Tramwaj zwany pożądaniem

Tennessee Williams

Czas: 170 min 1 Duża Scena Karmelicka 6

Kupuj bilet on-line
Najbliższy spektakl: 28.02.2017 19:15
Tłumaczenie Eugeniusz Cękalski
Reżyseria Dariusz Starczewski
Scenografia Joanna Schoen
Muzyka Bolesław Rawski
Projekcje Dawid Kozłowski
Światła Marek Oleniacz
Asystent reżysera / inspicjent / sufler Joanna Jaworska

Tramwaj zwany pożądaniem (A Streetcar Named Desire)

 

Nowy Orlean po koniec lat 40. Pod oknami mieszkania Stelli i Stanleya Kowalskich przejeżdża tramwaj zgodnie z miejscowym zwyczajem nazwany „Pożądaniem”. Pewnego dnia wysiada z niego starsza siostra dziewczyny, zmysłowa Blanche DuBois, konfabulantka i nimfomanka. Ale czy na pewno możemy ją tak zaszufladkować?

Wielopłaszczyznowa osoba Blanche wciąż budzi kontrowersje i sprzeczne interpretacje. Trudno jest ją polubić, jeszcze trudniej ustosunkować się do niej, ale niemożliwym jest przejść koło niej obojętnie. Przedłużająca się wizyta w domu siostry i szwagra powoduje rosnące napięcie między bohaterami, które nieubłaganie doprowadza do tragicznego finału.

Ta ponadczasowa, wyśmienicie napisana rola dramatyczna od zawsze stanowi ogromne wyzwanie aktorskie. W interpretacji Dariusza Starczewskiego w Blanche wcieliła się Magdalena Walach, uwiarygodniając postać neurotycznej, rozchwianej emocjonalnie, starzejącej się nauczycielki. To kolejna, po siedmiu latach od inscenizacji Marty Meszaros, adaptacja „Tramwaju zwanego pożądaniem” na deskach Teatru Bagatela.

Obok głównych postaci w przedstawieniu pojawia się w przejmującym i jakże kluczowym epizodzie Meksykanki: Renata Przemyk.

Prapremiera sztuki odbyła się na Broadwayu 3 grudnia 1947 w reżyserii Elii Kazana, z Marlonem Brando, Jessicą Tandy, Kim Hunter i Karlem Maldenem. Spektakl, mający wielki wpływ na zmiany w amerykańskim, a następnie i światowym, teatrze, grano bez przerwy przez następne dwa lata ze zmianami obsadowymi. Premierę londyńską wyreżyserował w 1949 Laurence Olivier, obsadzając w głównych rolach Bonara Colleana, Vivien Leigh i Renee Asherson.

Leigh i Brando wystąpili także w nagrodzonej czterema Oscarami (w tym za scenariusz dla Williamsa) ekranizacji Elii Kazana z 1951. Film ten stał u początków inwazji absolwentów Actors Studio Lee Strasberga na Hollywood, która przyczyniła się do kulturowej i obyczajowej rewolucji w Stanach Zjednoczonych.

Sztuka do dziś wystawiana jest na całym świecie, na nowo adaptowana dla kina, telewizji i teatru; na jej podstawie skomponowano operę i dwa przedstawienia baletowe.

 

Premiera: 1 maja 2009, Scena na Sarego 7

Spektakl przeniesiony na Dużą Scenę.

Tennessee Williams, uważany obok Eugenie'a O'Neilla i Arthura Millera za jednego z najwybitniejszych dramatopisarzy w USA i zapewne najlepszego – wespół z Williamem Faulknerem – prozaika pochodzącego z Południa, urodził się w 1911 w Columbus, Mississippi, jako Thomas Lanier Williams III. Jego dzieciństwo nie należało do najszczęśliwszych; ojciec okazywał dzieciom chłód emocjonalny, a matka po przeprowadzce do St. Louis czuła się zagubiona w wielkim mieście. Duży wpływ na późniejszą twórczość i życie intymne pisarza miały wspomnienia, związane przede wszystkim z chorą umysłowo siostrą Rose oraz molestowanym przez ojca rodzeństwem.

Williams otwarcie przyznawał się do homoseksualizmu. Natomiast literackie inspiracje w jego twórczości sięgały tragikomicznych dzieł Czechowa, powieści D.H. Lawrence'a oraz poezji Harta Crane'a, dotykającej tematów życia i śmierci, homoseksualizmu i odrębności USA od Starego Kontynentu. Od wczesnych lat fascynował się także Williamem Shakespearem, Augustem Strindbergiem, Williamem Faulknerem, Thomasem Wolfem i Emily Dickinson. W późniejszych latach uzupełnił listę podziwianych o nazwiska Williama Inge’a, Jamesa Joyce’a i Ernesta Hemingwaya.

