O aktorze

Kamila Klimczak urodziła się w Łodzi, gdzie pobierała nauki w klasie fortepianu i w PWSFTviT, studiowała także zaocznie na Wydziale Wiedzy o Teatrze warszawskiej Akademii Teatralnej. Występowała w realizacjach Jana Szurmieja „Skrzypek na dachu” i „Zorba” w łódzkim Teatrze Muzycznym. Dyplom z wyróżnieniem uzyskała w 2005 rolami Duni w „Swidrygajłowie” wg „Zbrodni i kary” (reż. Janusz Gajos) i Kobiety w „Łożu” (reż. Karolina Szymczyk), a także dzięki wielu kobiecym maskom, które próbowała odsłonić w recitalu „W ciało wcielenia” (reż. Roman Dziewoński). W tym samym roku debiutowała na scenie Bagateli jako Lekarz Walentyna w „Nocy Walpurgii” (reż. W. Śmigasiewicz). Z równym powodzeniem odnajduje się w rolach śpiewanych i komediowych, co dramatycznych, znakomicie czuje się w repertuarze klezmerskim i kabaretowym, ale także lirycznym. Ma w dorobku role Emilii w „Othellu” (reż. M. Sobociński), panny Bürstner w adaptacji „Procesu” (reż. W. Śmigasiewicz) i Petry w „Woyzcku” (reż. A. Domalik). Zagrała – śpiewająco – Boginię w „Oblężeniu” i „Kobietę z Kulą u Nogi w „My w finale”. Gościnnie występuje w Teatrze STU i w Teatrze Jaracza w Łodzi. W 2006 dołączyła do zespołu Piwnicy pod Baranami, a od 2008 współpracuje z Leopoldem Kozłowskim przy koncertach muzyki żydowskiej. Jej debiutancka płyta z piwnicznym recitalem „Rysy na życiorysie” ukazała się w 2011. Wystąpiła również w filmach „Jedna noc” (2005) i „Heniek” (2010). Zdobywczyni licznych wyróżnień wokalnych i aktorskich, m.in. I Nagrody na XXI Ogólnopolskim Festiwalu Piosenki Francuskiej w Lubinie oraz Nagród Specjalnych: Ambasady Francuskiej i Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Francuskiej (2004); Nagrody dla Najlepszej Aktorki na Międzynarodowym Festiwalu Szkół Teatralnych Setkani/Encounter 2005 w Brnie; Nagrody Publiczności za najbardziej elektryzującą rolę żeńską na XXIII Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi (2005); I Nagrody na Przeglądzie Piosenki Kabaretowej O.B.O.R.A.(Ostatni Bastion Obrony Rozumu Artystycznie) w Poznaniu (2006). Lubi różowe wytrawne wino.

strona artystki: www.kamilaklimczak.art.pl

Kariera

Kariera teatralna:

  • 2018: W'ARIACJE POŻĄDANIA (Polly Peachum, kochanka i żona Macheatha; Diana, call girl), reż. R. Dziwisz
  • 2018: KOTKA NA GORĄCYM BLASZANYM DACHU (Mae), reż. D. Starczewski
  • 2018: KŁAMSTWO ...O MIŁOŚCI (Sophie) + as. reż., reż. H.J. Schoen
  • 2016: WKRÓTCE NADEJDZIE TEN CZAS (Rebekka), reż. A. Nowicka i P. Partyka
  • 2016: JUTRO TEŻ JEST DZIEŃ PEŁEN MIŁOŚCI, reż. K. Pieńkos i Maciej Sajur
  • 2016: NAJDROŻSZY (Marie), reż. G. Castellanos (od X 2017)
  • 2016: POMOC DOMOWA (Olga, żona Norberta), reż. P. Pitera
  • 2016: O KRASNOLUDKACH, GĄSKACH I SIEROTCE MARYSI (Gąska), reż. I. Jera
  • 2015: PŁOMIEŃ ŻĄDZY (Forsedes – brzydka prostytutka; Szampinje–Szandilje – piękna księżniczka), reż. M. Bogajewska
  • 2015: SZALEŃSTWA NOCY (Helena), reż. Iwona Jera
  • 2014: ZACHCIANKI CZYLI BABY BLUES, reż. D. Gnatowski
  • 2014: MEFISTO (Nicoletta von Niebuhr; Kabaret) + as. reż., reż. M. Kotański
  • 2012: MY W FINALE (Kobieta z Kulą u Nogi), reż. I. Jera
  • 2011: OBLĘŻENIE (Bogini), reż. M. Bogajewska
  • 2011: RYSY NA ŻYCIORYSIE, reż. R. Dziewoński
  • 2009: DWA RAZY TAK, reż. K. Szymczyk-Majchrzak
  • 2009: WOYZECK (Petra), reż. A. Domalik
  • 2008: PROCES (Bürstner), reż. W. Śmigasiewicz
  • 2007: BLACKBIRD (Una), reż. B. Tosza
  • 2007: OTHELLO (Emilia), reż. M. Sobociński
  • 2007: JAJOKRACJA (Dziewczyna), reż. J. Szurmiej
  • 2006: WESELE BY CZECHOW (Daszeńka), reż. A. Domalik
  • 2006: MÓW MI O MIŁOŚCI. Wieczór romansów rosyjskich
  • 2006: ŁOŻE (Kobieta), reż. K. Szymczyk-Majchrzak
  • 2005: AJ WAJ! CZYLI HISTORIE Z CYNAMONEM, reż. R. Kmita (od 2006)
  • 2005: NOC WALPURGII ALBO KROKI KOMANDORA (Lekarz Walentyna), reż. W. Śmigasiewicz
  • 2005: GRAJ KLEZMERSKA KAPELO. Wieczór piosenek żydowskich
  • 2005: ŁOŻE, reż. K. Szymczyk
  • 2005: W CIAŁO WCIELENIA, reż. R. Dziewoński
  • 2005: SWIDRYGAJŁOW (Dunia), reż. J. Gajos
  • 2000: ZORBA (Młoda Bubulina), reż. J. Szurmiej
  • 1999: SKRZYPEK NA DACHU (Bejłka), reż. J. Szurmiej

