Prawda... o zdradzie

Florian Zeller

Czas: 90 min Duża Scena Karmelicka 6

Tłumaczenie Barbara Grzegorzewska
Reżyseria / opr. muzyczne Henryk Jacek Schoen
Scenografia Joanna Schoen
Choreografia Jarosław Staniek
Reżyseria świateł Marek Oleniacz
Asystent reżysera / inspicjent / sufler Monika Handzlik

Prawda... o zdradzie (La Vérité)

 

Najlepsi aktorzy Bagateli wcielają się w role namiętnych kochanków w błyskotliwej komedii Prawda, cieszącej się od paryskiej premiery w 2011 niesłabnącą popularnością. Florian Zeller podsuwa nam niezwykle przewrotne odpowiedzi na pytanie o sensowność wszelkiej zdrady. Gdyby z dnia na dzień ludzie przestali się okłamywać, nie ostałaby się na ziemi ani jedna para. I w pewnym sensie byłby to koniec cywilizacji.

 

Premiera: 12 lutego 2014, Duża Scena

Gala premierowa: 16 lutego 2014, Duża Scena

Florian Zeller, uznany za jeden z najgorętszych talentów literackich we Francji, urodził się w 1979 w Paryżu. Mimo młodego wieku jest wielokrotnie nagradzanym pisarzem i dramaturgiem, którego dzieła tłumaczone są na kilkanaście języków.

Debiutował w wieku 22 lat wyróżnioną Prix de la Fondation Hachette powieścią Neiges artificielles, zawierającą szereg refleksji na temat życia, śmierci i miłości, przeplecionych epigrafami z Nietzschego, Michaux, Rimbauda, a nawet Herodota, oraz motywy autoironiczne. Wkrótce macierzysta uczelnia, L'Institut d'études politiques de Paris (Sciences Po), zaprosiła go do prowadzenia wykładów z literatury.

W 2003 opublikował drugą powieść opowiadającą o złożoności romantycznych uczuć, Les Amants du n'importe quoi, za którą otrzymał Prix Prince Pierre de Monaco, ale popularność przyniosła mu wydana rok później La Fascination du pire, którą zdobył Prix Interallié. Książka, analizująca na przykładzie relacji pomiędzy Zachodem a Islamem różnice międzykulturowe, wpływ religii oraz możliwość tolerancji, wzbudziła sporo kontrowersji. Kolejne powieści, mniej od poprzednich nasycony seksualnością i intelektualizmem Julien Parme (2006) o włóczędze nastolatka – mitomana i uciekiniera, oraz La Jouissance (2012), ugruntowały jego pozycję jako przedstawiciela postmodernizmu.

Od 2012 zasiada w jury literackiej Prix Roger-Nimier. Popularny magazyn „Premiere” pisze o nim: „W środowisku literackim ten pasjonat Rimbauda, przyjaciel Michela Houellebecqa i Davida Foenkinosa, jest niekiedy porównywany z autorami takimi, jak Françoise Sagan czy Nicolas Rey [francuski reżyser oryginalnych „fikcyjnych dokumentów”]”.

Współpracę ze sceną rozpoczął Zeller w 2003 adaptacją libretta węgierskiej opery Háry János Zoltána Kodályego dla Théâtre du Châtelet; jako narrator wystąpił w tej inscenizacji Gérard Depardieu. Po doskonale przyjętym samodzielnym debiucie dramaturgicznym L'Autre (2004) i kolejnym dramacie Le Manège (2005), trzecią sztuką Si tu mourais (2006) zyskał uznanie Akademii Francuskiej, która wyróżniła go Prix Jeune Théâtre. Dwa lata później w premierze Elle t'attend wystąpiła popularna modelka i aktorka Laetitia Casta, a wystawiona w 2010 La Mère zdobyła w następnym roku prestiżową teatralną nagrodę Molière dla najlepszej aktorki. W 2011 miała także miejsce premiera Prawdy (La Vérité) w Théâtre Montparnasse (spektakl został zarejestrowany przez francuską telewizję), wystawianej od tego czasu również w Niemczech, Włoszech i Hiszpanii oraz w Polsce. Ostatnie komedie Le Père (2012) i Une heure de tranquillité (2013) utwierdziły zarówno krytyków, jak i publiczność, w przekonaniu o wyjątkowym talencie i przenikliwej inteligencji autora.