Pod koniec lat 30., po studiach na kilku uczelniach, zrobił dyplom na University of Iowa i zdobył grant Fundacji Rockefellera za „Battle of Angels”. Wówczas też przybrał imię Tennessee. Fabułę jego następnych 21 dramatów scenicznych cechują przede wszystkim wątki związane z przemocą i seksem. Pojawiają się w nich szaleństwo, gwałt, nimfomania, brutalność i kazirodztwo. Akcja sztuk rozgrywa się w dusznej atmosferze rodzinnych stron autora i zwykle obrazuje gwałtowne przemiany zachodzące w amerykańskim społeczeństwie na przełomie lat 40. i 50. Bohaterowie są naznaczeni indywidualnym piętnem, nie mają charakteru uniwersalnego czy symbolicznego. Nie potrafią nawiązać stałego kontaktu z otoczeniem, targają nimi wątpliwości i namiętności, często mające źródło w przeżyciach seksualnych.

Williams zawsze starał się zostawiać wolną rękę reżyserom zarówno teatralnym, jak i filmowym, nie wtrącając się nieproszony do ich wizji. Pierwszą ważną sztuką w karierze była „Szklana menażeria” („The Glass Menagerie”, 1944), jednak prawdziwą sławę przyniósł mu w 1947 wystawiony na Broadwayu „Tramwaj zwany pożądaniem” („A Streetcar Named Desie”). Sztukę wyreżyserował Elia Kazan, zaś w obsadzie znaleźli się Marlon Brando, Jessica Tandy i Karl Malden – dla wszystkich stała się trampoliną do kariery w Hollywood.

Szczyt formy twórczej Williamsa przypadł na lata pięćdziesiąte. Między 1948 a 1959 siedem jego dramatów było wystawiane na Broadwayu : „Summer and Smoke” (1948), „Tatuowana róża” („The Rose Tattoo”, 1951), „Camino Real” (1953), „Kotka na gorącym blaszanym dachu” („Cat on a Hot Tin Roof”, 1955), „Orfeusz zstępujący” („Orpheus Descending” 1957), „Garden District” (1958) i „Słodki ptak młodości” („Sweet Bird of Youth”, 1959). W tym samym okresie zdobył dwie nagrody Pulitzera, trzy nagrody New York Drama Critics' Circle, trzy nagrody Donaldsona i nagrodę Tony.

Pracował jako scenarzysta filmowy i telewizyjny, jego twórczość zaś stała się bogatym źródłem inspiracji dla światowej kinematografii. Do najgłośniejszych i skandalizujących ekranizacji należą: „Szklana menażeria” (1950, reż. I. Rapper, wyst. Kirk Douglas), „Tramwaj zwany pożądaniem” (1951, reż. E. Kazan, wyst. Vivien Leigh, Marlon Brando), „Tatuowana róża” (1955, reż. D. Mann, wyst. Burt Lancaster, Anna Magnani), „Baby Doll” (1956, reż. Elia Kazan, wyst. Karl Malden, Carroll Baker), „Kotka na gorącym blaszanym dachu” (1958, reż. R. Brooks, wyst. Liz Taylor, Paul Newman), „Jak ptaki bez gniazd”(„Orpheus Descending”, 1959, reż. S. Lumet, wyst. M. Brando, Joanne Woodward, A. Magnani), „Nagle, zeszłego lata” (1959, reż. J.L. Mankiewicz, wyst. Montgomery Clift, L. Taylor, Katharine Hepburn), „Rzymska wiosna pani Stone” (1961, reż. J. Quintero, wyst. V. Leigh, Warren Beatty), „Słodki ptak młodości” (1962, reż. R. Brooks, wyst. P. Newman, Geraldine Page), „Noc Iguany” (1964, reż. J. Huston, wyst. Richard Burton, Ava Gardner, Deborah Kerr) i „Boom!” (1964, reż. J. Losey, wyst. L. Taylor, R. Burton). Williams współpracował także z Luchinem Viscontim przy scenariuszu „Zmysłów” (1954).

Od momentu śmierci przyjaciela, Franka Merlo, w 1961 pisarz zaczął zażywać narkotyki i popadł w depresję, co nie pozostało bez wpływu na późniejszą twórczość. Zmarł w 1983 w hotelu w Nowym Jorku, zakrztusiwszy się zakrętką od buteleczki z lekami, które zwykle zażywał, ale długoletnie łączenie alkoholu i barbituranów mogło również przyczynić się do zgonu.

