Kochankowie nie z tej ziemi

Pam Valentine

Czas: 120 min 1 Duża Scena Karmelicka 6

Kupuj bilet on-line
Najbliższy spektakl: 14.07.2017 19:15

Obsada:

Susie Cameron
Simon Willis
Mary Willis
Marta Bradshaw
Anioł Stróż
Tłumaczenie Elżbieta Woźniak
Reżyseria Piotr Urbaniak
Scenografia Joanna Schoen
Muzyka Bolesław Rawski
Światła Marek Oleniacz
Asystent reżysera Przemysław Redkowski
Inspicjent / sufler Sylwia Domin

Kochankowie nie z tej ziemi (Spirit Level)

 

Niby opowieść zwyczajna, a jednak zupełnie niezwyczajna; niby o miłości codziennej, a jednak niż Śmierć i Opatrzność silniejszej.

Na skutek pewnego nieporozumienia ze świętym Piotrem – bo i zaświaty maczają palce w intrydze – kameralny dom pod Londynem zamieszkują dwie pary zakochanych ludzi. Piszących powieści kryminalne mężczyzn, Jacka i Simona, wspierają ich wierne i oddane żony: Susie i Mary.

Wychodząca poza standardowe ramy czułość, z jaką małżeństwem Mary i Simona opiekują się Susie i Jack, potwierdza, że „miłość nie zna granic ni kordonów”. Wydumana przez autorkę sztuka opowiada o zupełnie niewydumanym codziennym życiu i uczuciach wspólnych nam wszystkim.

 

Premiera: 8 maja 2010, Duża Scena

Pam Valentine urodziła się w londyńskiej rodzinie teatralnej. W młodości starała się przede wszystkim odpowiedzieć sobie na pytanie, kim bardziej chce być: dramatopisarką czy aktorką? Ostatecznie - jak mówi jej agent teatralny, Bryan Drew - wybrała pisanie, bo wydawało jej się, że łatwiej jest napisać scenariusz, niż się go nauczyć. Zanim jednak osiągnęła sukces na tym polu, wielokrotnie żałowała młodzieńczej decyzji, zwłaszcza wówczas, kiedy siedziała przed pustą kartką, której nie umiała zapełnić.

Pierwsze zamówienie na pisanie skeczy przyszło w latach 70. z telewizji BBC, a potem prawem serii popłynęły następne. Obok udanych scenariuszy do angielskich sitcomów, Pam Valentine pisała także teksty dla radia, które zawsze było jej wielką miłością. Po długoletnim okresie współpracy z TV Yorkshire autorka zaczęła tworzyć dla teatrów.

Scena bowiem - według niej - jest miejscem, gdzie najlepiej i najpełniej może konfrontować swoje teksty z żywo reagującą publicznością. Pomysł napisania granych w wielu (nie tylko europejskich) teatrach „Przyjaznych dusz” („Spirit Level”), które w Teatrze Bagatela noszą tytuł „Kochankowie nie z tej ziemi”, przyszedł jej do głowy, kiedy mieszkała w uroczym, wiekowym domu. Ów stary dom - według Pam Valentine - obok męża autorki zamieszkiwało małżeństwo, które żyło w nim 100 lat wcześniej...

Po świetnie przyjętej przez publiczność premierze „Spirit Level” Pam wraz z mężem, który jest aktorem, opuściła nawiedzony dom i przeniosła się na prowincję do Wiltshire. Tutaj, poza tworzeniem kolejnych sztuk, oddaje się swoim największym pasjom: rozwiązywaniu krzyżówek, hodowli psów i buszowaniu po antykwariatach.

 

/tłumaczenie Kingi Piechnik na podstawie informacji agenta Bryana Drewa/

Piotr Urbaniak urodził się w 1967 w Krakowie, gdzie uczęszczał do szkoły muzycznej. Krakowską PWST ukończył w 1990 i w tym samym roku zadebiutował w Teatrze Ludowym w „Operze żebraczej” (reż. K. Orzechowski). Był też aktorem Starego Teatru (1995-7). W Teatrze Bagatela pracował w latach 1997-2001 i gra w nim znowu od 2008. Pracował pod kierunkiem m.in. Jerzego Jarockiego, Jerzego Stuhra, Rudolfa Zioły, Barbary Sass i Agnieszki Glińskiej. Występował w zróżnicowanym repertuarze od Shakespeare’a, Moliera, Goethego i Czechowa przez Fredrę, Witkacego i Gombrowicza po adaptację Mniszkówny.

Jako reżyser zadebiutował w Bagateli, w 2005, doskonale przyjętym i granym do dziś „Testosteronem”. Reżyserował następnie „Napis” i dwukrotnie „Kochanków nie z tej ziemi” (Teatr Bagatela 2010 i Teatr Dramatyczny w Płocku 2012).