Na gorące i modne nazwisko nie pozostały obojętne francuskie media: Zeller to stały gość programów kulturalnych, wystąpił w szeregu filmów i cykli dokumentalnych, jest też samodzielnym scenarzystą i próbował sił jako reżyser. Ma na koncie telewizyjną adaptację Zamku w Szwecji Françoise Sagan z Jeanne Moreau i Guillaumem Depardieu w rolach głównych (2008, reż. Josée Dayan).

Florian Zeller niezmiennie mieszka w Paryżu z żoną, (byłą modelką) aktorką i rzeźbiarką Marine Delterme oraz synem Romanem.

Henryk Jacek Schoen urodził się w 1951 w Krakowie. Jego droga do funkcji dyrektora naczelnego i artystycznego Teatru Bagatela obfituje w wydarzenia zaskakujące. Studiował chemię przemysłową na Politechnice Krakowskiej, filozofię na Uniwersytecie Jagiellońskim, oraz przez rok reżyserię teatralną w krakowskiej PWST. Od 1973, od „Sanatorium pod klepsydrą” W.J. Hasa, był wykonawcą filmowych epizodów jeździeckich i kaskaderskich chociażby w „Potopie” J. Hoffmana (1974) i „Nocach i dniach” J. Antczaka (1975). Podczas zdjęć do „Pasji” S. Różewicza (1977), gdzie był konsultantem do spraw jeździeckich, zastąpił chorych asystentów reżysera w czasie realizacji dużej sceny z setkami statystów, koni i pojazdów, a Różewicz zaproponował mu pracę asystenta, także przy następnych produkcjach.

W tym samym roku asystował M. Dziewulskiej reżyserującej „Pannę Julię” w Starym Teatrze, z T. Budzisz-Krzyżanowską w roli tytułowej. Jako samodzielny scenarzysta i reżyser filmu „Wir” (1983) zdobył ministerialne uprawnienia reżysera filmów fabularnych w 1984, wtedy też jego debiut wyróżniono na XII Koszalińskim Festiwalu Debiutów Filmowych „Młodzi i Film” Nagrodą Dziennikarzy im. Wojciecha Wiszniewskiego dla najciekawiej zapowiadającej się indywidualności twórczej; obraz był także nominowany do Złotych Lwów na IX FPFF w Gdyni oraz do XXIII Semaine de la Critique w Cannes i nagrodzony na II Festival du Film Romantique w Cabourgu w 1987.

Przez kilka lat pracował jako II reżyser w zespołach filmowych „Tor” i „X”, prócz Różewicza ma na koncie współpracę reżyserską z A. Holland, K. Kieslowskim, F. Falkiem, F. Bajonem, J. Domaradzkim i L. Adamikiem. W latach 1991-92 był dyrektorem Ośrodka TVP w Krakowie, następnie dyrektorem handlowym Fundacji „Maszachaba” zajmującej się handlem zagranicznym, działalnością wydawniczą i transportem samochodowym, a w 1997 przebywał na stypendium w Niemczech i RPA. W latach 1998-99 pełnił funkcję zastępcy dyrektora ds. organizacyjnych w Teatrze Bagatela zaś od 1999 jest jego dyrektorem. Z okazji jubileuszu 90-lecia Bagateli odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi.

O swoich nietypowych początkach w kontekście piastowanego dziś stanowiska tak opowiadał w wywiadzie: „To prawda, że kaskaderka ma w sobie obok ryzyka wielką dozę romantyzmu. Ale polega też na bardzo precyzyjnym zaplanowaniu wszystkiego, na pełnym profesjonalizmie i na absolutnym spokoju. W momencie, kiedy pojawia się kryzys, są dwa wyjścia: można likwidować cały interes i cicho płakać albo realizować projekt pt. ucieczka w górę. Wybieram to drugie”.

„Prawda” F. Zellera (premiera: luty 2014) jest jego pierwszą realizacją sceniczną w Teatrze Bagatela.