Niektórzy spośród historyków teatru twierdzą, że tworząc postać Stanleya Kowalskiego, Williams wzorował się na swoim gruboskórnym osiłkowatym kochanku Panchu Rodriguezie Gonzalezie. Co więcej, brat dramaturga Walter (zwany również Dakinem) uważał, że Blanche to sceniczne alter ego autora: „Gdyby [Tennessee] wam coś powiedział, nie oznaczałoby to od razu prawdy. Podobnie wypowiada się Blanche w „Tramwaju...”: „Nie mówię prawdy, mówię to, co powinno być prawdą”. Tak więc wszystko, co nosi w sobie Blanche, miał też Tennessee”. Do owych freudowskich rewelacji należy zachować jednak dystans. Williams był świetnym obserwatorem zachowań ludzkich, zatem inspiracje do dramatów mógł czerpać z otoczenia, niekoniecznie z osobistych doświadczeń.

 

„Zwyczajne życie” – rozmowa z Tennessee Williamsem

Życie znowu zaczęło sprzyjać Tennessee Williamsowi. Po długim i ciężkim okresie, kiedy jego reputacja mocno była wystawiona na szwank, twórczość Williamsa ponownie wróciła do łask. Na ten stan na pewno ma wpływ granie równocześnie aż trzech jego sztuk w nowojorskich teatrach.

W dodatku wydaje się, że Williams wrócił do literackiej formy. Przygotował dwa nowe dramaty, równocześnie pracując nad sensacyjnie szczerymi „Memories”.

Autor bez fałszywej skromności mówi, że bardzo się cieszy, że jego sztuki znowu wywołują teatralny ferment, ale równocześnie martwi się, że zbyt duża liczba jednoczesnych wznowień może doprowadzić do znudzenia jego twórczością.

Komentując ponowne zainteresowanie swoim dramatopisarstwem konkluduje:

- Boże, to całe zamieszanie wokół mnie pokazuje, że albo żyjesz za długo i to dlatego się tobą interesują, albo te wznowienia są w twoim interesie. Ale możliwe jest też, że dzisiejsze czasy potrzebują czegoś z nostalgicznej atmosfery końca lat 40., więc odgrzebujemy z tamtych czasów co się da.

Przypuszczam – powiedział dalej swoim miękkim głosem Południowca – że dzisiaj w moich sztukach nie szuka się już - tak jak kiedyś - sensacji. Teraz ludzie umieją rozmawiać o seksie i przemocy, stąd np. „Słodki ptak młodości”, czy „Kotka…”, odarte z aury nieprzyzwoitości, postrzegane są jako rzeczy o zakłamaniu, a nie homoseksualizmie.

Ale rozmawiając z Williamsem nietrudno się zorientować, że nie przepada rozprawiać o swoich dramatach.

- Ty możesz sobie pozwolić na to, by urządzać na swój użytek ranking moich sztuk. Autor natomiast jest ostatnią osobą, która powinna to robić. Aczkolwiek, szczerze powiedziawszy, mój stosunek do poszczególnych tytułów ciągle się zmienia. To bardzo zależy od ich realizacji na scenie. Kiedy widzę taką, która mi się podoba, to sobie myślę: a ta „Szklana menażeria” jest niezła. No ale potem, kiedy widzę bardziej trafiony spektakl – zmieniam zdanie.

W przeciwieństwie do wielu krytyków twórczości Williamsa, znajduję w niej – przy czym będę się upierał – bardzo niewiele autobiografii. Sam autor zaś o biograficznych interpretacjach dramatów, mówi w ten sposób:

- Poza tymi, które jakoś odzwierciedlają moje stany psychologiczne, przez które przechodziłem w trakcie ich pisania, nic w nich nie ma z mojego życia. Wczesna „Szklana menażeria” jest równie spokojna, jak ja byłem, kiedy ją pisałem.

- Trudno jednak, kiedy już przywołałeś „Menażerię”, nie porównywać Laury do twojej psychicznie chorej siostry – Rose.

- W rzeczywistości moja siostra była znacznie bardziej żywotną osoba niż Laura – mówi Tennessee. – Wręcz przerażająco witalna. Byłaby całkiem zdrowa, gdyby nie przeprowadzono na niej tej cholernej operacji – lobotomii.

Williams zadumany nad swoją przeszłością, zaczął uśmiechać się do wspomnień.

- Nasza matka panikowała, kiedy moja siostra zaczęła używać niecenzuralnych słów.

„Zrób coś! Nie pozwól jej tak mówić!” Mówiła i płakała – ten fragment opowieści Williams wykrzyczał histerycznym falsetem. – Ale Rose – kontynuował – nie przestawała. Używała przekleństw wkładając je w elegancki język. Cudownym sopranem komunikowała na przykład: „Mamo, my dziewczyny od Wszystkich Świętych zwykłyśmy onanizować się świecami skradzionymi z kaplicy”. Matka nie mogła tego wytrzymać.