Wystąpił w szeregu seriali (m.in. „Prawo Agaty”, „Lekarze”, „Na Wspólnej”), filmów fabularnych („Śmierć jak kromka chleba”, „Zawrócony”, „Pułkownik Kwiatkowski”, reż. K. Kutz) oraz spektaklach Teatru Telewizji. Brał udział w programach rozrywkowych („Spotkanie z balladą”) i koncertach. Współpracował z Pierwszym Programem TVP jako współprowadzący wraz z Agnieszką Szulim poranny program „Kawa czy herbata”.

Drugim żywiołem Piotra Urbaniaka jest radio; był autorem, współautorem i prowadzącym audycje w RMF FM („Kobiety niezrównane”, „Zaginione cywilizacje”, „Wstawaj, szkoda dnia”, „Wywiady Piotra Urbaniaka”, „Pociąg do Hollywood”).  Między 2004 a 2008 pracował w RMF Classic („Śniadanie mistrzów”). Również dla radia adaptował i wyreżyserował „Wiedźmina” wg A. Sapkowskiego.  Jest współtwórcą plenerowej Inwazji Mocy '99.

Elżbieta Konieczna,Miesiąc w Krakowie” online, 14 czerwca 2010:

„Nie dostaniecie się tak łatwo, Drodzy Widzowie, na to przedstawienie. Historia powtórzy się jak z „Szalonymi nożyczkami” - bilety będą wykupione na pół roku do przodu! Przepis na to, żebyście się rodzinami ustawiali w kolejkach do teatru, jest prosty jak konstrukcja cepa: nieomylny węch towarzyszący decyzji o wystawieniu sztuki, palec Boży przy wyborze reżysera i zespół, który sprosta marzeniom. Dać się ludziom finezyjnie pośmiać, a nie porechotać. Wstrzyknąć im trochę optymizmu, odciągając od codziennych horrorków. Proste? Proste. Tylko dlaczego tak rzadko, siedząc na widowni, myślę sobie: a jednak w teatrze może być sympatycznie, zabawnie, profesjonalnie, a nawet pięknie?

Mam pomysł - mam sukces. No, prawie sukces

Autorka „Kochanków nie z tej ziemi”, Angielka, mieszkała wraz z mężem przez jakiś czas w starym, przytulnym domu na prowincji, takim, w którym ciągle coś stuka, świszczy, zgrzypi. Dom podpowiedział jej historię, w którą ochoczo uwierzyła. Przed stu laty mieszkała w nim sympatyczna para i dalej tu przebywa. Dawni właściciele nie tylko fruwają po salonie, kuchni i ogrodzie, ale jako duchy roztaczają dobrotliwą opiekę nad obecnymi mieszkańcami. Cudny pomysł, ale trzeba mieć jeszcze talent, żeby równie udatnie rozpisać go na postaci, zdarzenia, sytuacje. Udało się. Dzięki tej sztuce Pam Valentine zyskała rozgłos.

Mówią twarze

Twarz Piotra Urbaniaka - reżysera „Kochanków nie z tej ziemi” łatwo zapamiętać. Nie dlatego, że jest znana z krakowskich teatrów, telewizji i ogólnopolskich seriali. Chodzi o uśmiech - nieschodzący z niej, chochlikowaty, ścichapęk. Patrzysz na twarz i wietrzysz: O! Piotr Urbaniak przyczaił się, ale zaraz wytnie jakiś numer. Tu, w spektaklu wszystkie numery wycina z rzadko spotykaną w komedii galanterią, urokliwym dowcipem, a nawet cieniutkim liryzmem. Wszystko odważone we właściwych proporcjach, a dodać trzeba, że treść sztuki niegłupia. Zauważyłam, że i w życiu nieartystycznym niektóre twarze sama matka natura przysposobiła na bank do odgrywania określonych ról.

Jarosław Kaczyński - teatr Apokalipsy, Joanna d'Arc - Szczepkowska, Krzysztof Krawczyk - ćma barowa. Józef Życiński - twarz trudna - nieustający, mimowolny uśmiech często kłóci z treścią, obniża jej wagę. Wolę arcybiskupa słuchać niż oglądać, a najbardziej czytać. Twarz Dariusza Starczewskiego (świetna rola w „Kochankach nie z tej ziemi”) wyprowadza widza w pole, podobnie, jak twarz Bustera Keatona. Najśmieszniejsze kwestie wyrzuca z siebie z najczarniejszą z możliwych min. Twarz anioła (Marek Bogucki) została zaprojektowana w tymże przedstawieniu na zasadzie zabawnego kontrastu służącego obalaniu tradycyjnego mitu anielskości. Twarz Adama Szarka (druga ważna, męska postać) - wypisz, wymaluj sympatyczna, cwana gapa. Twarze dziewczyn - śliczne. Siedem osób w obsadzie, siedem trafionych ról.