Jacek Wakar „Kłamstwa nasze codzienne

Prawda Floriana Zellera to kolejny tytuł z repertuaru Bagateli, który nietrudno odnaleźć w repertuarach innych komediowych i nie tylko komediowych scen w kraju. Przepis na swoją sztukę autor zastosował prosty. Czworo postaci złączonych w miłosny kwadrat, zmienne relacje między nimi oraz błyskotliwe dialogi - to wystarczy, by na widowni rozlegały się salwy śmiechu, czasem zastępowane przez chwile zadumy. Prawda bowiem w żadnym razie nie jest farsą. To współczesna „piece bien faite” – komedia dobrze skrojona. Wrażenie to potęguje świetnie skomponowana – i co ważne równie profesjonalnie wykonana – scenografia Joanny Schoen, rzecz wcale nie tak częsta na polskich scenach.


Pomysł stary jak świat. Oto dwie pary, które zdradzają się „na krzyż”. Michel (Marek Kałużyński) jest mężem Laurence (Ewelina Starejki), ale regularnie sypia z Alice (Karolina Chapko). Z kolei jego najlepszy przyjaciel Paul (Wojciech Leonowicz) to mąż Alice, no i kochanek Laurence. Długo, bardzo długo bohaterowie niczego o sobie nawzajem nie wiedzą, utrzymując się w nieustannych kłamstwach. Zbieg okoliczności sprawia, że ktoś kłamać przestaje. Od tej chwili zaczyna się rysowana w komediowych barwach katastrofa.


Reżyser Henryk Jacek Schoen komponuje Prawdę jako komedię charakterów. Świetny w wiodącej roli Michela Marek Kałużyński jest trochę niezgułowaty, ale dokładnie wie, jak wieść swoje podwójne życie. Bywa śliski w swym konformizmie, ale też niebezpiecznie sympatyczny. Wiemy od pierwszej chwili, że Michel Kałużyńskiego na zdradzie zęby zjadł, a jednak jakoś lubimy jego bohatera, kibicujemy mu w jego zwodzeniach i kłamstwach. Doskonała rola aktora, którego kojarzyłem dotychczas z innym teatrem (przede wszystkim Teatrem Jaracza w Łodzi) i innym repertuarem. Widać, że w komedii i w Bagateli łatwo znalazł swe miejsce.


Partneruje mu, nieco z cienia, Wojciech Leonowicz. Cichy, nieśmiały jako Paul konsekwentnie jednak gra w swoją grę. I to jego bohater przedstawia pionki na szachownicy, nie ujawniając, ile naprawdę wie. Dobra to, z żelazną precyzją prowadzona rola – dowód wszechstronności aktora.


Panie mają w Prawdzie zadania ważne, ale trzymają się raczej na drugim planie – jako obiekty męskich westchnień i adoracji. Karolina Chapko jako Alice jest przde wszystkim piękna, swą rolę opiera na wdzięku, ale i gorzkiej ironii wobec partnera. Ewelina Starejki ukazuje Laurence jako damę z wysokiego towarzystwa, mieszczkę gotową w jednej chwili sprzeniewierzyć się deklarowanym głośno zasadom.


Grają gładko i sprawnie, reżyserowani niewidzialną ręką przez Schoena. Bardzo dobrze się Prawdę ogląda, co nie przeszkadza zauważyć, że to kolejna komedia z teki Bagateli, której przydałoby się może trochę pieprzu. Choć może to, że krakowski teatr oferuje rozrywkę grzeczną stanowi jego indywidulany rys, odróżnia go od innych, idących w bardziej ryzykowne zabawy. Tak czy inaczej oglądałem Prawdę tak jak Odlotowe narzeczone na popołudniowym spektaklu, widownia przy ulicy Karmelickiej była wypełniona do ostatniego miejsca, choć od premiery minął już kawałek czasu. Od niedawna teatr eksploatuje utwór Zellera pod nieco zmienionym tytułem Prawda... o zdradzie. Rozumiem, że to po to, aby ułatwić kupującym bilety orientację w temacie sztuki. Rozumiem, ale nie wiem, czy to naprawdę konieczne.”