To wspomnienie wywołało w nim histeryczny spazm śmiechu. Nasza matka ma teraz 90 lat i jest inspiracją dla nas wszystkich – dodaje oschle.

- Czy dużo jest twojej matki w sztukach? – zapytałem.

- Jest we wszystkich – odpowiedział cicho. – Muszę powiedzieć, że jej sposób ekspresji był zawsze ważny dla mojego pisarstwa. Ta ukryta histeria, która przeradzała się w niesłychaną elokwencję... Ciągle odnajduje ją jako zupełnie zagadkową i przerażającą osobę.

- Niedawno wydane (jesień 1974) „Memories” są głównie znane dlatego, że jest w nich masa szczerych wypowiedzi o twoim homoseksualizmie. Niektórzy krytycy sugerują, że to zbyt zdominowało ich istotę.

- To prawda. Stało się tak za sprawą wydawcy, który wyeliminował humorystyczne aspekty tej opowieści. Zdominowała ją powaga, która nie była moim zamysłem. Wydawca kierował się jednak głównie tym, by książka dobrze się sprzedawała. Wykastrował z niej cały dowcip i stąd, przede wszystkim, możesz w niej przeczytać, że jestem maniakiem seksualnym. Chwała Bogu, mam swoją wersję „Memories”, które ukazują wszystko we właściwej perspektywie.

 - Czy napisanie tej książki miało być twoją swoistego rodzaju terapią, w której rozprawiasz się ze swoimi artystycznymi i seksualnymi demonami?

- Chciałem napisać, jak najlepiej umiałem, moją historię. I odbyło się to bez żadnych egzorcyzmów. Nie było potrzeby, bo nigdy nie odbierałem swojego życia jako skandalicznego. Dla mnie ono było zupełnie zwyczajne. To, co jest – być może – inne w moim życiu, to zaimki, jakich używam w stosunku do bliskich. Zamiast mówić „ona”, mówię „on”.

Williams potrafi drwić z każdego, kto sugeruje, że jego głównym tematem jego sztuk jest homoseksualizm.

- Każdy, kto mnie zna, wie jaki jestem. Nigdy niczego nie ukrywałem. a seksualność musi być częścią moich sztuk, bo seksualność jest częścią mnie samego. Nie widzę specjalnej różnicy pomiędzy miłością dwóch mężczyzn, a miłością mężczyzny i kobiety. A wiem, co mówię, poznałem oba te smaki.

- Myślę, że to, co zrobiłeś dla kobiet w swoich sztukach, nie udało się wielu innym heteroseksualnym pisarzom. Postaci Blanche z „Tramwaju”, Maggie z „Kotki”, Aleksandra w „Słodkim ptaku młodości”to fundamentalne role kobiece.

- Bo ja zawsze dobrze żyłem z kobietami, choć one potrafią być potworne. Ale większość ludzi jest potwornych, bo żyjemy w systemie ogromnej hipokryzji.

- Czy to będzie tematem twoje nowej sztuki?

- O nie, to będzie absolutnie żywiołowa komedia. Jej główną bohaterką będzie kobieta, której dzieci od 14 lat pozostają w przedszkolu. Nie mogę ci więcej na ten temat powiedzieć, ale będzie bardzo śmieszna. Co nie znaczy, że nie będzie niosła ze sobą sporo treści społecznych, tak jak inne utwory.

- Wiesz, że są tacy, którzy mówią, że Tennessee Williams to przeszłość, że razem z Arturem Millerem i Edwardem Albee skończył się.

- Oni mówią tak o każdym pisarzu i wiem, że i tak mówią o mnie. Może słusznie…

Ale jeśli chodzi o mnie, to mogę im odpowiedzieć, że wciąż czerpię radość z pisania, choć teraz pisze się zdecydowanie dużo trudniej niż kiedyś.

Producenci teatralni z każdej możliwej strony chcą zabezpieczać swoje interesy. Obawiają się podejmowania artystycznego ryzyka. Wyznacznikiem tego, czy jakiś dramat wdraża się do produkcji teatralnej, są wyłącznie oczekiwane zyski. Nie ma artystycznego klimatu, który pozwalałby na dojrzałe rozwijanie dramaturgicznych talentów. W dzisiejszych teatrach nie ma mowy o możliwości porażki, a co za tym idzie, nikogo nie interesują teatralne eksperymenty. Poza tym, zupełnie zmieniła się widownia i jej oczekiwania. Telewizja odebrała jej wrażliwość konieczną do tego, by umieć się cieszyć teatrem.