Kariera filmowa i telewizyjna:

  • 2014: 150 w OJCIEC MATEUSZ (Anka Michalska)
  • 2012: ŻEGNAJ MÓJ KRAKOWIE CZYLI GORE! BRACIA! PALI SIĘ! MORDECHAJ GEBIRTIG, reż. P. Szalsza
  • 2010: HENIEK (Zosia), reż. E. Kowalewska i G. Madej
  • 2005: JEDNA NOC
  • 2005: FEMME FATALE
  • 2003: ICH ŻYCIE

Teatr Polskiego Radia:

  • 2014: WSZYSTKO JUŻ BYŁO... W KABARECIE, R. Dziewoński
  • 2014: SEJM NIEWIEŚCI (Eufemija), reż. R. Dziewoński
  • 2013: INŻYNIER NIEPRAKTYKUJĄCY CZYLI OPOWIEŚĆ O JERZYM WASOWSKIM w 100-lecie urodzin, reż. R. Dziewoński
  • 2013: MĘŻCZYZNA W MELONIKU (Bohaterka), reż. R. Dziewoński
  • 2012: COLAS BREUGNON (Martynka), reż. R. Dziewoński

Wywiad

„Artystkom nie można wierzyć, czyli rysy na życiorysie Kamili”

 

Nie wie, jak smakuje żołądkowa gorzka, ale abstynentką nie jest. Angaż do teatru dostała na ulicy, a do Piwnicy pod Baranami wkroczyła jako „Wszetecznica”. Z Kamilą Klimczak rozmawia Magda Huzarska-Szumiec.

 

Kamila, jak smakuje żołądkowa gorzka?

Chyba gorzko. No może słodko-gorzko?

 

Dwója. Do Tygodnika Powszechnego byś się nie dostała. Tam przed laty, zanim kogoś przyjęto, zadawano takie pytanie.

To było pytanie do wysokiej klasy specjalistów z dziedziny alkoholowej. A ja w zasadzie nie piję.

 

No, ale musiałaś przejść jakiś test, żeby wkupić się w łaski artystów Piwnicy pod Baranami.

On był zdecydowanie prostszy. Chodziło o czystą wódeczkę, która zawsze była specjałem tego miejsca.

 

„Ty wódkę za wódką w bufecie...” śpiewała Ewa Demarczyk.

No, ale oprócz tego musiałam jeszcze coś zaśpiewać. Tradycją Piwnicy jest to, że debiutujący osobnik występuje przed kabaretem na własną odpowiedzialność, o czym uprzedza się publiczność. Jeśli widzowie i artyści go kupią, to może zostać.

 

Za co wzięłaś odpowiedzialność?

Zaśpiewałam „Zacną Kasię” Brassensa i „Wszetecznicę”.

 

No to nieźle zaczęłaś.