 

Alicja Müller, „Kłamać, póki śmierć nas nie rozłączy”, „Teatralia Kraków”, 26 lutego 2014:

„Na scenie tworzy się erotyczny kabaret zmyłek, pomyłek i zdumień. Sztuka kłamania obnaża swoją ułomność – w salwy pęczniejących od coraz to nowych zmyśleń wywodów przypadkiem wdziera się prawda, a nie tacy znów, jak się okazuje, wykwintni konfabulanci gubią się w zakamarkach własnych opowieści. Właśnie w błyskotliwych, ironicznych, często konstruowanych na zasadzie niedoskonałych powtórzeń dialogach leży moc tekstu Zellera, który – gdyby nie sprawność językowa francuskiego autora oraz właściwa mu wyjątkowa lekkość w posługiwaniu się poetyką absurdu – podobny byłby upiornej, ciężkostrawnej telenoweli brazylijskiej.

Od tego skojarzenia sam spektakl ocala bezbłędna obsada aktorska. Karolina Chapko, Magdalena Walach, Wojciech Leonowicz oraz Marcel Wiercichowski, prowadzeni sprawną ręką reżysera niepozwalającego nawet na minimalne zwolnienie tempa, tworzą teatr przerysowanych gestów i ostentacyjnej sztuczności, który zdaje się paralelny do, w gruncie rzeczy żałośnie-śmiesznego, trudu, jaki wkłada się w zmyślanie, wznosząc się przy tym na wyżyny – nie wiadomo: głupoty czy okrucieństwa. Niewierni kochankowie piszą własną księgę tysiąca i jednej nocy. Na jej kartach, na potrzeby opowieści, wskrzesza się nawet umarłych. Fabuły te często przekraczają granice prawdopodobieństwa, ich autorzy nieustannie dokonują aktów deziluzji, ale przedstawienie trwa.

Poprzez wiele słodko-kwaśnych gagów, wpadek i popisów mistrzowskiej błazenady dochodzimy w końcu do śmieszności ostatecznej (tym razem dogłębnie tragicznej). Bohaterowie mają w zwyczaju wygłaszanie skomplikowanych tyrad o zdradzaniu i dyskretnym zdradzaniu, o kłamaniu i lepszym kłamaniu, i tak doprowadzają do zasiania w duszach widzów niepokoju w kwestii dość fundamentalnej: czym mianowicie jest ta, po stokroć przywoływana, prawda i czy miłość rzeczywiście się z nią współweseli.

Przedstawienie Schoena można nazwać komedią, farsą, karnawałowym skeczem – obojętnie. Wszak to opowieść zrodzona z bzdur. Historia tkana na kanwie kompletnego absurdu. Trzeba więc śmiać się bez wytchnienia. Co jednak najważniejsze – w scenicznym kłębowisku głupoty nie sposób nie zauważyć mądrej maski zręcznego ironisty.”

 

Rafał Stanowski, „Dyskretny urok prawdy”, „Dziennik Polski” 19 lutego 2014:

„"Prawdę" Zellera można z powodzeniem ekranizować (powstał film telewizyjny), w sposób równie ciekawy, jak to uczynił Roman Polański przy okazji "Rzezi". Śledzenie wypadków i przypadków, które rozgrywają się na scenie, sprawia niekłamaną, a więc jak najbardziej prawdziwą, przyjemność.

Spektakl mówi bowiem nie tylko o wierności (a raczej jej przeciwieństwie), ale przede wszystkim analizuje naturę współczesnego człowieka. Pyta, w jaki sposób postrzegamy siebie, jak mierzymy się z uczuciami i emocjami. Jak nie potrafimy sobie z nimi poradzić, rozdarci między kulturą a naturą. Czyli między miłością a namiętnością.

Zeller napisał błyskotliwy tekst, który doskonale wypada na scenie. Nie udaje czegoś, czym nie jest, nie ucieka od bulwarowości, a jednocześnie z niej kpi. Pobrzmiewają tu echa "Dyskretnego uroku burżuazji" Luisa Bunuela - w czasie spektaklu orientujemy się, że śmiejemy się nie z bohaterów, ale często - z samych siebie.

