. Nosowicz
  • 1992: CO SIĘ KOMU W DUSZY GRA... (Maryna), reż. A. Polony, A. Mrowiec
  • 1991: WARSZAWIANKA, reż. S. Nosowicz

Kariera filmowa i telewizyjna:

  • 2014: MIASTO 44 (matka Biedronki)
  • 2014: 140 w OJCIEC MATEUSZ (Renata Janas, matka Matyldy)
  • 2013: 35 w PRAWO AGATY (Renata Szeląg)
  • 2011: MÓJ BIEGUN
  • 2011: HISTORIA UKRYTA W CZEKOLADZIE
  • 2011-2012: JULIA (Alicja Chmielewska, matka Julii)
  • 2010: MISTYFIKACJA (prostytutka)
  • 2010: 8 w PRZEZNACZENIE (właścicielka galerii)
  • 2009-2010: MAJKA (sędzina)
  • 2008: 3 w CZAS HONORU
  • 2007: 304 w NA DOBRE I NA ZŁE (matka Justyny)
  • 2006: BEZMIAR SPRAWIEDLIWOŚCI (sędzina Łucja, znajoma Wilczka)
  • 2005: 2 w SZANSE FINANSE 2005: 34 w KRYMINALNI (była kochanka Orlicza)
  • 2003: 7 w TAK CZY NIE? (urzędniczka w banku)
  • 2003: 5 w TAK CZY NIE? (Joanna, studentka Anny Melanowskiej; w rzeczywistości wystąpiła w odc. 4)
  • 1995: 4 w OPOWIEŚĆ O JÓZEFIE SZWEJKU I JEGO NAJJAŚNIEJSZEJ EPOCE

Teatr Telewizji:

  • 1996: DZIECI Z BULLERBYN (pani z miasta), reż. Mikołaj Grabowski,
  • 1992: WYPRAWA PROFESORA TARANTOGI, reż. Maciej Wojtyszko Teatr Polskiego Radia:
  • 1991: BOHIŃ, część I-II (Emilia), reż. W. Markiewicz

Wywiad

STARZEJEMY SIĘ RÓWNO I Z WDZIĘKIEM

O dwóch dekadach z „Maydayem” opowiada Alina Kamińska

 

Jest pani przy tym spektaklu asystentem reżysera od samego początku, a także czuwa nad „Maydayem 2”.

Od dwudziestu już lat towarzyszę temu niezwykłemu zjawisku, jakim jest „Mayday”, nie tylko jako aktorka. Twórcą tego sukcesu jest pan Wojciech Pokora, reżyser spektaklu. Ogromną przygodą było dla mnie uczestniczyć w jego pracy niejako „od środka”. Był perfekcyjnie przygotowany. Zaskoczyło nas (i takiej pracy życzę wszystkim kolegom aktorom), że doskonale wiedział, co chce uzyskać w przedstawieniu .Pokazywał nam wręcz miejsca puent tekstowych lub sytuacyjnych, w których na sto procent będzie śmiech widowni. I to się absolutnie sprawdziło! Dostaliśmy zadanie szybkiego nauczenia się tekstu, po czym przyjechał na trzy tygodnie prób i spektakl był gotowy. Pracował krótko, intensywnie, konkretnie i ze wspaniałym efektem.

Tak naprawdę trudno jest być asystentem reżysera spektaklu, ponieważ wszyscy się doskonale znamy, nie tylko z pracy. Jesteśmy związani przyjaźniami, sympatiami, a rola asystenta to prócz opieki także kontrola, czy wszystko jest w porządku. Niemniej w przypadku mojego zespołu nie mam żadnych zastrzeżeń. Jeżeli jakiekolwiek drobiazgi pojawiały się przez te lata, to korygowaliśmy je natychmiast, z uśmiechem podchodząc do potknięć. To wyjątkowe przedstawienie, w którym moje asystowanie częściej ogranicza się do organizacji kolejnych jubileuszy i czuwania nad spektaklami wyjazdowymi, niż bycia „kontrolerem jakości”. To także wielka przyjemność. Bardzo, bardzo dziękuję całemu zespołowi za to, że znosi mnie cierpliwie – a doświadczyłam dowodów ich wdzięczności i sympatii niejednokrotnie.

Zaangażowano panią do „Maydaya” stosunkowo krótko po debiucie scenicznym pod okiem samego Sławomira Mrożka. Do jakiego stopnia praca nad repertuarem poważniejszym wpływa na pani sposób gry Barbary Smith?