Ale to jest przepiękny tekst Achmatowej. Posłuchaj – „Wszetecznice z nas i pijacy, niewesoło czas tu spędzamy, a na ścianach kwiaty i ptaki, tęsknią za obłokami”.

 

Rzeczywiście bardzo „piwniczny” utwór.

Właśnie zbliżała się 50. rocznica istnienia Piwnicy pod Baranami. Potrzebowano kogoś do chórków. Towarzyszyły one piosence „Zupy Janiny”, do której czterej wielcy piwniczni kompozytorzy, czyli Konieczny, Zarycki, Radwan i Turnau, napisali cztery różne melodie. No i mnie do tych chórków zaproszono. Oprócz tego zaśpiewałam ze Zbyszkiem Rajem. A później, dokładnie 12 września, tej daty nigdy nie zapomnę, Zygmunt Konieczny napisał dla mnie pierwszą piosenkę „Jesień”, do tekstu Witolda Turdzy.

 

Kiedyś Konieczny mi opowiadał, że pewna artystka przycięła mu klapą od fortepianu palce. Miała ku temu powód, bo „Czarne anioły” ofiarował nie jej, tylko Demarczyk. Artystki Piwnicy nigdy nie należały do łagodnych istot.

Teraz dbamy o palce pianistów. Ale oczywiści nie jest zawsze słodko. Do konfliktów musi dochodzić, kiedy w tak niewielkiej przestrzeni znajdzie się tyle indywidualności. My przecież mamy malutką garderobę z jednym lustrem. Każdy chce się w nim przejrzeć.

 

Zdaje mi się, że Piwnica to takie miejsce, gdzie ludzie kochają się i nienawidzą.

Tak, bo w niej kipi życie. Ale poznałam tam najwspanialszych na świecie ludzi, którzy po części stali się moimi przyjaciółmi. Dla mnie to niesamowite, że wciąż występuje tam grupa artystów, takich jak choćby Tadeusz Kwinta czy Miki Obłoński, którzy od początku byli w Piwnicy. I oni świetnie dogadują się z młodszymi wykonawcami, Dorotą Ślęzak czy Agatą Półtorak, które są z mojego pokolenia. Tak naprawdę piwniczan, niezależnie od wieku, bardzo dużo łączy. Mamy dość podobny sposób myślenia, chcemy tworzyć pewien ferment, kochamy poezję. Gdzie indziej można usłyszeć ze sceny wiersze poetów z XVIII czy XIX wieku, które świetnie określają naszą dzisiejszą kondycję. Poza tym uwielbiamy ze sobą gadać, nieraz do świtu, jedni przy wódeczce, inni jak Zbyszek Raj przy whisky, a jeszcze inni, jak Ola Maurer, przy czerwonym winie.

 

Piwnica sporządniała. Widziałam ostatnio, że w barze podaje się już nie tylko wódkę, ale też całkiem przyzwoite wina.

Teraz każdy może znaleźć tam coś dla siebie. Ja polecam różowe wina, które są w karcie.

 

Niesamowite. Pewnie dzięki nim powstają różowe „Rysy na życiorysie”.

O nie, rysy nie mają nic wspólnego z gatunkiem wina, ale z jego ilością. Ale masz rację, w Piwnicy łatwo złapać rysę, bo to takie miejsce, z którego nie chce się wychodzić.

 

I z tego powodu powstał Twój recital „Rysy na życiorysie”?

On powstał dlatego, że od dawna chciałam stworzyć coś swojego. Zresztą wszyscy artyści Piwnicy pod Baranami mają swoje recitale. Zaprosiłam do współpracy wspaniałych muzyków, Michała Półtoraka, jego córkę Agatę, pianistę i młodego kompozytora Dawida Rudnickiego oraz undergroundowego basistę Grzegorza Bąka. Nie wyobrażam sobie zresztą śpiewania bez kontrabasu. Mam jedną piosenkę tylko na kontrabas, którą do wiersza Wisławy Szymborskiej napisał Andrzej Zarycki. Ten wiersz, który zaczyna się „Jestem za blisko”, to dla mnie cały monodram, opowiadający o tym, co wydarzyło się między kobietą i mężczyzną, oczywiście między słowami. Poza tym śpiewam jeszcze wiersz Ewy Lipskiej „Nie odejdę, nie zostawię” z muzyką Grzegorza Turnaua, a także piosenkę Zygmunta Koniecznego „Wszystkie bajki świata” do słów młodej krakowskiej poetki Agnieszki Grochowicz.

 

Co łączy te utwory?