 

/wywiad przeprowadzony przez Roberta Berkvista w 1974 dla „New York Timesa”; tłumaczenie: Kinga Piechnik; opracowanie: Magdalena Furdyna/

Dariusz Starczewski urodził się w 1965 w Częstochowie. Absolwent Lart*studiO, krakowską PWST ukończył w 1998; jego rolą dyplomową był Aristarch w „Samobójcy” w reżyserii Jerzego Treli – spektakl zdobył Grand Prix, zaś aktor wyróżnienie, na XVI Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi.

Zadebiutował na scenie już w 1993 z Grupą Rafała Kmity, z którą jest związany do dziś. Współpracę z Teatrem Bagatela rozpoczął w 2001 rolą Kułygina w „Trzech siostrach” (reż. A. Domalik). W zróżnicowanym dorobku ma role w dramatach Shakespeare’a, Büchnera, Gogola, Czechowa, Ibsena, Jerofiejewa, Gombrowicza, Iredyńskiego, Mrożka i Herberta oraz w adaptacjach Dostojewskiego i Kafki. Z dezynwolturą przechodzi od postaci Wujaszka Wani do Leopolda z allenowskiego „Snu nocy letniej”. Występował w krakowskich teatrach: Starym, Łaźni, Bückleina, Nowym, Łaźni Nowej, STU oraz warszawskich Na Woli i Rampa.

Asystował Maciejowi Sobocińskiemu przy inscenizacji „Rewizora” (2002), a w dwa lata później zadebiutował jako reżyser „Szklaną menażerią”; kolejno zrealizował jeszcze „Heddę Gabler”, „Kto otworzy drzwi?” (spektakl dyplomowy PWSFTviT), „Tramwaj zwany pożądaniem”, „Rosyjską ruletkę” (Teatr im. Żeromskiego, Kielce), „Sen nocy letniej” (Międzynarodowy Festiwal Reżyserii Teatralnej „Versionale” w Dreźnie), „genomgnom” (Eurodramafest 2011) oraz „d o w n_u s” (premiera w Teatrze STU).

Występuje również w filmach krótko- i pełnometrażowych oraz programach telewizyjnych, zagrał także w spektaklu Teatru Telewizji. Jest założycielem platformy artystycznej „sztuka na wynos” oraz firmy szkoleniowej „SZiN”.

Paweł Głowacki „Ostatnia gra w chowanego”, „Dziennik Polski” online, 6 maja 2009:

„W środku cieni Blanche DuBois fabrykuje maski. O skórze pergaminowej, rudych włosach i oczach z igieł szamanów akupunktury - grająca Blanche Magdalena Walach jest w wyreżyserowanym przez Dariusza Starczewskiego "Tramwaju zwanym Pożądaniem" Tennesseego Williamsa trochę jak echo Marcela Marceau, mima, który bez słowa nadawał ciężar powietrzu i z własnej twarzy jednym, dwoma, trzema grymasami lepił dowolną twarz ziemian. Pergaminowa Blanche gra, a cienie wokół niej od lat gęstnieją dzień po dniu.

Cienie czasu przeszłego. Cienie zmarłych w rodzinnym domostwie Belle Rive. Cienie ich przedśmiertnych skowytów w komnatach cierpliwego aksamitu. Cienie nagłych cisz po skowytach i cienie krwi stygnącej na jedwabnych poduszkach tuż przy szyjach trupów. Cienie trumien, świeżych dołów, uparcie powracającej frazy "z prochu powstałeś...", stukotu grud o wieko i szmeru wieńców na przyklepanym łopatami kopcu. Cienie czarnych sekretów przodków. Cienie jej czarnych sekretów - samobójcza śmierć ukochanego, grzeszny romans z nieletnim, nocne brzmienia pokoju na godziny w hotelu "Flamingo". Cienie kawałków domostwa wyprzedawanych za długi, wreszcie cień pustki po utraconym Belle Rive. Cienie coraz gęstsze, coraz bliżej. Blanche nie ma już dokąd iść - cienie już są na pergaminowej skórze. Już nie da się nie pamiętać - więc Blanche gra z cieniami. Robi teatr masek. Gra o dzień zwłoki. O minutę bez pamiętania. O oddech.

Z legendarnej sztuki Williamsa Starczewski wyłuskał właśnie to: potwornie samotną, z góry na fiasko skazaną grę. Pergaminowa Blanche przecież wie, że losem jej jest powolna utrata wszystkiego, utrata nie do zatrzymania, i wie, że z tego, co zwykliśmy pięknym życiem brawurowo nazywać, w jej przypadku na końcu pozostanie dokładnie to, co zostało z umierających w domostwie Belle Rive - krótki skowyt bez znaczenia, krew stygnąca na poduszce, a później cisza bez końca. Potwornie samotna gra lęku przed tak wyblakłym finałem - gra właśnie z i dla wyblakłego finału. To Starczewski wyłuskuje i kładzie palec na wargach wszystkiego, co w narzeczu magisterskich prac teatrologicznych zwie się problematyką społeczno-rodzinno-psychologiczno-polityczno-erotyczną "Tramwaju zwanego Pożądaniem". Inaczej - co publicystyczne, Starczewski zostawia publicystom.