Przygoda ze Sławomirem Mrożkiem to chyba największe zawodowe wyzwanie, jakie mnie spotkało. Zaczynałam pracę w teatrze od przyjęcia zastępstwa w Bagateli, ale bardzo szybko wyjechałam do Włoch – bo ten mrożkowski spektakl, „Wdowy”, miał mieć światową prapremierę w Sienie, gdzie podczas międzynarodowego festiwalu autorzy reżyserowali osobiście swoje sztuki. Zawdzięczam tę przygodę nie komu innemu, jak Bogdanowi Grzybowiczowi, który był wówczas dyrektorem artystycznym naszego teatru i bez wahania zgodził się na moją kilkutygodniową nieobecność. Bogdan docenił to, co mi się wtedy przytrafiło w życiu. Zawsze będę powtarzała, że we Włoszech poznałam po raz pierwszy (i jak dotąd jedyny) odpowiedź na nurtujące twórców pytanie – „co autor miał na myśli?”. A miał to, co napisał, po prostu.

Te kilka tygodni z Mrożkiem i jego żoną, pracą z Mistrzem nad spektaklem, a także wieczorne opowieści o Meksyku, to nadzwyczajne przeżycie, które wiele mi dało jako młodej osobie dopiero wkraczającej w świat teatru.

Taki był więc mój niezwykły początek w zawodzie. Potem bardzo szybko weszłam w kolejne sztuki, przede wszystkim w „Mayday”. Nie zdawaliśmy sobie wtedy zupełnie sprawy, że szykuje się taki sukces spektaklu. Te dwadzieścia lat to przecież jest prawie całe moje teatralne życie. Wierzyć mi się nie chce, że wciąż to trwa i to niezmiennie przy pełnej widowni.

A jeżeli chodzi o poważny repertuar w relacji do lekkiego, uważam, że to obopólne dopełnienie. Bardzo istotne jest granie w klasyce czy we współczesnym dramacie po to, żeby tym doskonalej zagrać w komedii lub farsie, które są znacznie bardziej wymagające. Komedia i farsa to czysta matematyka, to właśnie pokazał nam pan Wojciech Pokora. Wszystko musi się odbyć w odpowiednim momencie, co do sekundy, bo inaczej już nie wywoła zamierzonego efektu. Nauczył nas też – co było z jego strony bardzo pedagogiczne – grania do jednej bramki: jeżeli puenta należy do kolegi, trzeba zrobić wszystko, żeby mu ją podbić, bo za chwilę kolega w rewanżu pomoże nam. Na pewno nauczyłam się znacznie więcej przez te pierwsze lata bycia w Bagateli, niż w szkole teatralnej. Bogactwo repertuaru (a graliśmy wtedy też często poranki dla dzieci) wymuszało zwiększenie elastyczności, dyspozycyjności, wytrzymałości… Teraz, kiedy jesteśmy rekordzistami w ilości wystawianych miesięcznie spektakli, bardzo się to przydaje.

Wciąż będę powtarzała, że zagranie dobrze komedii czy farsy, to jest co najmniej mecz piłki nożnej; wymaga szczególnej odporności psychicznej, ale przede wszystkim sił fizycznych. Od wielu lat przecież mamy najczęściej po dwa spektakle dziennie i to przy pełnej widowni. To efekt niezwykłej popularności naszego Teatru i świetnego repertuaru. Każdy z moich kolegów z wielkim poświęceniem gra niezależnie od tego, co się dzieje z nami w życiu prywatnym – to jest siła i magia sceny. Nagrodą są satysfakcja i brawa widowni.

Myślę, że bardzo istotne dla młodych ludzi wchodzących w nasz zawód jest, żeby z pokorą (à propos pana Pokory) podchodzili do pracy w komedii czy farsie, ponieważ wywołać łzy u widza nie jest specjalnie trudno, jeżeli ma się chociaż trochę talentu i wyobraźni. Spowodować natomiast, żeby się szczerze śmiał – no, to już jest wyższa szkoła jazdy.

Przez dwie dekady gra już pani Barbarę, dodatkowo od 2005 równolegle Barbarę szesnaście lat później, w drugiej części opowieści o taksówkarzu-bigamiście. W założeniu każdego wieczoru jest to ta sama postać, ale czas płynie. Zmienia się świat wokół, a „Mayday” trwa. Czy zatem Barbara ciągle jest taka sama?

Myślę, że żadna z naszych postaci nie jest absolutnie identyczna z powstałą przy premierze, bo to po prostu niemożliwe. To jest także kawał naszego prywatnego życia rodziły nam się dzieci, przeprowadzaliśmy się i na pewno wewnętrznie bardzo dojrzeliśmy. Staramy się oczywiście – zwłaszcza dzięki starszym kolegom, którzy pilnują nas ogromnie, lecz z wielką sympatią, za co jesteśmy wdzięczni – żeby zachować ramy postaci sprzed dwudziestu lat. Na pewno jest ciutkę inaczej, chociażby głosy się nam trochę zmieniły.