Gdyby "Prawdę" ekranizować w Polsce, polecam skorzystać z obsady Bagateli. Wszyscy świetnie czują tekst. I gwiazdy tej sceny - Magdalena Walach, Marcel Wiercichowski oraz Wojciech Leonowicz, i wschodząca, a zarazem przyciągająca męskie spojrzenia Karolina Chapko. A to nie wszystko, bo w drugiej obsadzie zobaczymy Marka Kałużyńskiego, Ewelinę Starejki i Adama Szarka (Karolina Chapko zostaje). Ciekawe, jak zagrają.”

Jestem rzecznikiem kobiet - rozmowa z Henrykiem Jackiem Schoenem

 

- Autor „Prawdy”, Florian Zeller, sztukę opatrzył cytatem z Voltaire’a: „Kłamstwo jest cnotą, jeśli pozwala uniknąć cierpienia. Kłamcie drogie panie… Bądźcie cnotliwe… Odwzajemnię się wam przy okazji”. Kłamstwo jest zatem cnotą?

- Kłamstwo jest powodem ogromnego cierpienia. Zawsze. Najświeższe informacje prasowe z Paryża donoszą, że wieloletnia partnerka prezydenta Francji znalazła się w szpitalu, ponieważ doznała szoku na skutek wiadomości, że François Hollande ją zdradza.

 

- Ale gdyby prawda nie wyszła na jaw, to nieszczęścia by nie było…

- Myśl Zellera, za którą konsekwentnie podążam, realizując tę sztukę, jest taka, że dramatem jest wplątywanie się w jakieś wielopiętrowe kłamstwa. I wcale nie zawężam tego osądu tylko do damsko-męskich relacji. Uważam, że łatwiej, przyjemniej i uczciwiej żyje się w czystych sytuacjach, choć cały świat zbudowany jest z pokus. A to nęcą cudze żony czy mężowie, a to nęcą pieniądze, a to władza nęci. To wszystko zaś opiera się na tym, że kłamstwo nam bardzo łatwo przychodzi. Najpierw to polega na delikatnym mijaniu się z prawdą, przepisami i normami, a potem brnie się coraz mocniej i głębiej w kłamstwa. Bardzo szybko można odejść od prawdy, która jest ogromną wartością w życiu człowieka. Kiedy się już poprzekracza te moralne Rubikony, trudno jest zawrócić.

Dla mnie życie w prawdzie jest jedną z najjaśniejszych cnót i należy tę wartość w sobie pielęgnować. Trzeba się starać, żeby otaczać się jasną aurą, którą daje prawda.

 

- Sarkastyczny Zeller ustami jednego z bohaterów mówi: „przysięgam, że będę lepiej kłamał”.

- Niezwykła ironia tej sztuki doprowadzona jest do poziomu piętrowego absurdu, tak by w efekcie gloryfikować prawdę i czystość, która jest ponad wszelkie przyjemności.

 

- Barwny, pełen niuansów język komedii Zellera w doskonałym tłumaczeniu Barbary Grzegorzewskiej wydaje się być stworzonym do tego, by okpiwać bohaterów sztuki.

- Mam wrażenie, że w ogóle język francuski jest stworzony, by w nim flirtować. Nasączony subtelnymi niedomówieniami, pozwala na kamuflaż zarówno uczuć, prawdy, jak i kłamstwa, bowiem wielość odcieni i półtonów daje niesłychane możliwości. Zeller, wykorzystując tę plastyczność swego języka, nakreślił cztery pełnokrwiste postaci, które zdradzają się nie tylko na scenach we Francji. Zdradzają się w teatrach całej Europy.

 

- W trakcie piastowania od lat stanowiska Dyrektora Naczelnego i Artystycznego Teatru Bagatela przeczytał pan niezliczoną ilość sztuk. Przez piętnaście lat nigdy pan nie trafił na tekst, który skłoniłby go do reżyserowania?

- Decyzja o tym, by reżyserować, bardzo długo we mnie dojrzewała. Obejmując stanowisko dyrektora, uzgodniłem sam ze sobą, że przez 10 lat nie będę tego robił. Wyszedłem z założenia, że – delikatnie rzecz ujmując – nie byłaby to zręczna sytuacja. Obserwując dyrektorów-reżyserów widziałem, że w momencie, kiedy dyrektor reżyseruje, zawsze wkrada się element rywalizacji pomiędzy nim a innymi reżyserami.