Drodzy Widzowie!

Świat nie jest taki zły. Ludzie są fajni. Miłość na pewno istnieje. Będzie dobrze, bo nie jesteśmy na tym Bożym świecie sami. Wiem to na sto procent, bo byłam na „Kochankach nie z tej ziemi” w Bagateli.”

 

Paweł Głowacki "Smak jej śliny", „Dziennik Polski” online, 10 maja 2010:

„(…) Gdzieś w połowie wyreżyserowanej przez Piotra Urbaniaka opowieści "Kochankowie nie z tej ziemi", pióra Pam Valentine, duch Jacka Camerona (Dariusz Starczewski) prosi ducha swej żony Susie Cameron (Magdalena Walach) o pocałunek. Jak to się mówi: ni z gruchy, ni z pietruchy. Kto by pomyślał! Nikt by nie pomyślał, więc nie pomyślał, bo przecież zabawa miała być! Czy sztukę pani Valentine nazwać komedią, farsą, bądź rechotliwym bulwarem - obojętne. Grunt, że na pierwszy rzut oka i mózgu - ani antyczną tragedią, ani ciemnym melodramatem pośmiertnym to nie jest.

Oto Jack, wybitny pisarz, i Susie, kobieta jego życia - zgodnie utonęli kiedyś. On, niewierzący, ma od św. Piotra szlaban w niebie. Ona - wręcz przeciwnie. Ale zostaje z ukochanym. i poniewierają się tak między ziemią a wiecznością. Poniewierają się w powietrzu swego domu, już do wynajęcia. Mark Webster (Przemysław Redkowski) - agent nieruchomości - proponuje dom Cameronów młodemu małżeństwu. On, Simon Willis (Adam Szarek), grafoman niespożyty, czyli cichy koneser pełnych flaszek. Ona, Mary Willis (Karolina Chapko), w stanie błogosławionym, całkiem jak Susie po śmierci - odrzuca wszelkie nieba, wybiera każde piekło przeciętności, byle tylko z Simonem być jak najbliżej. Oczywiście, mamy też upiorną teściową Simona, niejaką Martę Bradshaw (Ewa Mitoń). Oraz, pewnie dla zachowania symetrii między światami, jest też Anioł Stróż (Marek Bogucki) - niebieski teść wszystkich Ziemian. Ot - cały pomysł na teatr. Duchy i ludzie w jednym miejscu na ziemi. Gierki widm z żywymi. Czy taki koncept Valentine - to nie beczka farsowego prochu?

Rzecz jasna. Beczka. Ale (i tutaj Bogu niech będą dzięki), Valentine nie ma ciągot do nadmiernej rechotliwości. Po drugie - Valentine, a za nią Urbaniak, znają moc nagle kostniejących śmiechów. W drugim akcie - głównie o nim mówię - wszystkie dowcipy semantyczne i sytuacyjne (nie streszczę ich, gdyż, po pierwsze, nie wolno tego robić, gdy się o prawie-farsie opowiada, po drugie - zwyczajnie nie mam chęci), scena po scenie zyskują na nieuchwytności. Śmiech przestaje być oczywisty. Duch duszkę prosi o pocałunek. Zarażony namacalną miłością Simona i Mary, duch o imieniu Jack prosi duszkę wabiącą się Susie o smak języka z tej - już nie dla nich, lecz wciąż naszej - ziemi.

O drugim akcie "Kochanków nie z tej ziemi" piszę głównie… (…) Akt drugi. Myślenie. Na przykład - o kropli, którą on zdjął z jej powieki i roztarł w palcach. Albo o smaku śliny. O smaku języka twojej kobiety, kiedy nie ma już ani ciebie, ani jej.”

„Bardzo wesoła, smutna historia (czyli Nie lubię tautologii)” – rozmowa z Piotrem Urbaniakiem

 

- Wierzysz w duchy?

- I tak, i nie. W pewnym podręczniku do medytacji przeczytałem, że duchy istnieją. Podobno, po osiągnięciu któregoś z kolei etapu wyciszenia, można je napotkać. Wówczas trzeba się z nimi przeprosić, podziękować i życzyć im dobrze. One w zamian będą nam życzliwe.

Żadnego z Tych duchów w życiu nie spotkałem, poza Duchem Pracy Twórczej. I muszę ci powiedzieć, że ten konkretny Duch - generalnie pożądany w każdej robocie - objawił mi się w trakcie pracy nad „Kochankami”.

 

- A więc jednak! Jakiś duch jest.

- To bardzo ciekawe zjawisko. Bierzesz tekst, zaczynasz pracę, a tu nagle: pstryk i duch tekstu się materializuje. I ci mówi: „Nie kombinuj za bardzo. Wszystko masz napisane w tekście. Czytaj uważnie między wierszami!”

 

- Duch Dobra Rada?