Jego Blanche przyjeżdża zatem do swojej siostry Stelli (Ewelina Starejki) i jej męża Stanleya (Michał Kitliński) bo już nie ma dokąd iść. Przyjeżdża, by się pożegnać i może ostatni raz w teatrzyk się zabawić ku uciesze cieni błąkających się po pergaminowej skórze, by dla nich komedię odegrać przy pomocy nic, bądź mało rozumiejącej Stelli, topornego Stanleya, Mitcha (Przemysław Redkowski), co się w niej fatalnie zakocha, i całej reszty ludzkiej menażerii kamienicy przy jednej z nic nie znaczących ulic Nowego Orleanu.

Przyjeżdża i gra. Niczym stary, mityczny mim - z własnej twarzy fabrykuje tikami dowolną maskę kobiecą. Jest dzierlatką, kokotą, arystokratką albo kimś bez właściwości. Idzie dalej - inaczej niż mityczny mim, wciska w gardło maski dźwięków. Słychać smolisty alt, ćwierkanie pensjonarki, płaski chichot blondynki, lepką ciszę człowieka bezradnego. Wreszcie - zakłada maski na gesty. Jest więc trzeciorzędną dziwką, zdewociałą myszą szarą, kobietą złamaną, płytką frenezją palców głupawej hrabiny. Na twarzy, w gardle, w gestach - wszystko, co chcecie. I wszystko to powiada, że teatr wprawdzie nie ocala - ale co szkodzi zagrać jeszcze raz, ostatni?

Zdumiewająca jest Walach. Jak wziąć na siebie taki ogrom i przez trzy godziny prawie nie schodząc ze sceny - nie zgubić ni ziarna? Nie wiem. Nie wiem też ściśle jak z Williamsa sztuki legendarnej, co zdaje się być rodzajowym obrazkiem z życia małych ludzi w wielkim mieście na południu USA, jak z niej Starczewski wyłuskać zdołał aż tak cierpki, pięknie cierpki, pełen nieuchwytności i diabelnie czysty seans o skazanej na fiasko grze ze śmiercią. Wiem jedynie, że lubię ten gatunek własnej bezradności.

 

Elżbieta Konieczna, „Miesiąc w Krakowie” online, 5 sierpnia 2010:

„Już nawet nie pamiętam, dlaczego w kwietniu ubiegłego roku nie byłam na premierze tej sztuki. Nieważne. Gorzej, że nie miałam świadomości, iż ominęło mnie wtedy bardzo dobre przedstawienie. Czyste inscenizacyjnie, świetne aktorsko. Aktorsko? Czy można używać takich superlatywów oceniając role, w których blisko 60 lat temu legendarne sukcesy odnosili Vivien Leigh i Marlon Brando w obsypanym Oscarami filmie Elii Kazana? Można. Powiem więcej, jako stary radiowiec mam w uszach jeszcze jedno przedstawienie - każdy niuans głosów krakowskich aktorów Zofii Niwińskiej i Wiktora Sadeckiego z archiwalnego nagrania głośnego przed laty „Tramwaju zwanego pożądaniem” w Starym Teatrze, ciarki szły po grzbiecie, gdy się słuchało tej jednej, jedynej zachowanej z tamtego przedstawienia sceny gwałtu i szaleństwa. Ale teraz też mi nie przeszkadza to zderzenie krakowskiej legendy ze skromnym spektaklem granym w zaciszu bocznej ulicy Krakowa.

Dariusz Starczewski kilka lat temu wystawił w Bagateli „Szklaną menażerię” T. Williamsa. Był to uroczy, mądry, delikatny i, mimo upływu czasu od amerykańskiej prapremiery, zadziwiająco współczesny spektakl. Tak też jest w przypadku „Tramwaju zwanego pożądaniem”. Przedstawienie oparte na solidnych, realistycznych podwalinach, konkrecie faktów, charakterów postaci, równocześnie unosi sztukę w świat teatralnej poezji, metafory. Nie odrywa się wzroku od naturalnie grających aktorów, bez cienia fałszu, efekciarstwa. Blanche, Stanley, Stella, Harold po prostu są. Z nami, dla nas. Kto tylko może, niech idzie do Bagateli na to przedstawienie! Rzadko w krakowskich teatrach pojawiają się tej klasy spektakle.”