W całość złożył je Roman Dziewoński, który napisał łączące je teksty. Dzięki jego wspaniałemu archiwum mogę zaśpiewać także zupełnie nieznaną, premierową piosenkę Jerzego Wasowskiego i Jeremiego Przybory. Wszystkie te utwory dotyczą pewnych rys, które pojawiają się w naszych życiorysach, czyli rzeczy, o których na co dzień nie chcemy mówić. My próbujemy dotknąć tych rys, poskrobać je i sprawdzić, co kryje się pod nimi. Ten recital idzie trochę pod prąd. W końcu nie zawsze musi być miło i kolorowo, tak jak w dzisiejszych mediach. Ale publiczność i Kraków nam na to pozwala.

 

A propos, Ty jesteś z Krakowa?

Nie, z Łodzi. Tam się urodziłam, tam skończyłam szkołę filmową. Ale niedawno podczas porządków w domu moja siostra znalazła stary kalendarz. Jak miałam 10 lat, zanotowałam w nim, że wreszcie jadę do Krakowa zobaczyć moją ukochaną Piwnicę pod Baranami. Ciekawe, prawda?

 

No to jak to się stało, że wreszcie do nas przyjechałaś?

W szkole graliśmy spektakl dyplomowy „Łoże”, za który dostaliśmy wszystkie możliwe nagrody. Pokazywaliśmy go także na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi, na który przyjechał dyrektor krakowskiego Teatru Bagatela. W klubie festiwalowym podszedł do mnie i zaproponował mi etat. Zrobił to nawet nie w samym klubie, tylko na zewnątrz, bo tam było ciszej. Do dziś się śmieje, że dostałam angaż na ulicy.

 

W Bagateli zadebiutowałaś w „Nocy Walpurgii” Jerofiejewa. O ile mnie pamięć nie myli, bohaterowie tego spektaklu za kołnierz nie wylewają. Coś cały czas wokół Ciebie krążą te procenty.

O nie, w tym spektaklu byłam naprawdę porządna. Grałam asystentkę w zakładzie psychiatrycznym, która usiłuje się uporać z tymi wszystkimi wariatami. Ale to już było dość dawno temu. Teraz można mnie zobaczyć w Bagateli w bardzo ważnym dla mnie spektaklu jakim jest „Otello”, a także w musicalu małżeńskim „Dwa razy tak”. Zaczyna się on od trzęsienia ziemi, czyli od ślubu, a potem napięcie jak u Hitchcocka rośnie. Moi przyjaciele, gdy zobaczyli to przedstawienie, powiedzieli, że już nie muszę wychodzić za mąż, bo wiem wszystko o małżeństwie.

 

Wygodnie jest mieć etat w teatrze?

Pewnie, to daje stabilizację. Ma się wtedy poczucie swojego miejsca na ziemi. Wiem, że pani Jasia zawsze mnie uczesze, a pani Basia przygotuje dla mnie sukienkę. Jak jest to cudowne, przekonałam się, jeżdżąc po całej Polsce ze spektaklem „Aj waj, czyli historie z cynamonem”. Tam sami wszystko robimy, łącznie z rozstawianiem dekoracji, a potem w nocy wracamy do Krakowa, żeby zdążyć na próbę. Czasem jestem tym wykończona, ale to przedstawienie jest warte zmęczenia. W Krakowie można je oglądać w Teatrze STU.

 

Jak trafiłaś do Grupy Rafała Kmity?

Rafał był w jury Festiwalu Piosenki Kabaretowej w Poznaniu i wpadłam mu w oko. Potrzebował kogoś, kto zrobi dublurę za Sonię Bohosiewicz. Sonia poświęciła dużo czasu, żeby przygotować mnie do tego karkołomnego spektaklu.

 

Zdaje się, że lubisz klimaty żydowskie. Widziałam cię nie tylko w „Aj waj, czyli historiach z cynamonem”, ale też podczas koncertów prowadzonych przez Leopolda Kozłowskiego.

Tak, uwielbiam te klimaty, a przede wszystkim maestro Leopolda. To niebywały człowiek i prawdziwy mistrz, który nauczył mnie śpiewać po żydowsku, czyli od serca. Nie wiem, na czym to polega, ale on jeden domyśla się, kiedy podczas jakieś piosenki pot zaczyna spływać mi po plecach. On wtedy wie, że jestem gotowa i mówi: „Dziękuję, koniec próby”.

 

Aż mnie korci, żeby Cię zapytać, jaki dowcip ostatnio opowiedział Ci pan Leopold?