- Tak jakby. Mądry duch.

 

- No więc wyszło na to, że jednak w duchy wierzysz.

- No wychodzi na to, że tak. Ale generalnie to nie. To chyba jasne?

 

- Bardzo. Czy Duch Tekstu stawiał opór?

- Oczywiście. Jak każdy porządny, dbający o swoją spirytualną reputację niematerialny osobnik.

 

- Po lekturze tekstu Pam Valentine - zapewne nie tak uważnej jak wasza - sztuka wydała mi się bardzo sceniczna.

- To prawda. Choć w kilku miejscach pomogliśmy oryginałowi, by frazy sztuki lepiej układały się w ustach. Zależało mi na tym, aby dialogi brzmiały jak naturalniej.

Poza tym w trakcie uważnej lektury zaczęły się ujawniać obce duchy. Takie z brazylijskiej telenoweli czy łzawych amerykańskich filmów klasy "C". O miłości mówi się w nich przy użyciu tak słodkich słów i pokazuje ją w tak lukrowany sposób, że nadmiar słodyczy może w sytuacji ekstremalnej wywoływać mdłości.

My poskreślaliśmy zdania, które nazbyt dosłownie mówiły o uczuciach. Były zbyt ckliwe i naiwne, a przez to nieautentyczne.

 

- No tak, miłość raczej objawia się w działaniu a nie zagadywaniu jej.

- Też tak myślę. „Kochankowie” są sztuką o miłości, ale pokazanej niebanalnie i okraszonej dużą dawką humoru. Dowcip dystansuje nas od sieroznego postrzegania wydarzeń. Mówienie o miłości słowami miłości, bez dodatkowych smaczków, jest tak nieznośne jak pozytywistyczna nowelistyka.

W przedstawieniu pretekstem do tego, żeby rozprawiać o rzeczach ważnych, jest użycie figury duchów, bo postaciom nie z tej ziemi wolno więcej. Ubarwiają akcję jak mogą i to nie tylko w warstwie słownej, co powinno wywołać szczery śmiech na widowni.

Dodatkowo dzięki nim możemy zadumać się nad jeszcze kilkoma innym ważkimi sprawami. W tej sztuce podoba mi się także to, że te bardzo kochające się postaci bardzo się kłócą.

 

- ?

- No bo jak ludzie się umieją porządnie kłócić i sobie wybaczać, to znaczy, że faktycznie ich związek jest zbudowany na mocnych podstawach. To darcie kotów i złośliwości, które formułują pod swoim adresem, tylko uwiarygodnia zachowania bohaterów. Przy tym możemy obserwować interesujący konflikt mocnych, a zatem i ciekawych, osobowości.

 

- Przypominając sobie dwie poprzednie wyreżyserowane przez ciebie sztuki w Bagateli: „Testosteron” i „Napis”, widzę pewną twoją skłonność do tekstów współczesnych, komediowych, a przy okazji opowiadających o jakichś ważnych sprawach. W „Testosteronie” o męskim postrzeganiu świata, w „Napisie”stosunkach międzyludzkich. „Kochanków” można by było zakwalifikować w skrócie jako rzecz o miłości i wierze.

- Ale zwróciłaś uwagę na to, że to są bardzo zabawnie napisane rzeczy (świadomie unikam słowa komedie)? No więc mnie najbardziej w teatrze odpowiada takie przedstawianie świata, jakie zawarte jest w realizowanych przeze mnie tekstach. Czyli ma być wesoło o rzeczach poważnych. Wcale nie uważam, że robienie takiego teatru jest mniej wartościowe. Trzeba to tylko zrobić uczciwie i porządnie.

 

- Nie każdy tak śmiało umie przyznać się do tego rodzaju skłonności teatralnych.

- Ja w takich momentach przywołuję przykład rozterek twórczych niejakiego Mozarta. Ten - znany ogółowi - salzburczyk cierpiał okrutnie, gdy jego lżejszy repertuar, choć porządnie skrojony, spotykał się z krytyką bo... był zbyt przyjemny w odbiorze. Gdy jednak tak zagmatwał kompozycję, że stanowiła ciężar dla uszu i trudno było wysłuchać dzieła do końca, krytyka rozpływała się w zachwycie bo... takie to skomplikowane i niezrozumiałe, więc musi być genialne.

Podobnie w teatrze z repertuarem nie najcięższego formatu. Łamanie ironią i żartem (także tym sytuacyjnym) tematów, które uchodzą za poważne, chyba najlepiej z wszystkich możliwych sposobów przybliża nas do pokazania realnego życia w nierealnym ze swej natury teatrze. Dobre, z humorem napisane sztuki zazwyczaj sięgają znacznie głębszych tematów, niż na pozór nam się wydaje. i ja takich dramatów szukam.

 

/rozmawiała Magdalena Furdyna/