Między innymi w związku z tym nałożyłem na siebie dziesięcioletnią kwarantannę. Kiedy udało nam się w Bagateli zebrać bukiet znakomitych i doświadczonych reżyserów, stwierdziłem, że kwarantanna może mnie przestać obowiązywać. Potem czas trochę pobiegł za szybko i nagle się okazało, że to nie dziesięć, a piętnaście lat minęło. Pomyślałam, że to już najwyższy czas, by zrobić sobie niespodziankę i przyjemność, pracując jako reżyser.

Ten dramat wybrałem po pierwsze dlatego, że wiem, iż problem zdrady zawsze będzie dotyczył kobiet, a ja jestem ich wielkim rzecznikiem. Kobiety nawet jak nie przeżywają zdrady realnie, to zawsze się jej instynktownie boją. To jest tabu, które wisi prawie nad każdym małżeństwem.

Ponieważ z badań wynika, że o pójściu do teatru w dziewięćdziesięciu procentach decydują kobiety, doszedłem do wniosku, że wyreżyseruję taką sztukę, która będzie dla nich. To drugi powód.

A trzecim powodem wyboru „Prawdy” są świetnie napisane role. Każda z postaci ma znakomicie nakreśloną linię przemiany, co zawsze jest idealnym pretekstem do stworzenia dobrej kreacji aktorskiej. Inteligentne, lekkie dialogi dają ogromne możliwości wprowadzania tak korzystnych do zagrania na scenie wieloznaczności.

Dla reżysera to frajda pracować nad takim tekstem z kapitalnym zespołem. Świadomość możności zaproszenia i wprowadzenia widza do świata zaproponowanego przez Zellera była dla mnie wyzwaniem.

 

- W spektaklu mamy podwójną obsadę.

- Reżyserowanie to prawie matematyczny proces. Nastawia się swoje zmysły na taką wrażliwość, by rozumieć i czuć duszę wszystkich. Aktor gra jedną postać, reżyser musi ogarnąć wielu bohaterów; ich historie i doświadczenia. Powinien znać całą „story” występujących w spektaklu osób: i tę zapisaną w dramacie, i tę spoza niego.

Wcale nie chodzi mi o to, by zbyt wiele nadbudować sobie w głowie, a potem wymądrzać się przed aktorami, niemniej zależało mi na tym, by stworzyć dla każdej postaci pewien korytarz możliwości.

Pracując z podwójną obsadą, wyznaczając po kolei każdemu ów korytarz, wiedziałem, że w ramach narzuconych osobowości poszczególna rola musi być trochę inaczej poprowadzona, bo po prostu aktorzy różnią się od siebie. Mam nadzieję, że udało nam się stworzyć sztukę zaludnioną przez prawdziwe, pełnokrwiste osoby. Chciałabym, by wszyscy mieli poczucie, że ta „Prawda” jest prawdziwa.

 

  Co jest ważne podczas reżyserowania?

- Bardzo mało osób zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo ważne jest analizowanie dominacji postaci. Często zapominamy, że podczas każdej rozmowy następuje właśnie ten proces. Widać to na przykład w momencie, kiedy osoba, która jest dominowana, w ramach tembru swojego głosu zaczyna mówić i wyżej, i w rytmie znacznie przyspieszonym. Pamiętając o tych codziennych niuansach, warto je wykorzystywać w trakcie pracy nad spektaklem. I na przykład podkręcenie tych zachowań, które widać przy dominacji, buduje efekt komizmu.

Największą frajdą, jaką odczułem przy pracy nad komedią Zellera, było takie dogłębne poznanie aktorów, z którymi pracuję od lat. Będąc Dyrektorem najczęściej oglądam ostatnie próby, a więc już wynik cudzej pracy reżyserskiej i aktorskiej.

Teraz przekonałem się, że wszyscy aktorzy, z którymi przyszło się spotykać podczas prób, są w optymalnym momencie swojego rozwoju zawodowego. Nieprawdopodobnie zdolni i rozgimnastykowani tworzą świetne kreacje.

 

/rozmawiała Magdalena Furdyna/