 

Wacław Krupiński, „Wielki zachwyt i takież wielkie zdumienie”, „Dziennik Polski”, 24 lutego 2013:

„Jaka szkoda - myślałem, bijąc zapalczywie brawo - że upadły w Krakowie przyznawane w plebiscycie teatromanów Złote Maski, że nie ma już nagród Ludwika. Miniatura Solskiego w roli Starego Wiarusa byłaby jakże zasłużonym zwieńczeniem roli Blanche. Szkoda też, że krakowska Nagroda Teatralna im. S. Wyspiańskiego została ustanowiona dopiero rok temu; toż grająca Blanche aktorka byłaby pretendentką idealną. Niestety, nagroda ma uwzględniać osiągnięcia minionego roku. A ten spektakl miał premierę w maju 2009 r. Ale przecież aktorka wciąż w nim gra, w roku minionym czyniła to także...

Wreszcie dotarłem do Teatru Bagatela, na którego Dużej Scenie grany jest z powodzeniem "Tramwaj zwany pożądaniem" w reżyserii Dariusza Starczewskiego. Głośna ongiś sztuka wciąż wystawiana jest z powodzeniem, które zapewnił jej zrealizowany przeszło 60 lat temu film w reżyserii Elii Kazana. On główną rolę powierzył Vivien Leigh (zasłynęła wcześniej jako Scarlett 0'Hara w "Przeminęło z wiatrem"), która jako Blanche otrzymała drugiego w swej karierze Oscara. Starczewski oddał tę rolę Magdalenie Walach. I też miał wyczucie potężne. Dawno nie widziałem w teatrze tak misternie poprowadzonej, tak przekonująco, tak zjawiskowo zagranej jakże trudnej roli, roli tak zapadającej w emocje widza, tak zatrzymującej się pod powiekami. Zwłaszcza drugi akt, gdy neurotyczna Blanche wie, że związek z Mitchem to kolejna ułuda. Ileż stanów emocjonalnych oddaje Magda Walach, z jakąż siłą prawdy maluje rozpacz i wyniosłość, realność przeżywanej sytuacji i urojenia... Jest przejmująca i odrażająca, by po chwili znów być wyniosłą damą, świadomą urody i siły w kontaktach z mężczyznami. I ten iście szekspirowski finał... Ktoś, kto ceni w teatrze aktorstwo, tu zobaczy je na najwyższym poziomie.

(...) Tu wystawia się Szekspira, Dostojewskiego, Czechowa. Przykładem "Wujaszek Wania" choćby (znów świetna Walach), czy niedawna premiera na Scenie Sarego 7, a nawet światowa prapremiera "Układu" Kazana, który w tłumaczeniu i adaptacji Radosława Paczochy wyreżyserował Michał Kotański. Fakt, wydał mi się ów spektakl z lekka za długi, ale w zamian mogłem dłużej z przyjemnością obcować z wcielającym się w Eddiego Dariuszem Starczewskim, którego oglądam na scenie bodaj od czasu "Wszyscyśmy z jednego szynela" Grupy Rafała Kmity, z którą wciąż współpracuje. Szczerze tej roli aktorowi gratulowałem.”

„Zadanie do wykonania” – rozmowa z Dariuszem Starczewskim

 

- Darku, to już twoje drugie spotkanie z Tennessym Willimasem. Nie tak dawno reżyserowałeś przecież „Szklaną menażerię”. Czy w związku z tym można wysnuć wniosek, że lubisz klasyczne amerykańskie dramaty tego autora?

- Nie interesują mnie wyłącznie kanoniczne teksty dramatyczne - mając na uwadze także zrealizowaną przeze mnie „Heddę Gabler” Henryka Ibsena. Raczej bym powiedział, że mam słabość do dobrej literatury teatralnej. Po prostu: czytana sztuka musi wywołać we mnie jakiś rezonans. Musi mnie intensywnie pociągać, wabić i kusić. I tak się jakoś składa, że te tzw. teksty klasyczne mają dla mnie największą moc przyciągania.

Pozwoliłbym sobie na następujące uogólnienie. Twórczość Ibsena można porównać do filmów Bergmana, a Williamsa do bardzo dobrego kina hollywoodzkiego. Raz masz ochotę na jedno, czasami na to drugie.

 

- Co zatem uwiodło cię w Tramwaju"...?

- Teksty, które egzystują w teatrze przez wiele dziesiątków lat, mają siłę, która jest większa niż doraźna i powierzchownie zawarta w nich obyczajowość. Przecież twórczość Williamsa nigdy nie była na wskroś realistyczna, choć zawsze jego dramaty odnoszą się do bardzo konkretnych miejsc, czasów i ludzi. Ponadto ich ogromnym atutem jest intensywny, wręcz filmowy, montaż scen i dialogów. Ale nie to, oczywiście, jest najbardziej istotne, tylko treść wciąż aktualnych tematów i symboliki.