Bardzo interesujące było wejście w drugą część „Maydaya”. Równoległe granie pierwszej sprawia, że dyscyplina w zachowaniu młodości państwa Smithów staje się tym bardziej istotna – trzeba było znaleźć sposób na pokazanie szesnastoletniego przeskoku czasowego. Teraz mi łatwiej, bo moja prawdziwa córka ma prawie tyle samo lat, co sceniczna. Wszyscy staramy się w drugiej części, żeby były to te same osoby, ale jednak po latach; starsze, dojrzalsze… Czy mądrzejsze? Tu bym się mocno zastanowiła, ale raczej nie o to w farsie chodzi. Bycie mądrym zostawmy mędrcom. Smithowie natomiast są przeciętną rodziną ze zwykłymi problemami, które się bardzo skomplikowały przez niejakiego Johna. I jedna, i druga część przynoszą nam dużo satysfakcji i nieustająco czekamy na trzecią. Ray Cooney, autor sztuk, jest wciąż w świetnej formie. Liczę na to, że jeszcze wpadnie mu do głowy, co zrobić z tą rodziną. Zawsze mogą pojawić się przecież wnuki...

Czy pani – nie jako asystent reżysera, nie jako odtwórczyni roli Barbary – ale patrząc z widowni na „Mayday”, jest w stanie zrozumieć kobiety kochające Johna Smitha?

Hm, trudne pytanie… Myślę, że miłość nie jest ślepa, jest wspaniała. John Smith ma jej tak wiele, że obdarza nią równie mocno dwie kobiety. Niełatwa sytuacja, ale (jak wskazuje „Mayday 2”) również do przyjęcia dla żon, bo Mary i Barbara dają sobie z nią radę, wciąż kochając swojego „misiaczka”.

Jest pani w stanie wytłumaczyć fenomen popularności „Maydaya”? Dwadzieścia lat grania właściwie bez przerwy, kontynuacja, wyjazdy w Polskę… Nie jesteśmy jedynym polskim teatrem wystawiającym „Mayday”, ale za to jednym z grających najdłużej. Dlaczego to właśnie u nas bilety sprzedają się błyskawicznie i to do ostatniego miejsca?

Jeżeli chodzi o długość grania tego tytułu, mamy chyba drugie miejsce w Polsce. Wrocław przebija nas raptem o dwa lata, ale na pewno nie w ilości spektakli. My niebawem dobijemy do półtora tysiąca! Fenomen to niewątpliwy, a jego źródeł upatruję w świetnej reżyserii oraz w wybornym tekście, który – trzeba pamiętać – zanim nabrał ostatecznego kształtu, był przez Raya Cooneya jeszcze długo szlifowany podczas eksploatacji sztuki w Londynie. Cooney prócz bycia autorem i reżyserem jest też aktorem i sam w „Maydayu” grał.

I kolejny istotny aspekt – w naszym przypadku dobór obsady był wyjątkowo szczęśliwy. Potrafimy doskonale się wyczuwać, wyłapać każdy niuans w spektaklu. Nawet jeżeli komuś zdarzy się zapomnieć kwestię, umiemy natychmiast ją podchwycić albo poprowadzić scenę tak, żeby widzowie się nie zorientowali. Znamy już przecież po tylu latach cały tekst. Starzejemy się równo i z wdziękiem, wciąż jesteśmy w doskonałej formie. Każdy stworzył barwną postać z krwi i kości.

Do sukcesu spektaklu przyczynia się także nasza fenomenalna krakowska publiczność, która z pokolenia na pokolenie przekazuje sobie wieści o wspaniałym „Maydayu”. Rodzice przychodzą z dziećmi a dziadkowie przyprowadzają nastoletnie wnuki. Wiem, że mamy także fankluby – niektórzy oglądają nas po siedem i osiem razy polecając w całej Polsce – stąd nasze powodzenie również w wakacje, bo wszyscy wiedzą, że taki niezwykły spektakl jest grany w Krakowie. Myślę, że jeszcze długo będziemy bawić naszą cudowną publiczność. Przed nami kolejne wieczory, aż do dwutysięcznego Maydaya i dalej. W końcu śmiech to samo zdrowie. Czego Państwu i sobie z całego serca życzę. Do zobaczenia w teatrze!

/rozmawiała Bogumiła Michalska/