 

- Skoro już wspomniałeś o filmowości" sztuk Williamsa, nie mogę cię nie zapytać o rzecz najprostszą. Nie boisz się porównań do słynnego filmu Elii Kazana zrealizowanego na podstawie „Tramwaju”? Zdaje się, że ten nagrodzony kilkoma Oscarami film, w świadomości widzów jest wciąż bardzo mocno obecny.

- Niewykluczone jest, że „Tramwaj zwany pożądaniem” między innymi dlatego jest wciąż realizowany w teatrze po to, by kolejni twórcy mogli się zmierzyć z mitem filmu Kazana. Nie udaję, że go nie znamy, przeciwnie, celowo używam niewielkich fragmentów filmu, bo porównań i tak nie unikniemy. Nie ma na to szans. Nawet jak ktoś nie widział tego obrazu, to na pewno o nim słyszał, i ze słyszenia nadbudował sobie wyobrażenia o tekście Williamsa. W naszym spektaklu spełnia on funkcję ironicznego komentarza.

 

- Dokąd zmierza współczesny „Tramwaj”?

- Reżyserując „Tramwaj" chciałem...

No właśnie, i tu zaczyna się korowód truizmów... Banał goni banał. Najchętniej nic bym nie mówił, pozostawiając widzowi spektakl. Niech sam się z nim konfrontuje: „To widzę”, „tego nie ma”, „tego nie rozumiem”, „to mnie drażni”. To byłaby uczciwa sytuacja, do której można się odnieść. Co kogo obchodzi, czego ja chciałem!

Jeśli dowiedziałbym się, że nastąpiła komunikacja między sceną a widownią, to zrealizowałbym najbardziej podstawowe zadanie, jakie stoi przed teatrem. Pewnie dlatego kazałem aktorce w moim imieniu wejść w publiczność, chwycić widza za rękę i powiedzieć do niego ostatni monolog. Jeśli wypowie tylko do niego te najintymniejsze słowa, a on je zapamięta, uznam, że zadanie zostało dobrze wykonane.

Ale skoro nalegasz. Dobrze...

Jesteśmy skazani na upływ czasu. Na starość i choroby, na przemijanie... Dzisiaj mamy do czynienia z wręcz karykaturalnym wyparciem tego problemu z naszej świadomości i kultury. Świat się odmładza; robi sobie operacje plastyczne, zapamiętale ćwiczy starzejące się ciała, każe nosić dżinsy, by markować upływ lat. Wydaje się, że tylko młodość jest dynamiczna i coś warta. Starość funkcjonuje jako element zbędny. Koszmarny sen! Wystarczy się obudzić i problem zniknie. Spazmatyczna ucieczka w życie, w pożądanie, to odpowiedź Blanche na lęk przed śmiercią.

A zatem dla mnie centralny problem w „Tramwaju” to śmierć i przemijanie. Jak sądzisz, chyba aktualny?

 

- W związku z tym nie usunąłeś, jak to bywało w poprzednich realizacjach, postaci Meksykanki, granej tutaj przez Renatę Przemyk.

- Meksykanka to symbol, bez którego nie ma dla mnie tego tekstu! Cała inscenizacja, z oszczędną scenografią Joanny Schoen, osadzona jest w realiach połowy ubiegłego wieku. Ale obok niej umieściłem równoległy wątek: aktorki. Oczywiście nie dopisałem do sztuki Williamsa ani linijki, ale bazując na niej doinscenizowałem strukturę przestrzeni aktorki wcielającej się w Blanche. To takie współczesne lustro.

Wiara aktorki w magiczną moc teatru odmieniającą rzeczywistość bliska jest wierze Blanche w podobną siłę symbolicznego chińskiego lampionu, który zakłada na gołą żarówkę lampy Stanleyów. Czy to wiara tylko jednostronna? To pytanie przerzucam przez rampę za pomocą figury Aktorki - Blanche.

 

- W „Tramwaju” jest jeszcze wiele innych tematów.

- To prawda. Jest wpisana w ten tekst opozycja: kultura a człowiek w swej pierwotnej, instynktowej formie. Blanche i Stanley będą dwiema obcymi siłami ścierającymi się w śmiertelnej walce. Można również czytać „Tramwaj” jako konflikt między Starą a Nową Europą. Wtedy Polak Stanley byłby barbarzyńcą z Europy Wschodniej, który budzi potworny lęk., ale którego Stara Europa równie mocno potrzebuje, by, jak mówi Blanche, „odświeżyć swoją krew”. Istnieją ciekawe, genderowe interpretacje „Tramwaju”. Można też przeczytać go po prostu jako obyczajowy dramat rodzinny. Na coś trzeba się zdecydować.

 

/rozmawiała Magdalena Furdyna/