Lepiej tego nie rób, bo nawet ten wywiad by tego nie uniósł. Magda, a jak smakuje żołądkowa gorzka?

 

No co ty, skąd mam wiedzieć. Ja pracuje w „Krakowskiej”, a nie w „Tygodniku”. Ale może przed recitalem chlapniesz sobie jednego głębszego, to się przekonasz.

Nigdy w życiu, przed koncertem nie można takich rzeczy robić. Ale już po, czemu nie? Zapraszam wszystkich 14 stycznia o godz. 20 do Piwnicy pod Baranami na mój recital, a później oczywiście do baru.

 

A mówiłaś, że nie pijesz. No i jak tu można wierzyć artystce.

 

/„Gazeta Krakowska” online , 7 stycznia 2011/

 

Rysy Kamili

 

We wrześniu odbyła się premiera Pani płyty z materiałem pochodzącym z recitalu „Rysy na życiorysie”, który pomyślany jest jako spektakl. To teatralna, poetycka wyprawa w głąb ludzkiej wrażliwości, liryczna opowieść o życiu i tym wszystkim, co go wypełnia – o uczuciach: miłości, cierpieniu, radości, zdradzie… Zastanawiam się, czy piosenka poetycka, niosąca głębsze przesłanie, mówiąca o tym, co ważne, to typ twórczości artystycznej, który ma wciąż szansę u publiczności, przyzwyczajonej przez telewizję do rozrywki lekkiej i bezrefleksyjnej? Innymi słowy – czy śpiewanie poezji wciąż może być modne?


Myślę, że taka potrzeba zawsze była, jest i będzie. Ludzie wciąż są wrażliwi na poezję i poszukują tego rodzaju przeżyć. Mamy nadzieję, że skoro nas, artystów, to interesuje, to zainteresuje również naszą publiczność. Po recitalu dostałam bardzo niezwykłe głosy od ludzi, znajomych i zupełnie nieznajomych, w podziękowaniu za to, że mogą wreszcie posłuchać czegoś, co nie jest tylko medialną papką o niczym i że ktoś jeszcze zajmuje się rzeczami, które dotykają najczulszych strun naszej duszy. W ogóle sztuka ma takie zadanie i myślę, że o tym warto opowiadać – o tym, co nas dotyka, wzrusza, czasem boli… Okazuje się, że to dotyka także innych ludzi. To dla mnie bardzo ważne, że w dzisiejszym, konsumpcyjnym świecie kogoś jeszcze piosenka poetycka dotyka, interesuje, porusza. Choć oczywiście jest coraz trudniej.

 

Coraz trudniej jest dotrzeć do publiczności, czy zdobyć jej uznanie?
W dzisiejszym świecie jesteśmy coraz bardziej przytłaczani tym, co medialne czyli głośne, kolorowe, łatwe. Często skandaliczne, a na pewno zawsze – krzykliwe. Nie jest łatwo przebić się przez to wszystko nam, młodym artystom, którzy mają wielką potrzebę poszukiwania czegoś ważnego, mądrego, pięknego i takiego, co przyniesie ludziom prawdziwe przeżycie artystyczne i duchowe. Nie chcemy przecież rezygnować z naszych pasji i marzeń! Nie uzurpujemy sobie też oczywiście prawa, żeby wiedzieć wszystko. Wręcz przeciwnie. Ja sama stawiam więcej pytań, niż potrafię znaleźć odpowiedzi. Poszukuję. Zastanawiam się. Okazuje się jednak, że te same problemy interesują także moją publiczność. Ludzie potrzebują artystycznych wzruszeń i cieszą się, że w ogóle ktoś chce jeszcze o tym mówić. Czasem brniemy w jakieś ślepe uliczki, wydaje nam się, iż ta wrażliwość jest już zatupana, nieważna i nikomu niepotrzebna. Ale ja myślę, że tak wcale nie jest. Im bardziej będą nam wmawiać różni „mądrzy”, że wrażliwość jest nam zupełnie do niczego niepotrzebna, że trzeba żyć lekko, łatwo i przyjemnie, tym bardziej powinniśmy trochę poskrobać się po sercu i podrapać się po głowie, i powiedzieć: „hmmm, może jednak nie do końca, może są pewne rzeczy bardzo ważne, o których warto opowiedzieć”. Nie zawsze poważnie, ale tak po prostu. W każdym razie w dobrym entourage, z dobrą muzyką…

 

No dobrze, ale z tego by wynikało, że poezja śpiewana, piosenka poetycka, a nawet aktorsko-poetycka – taki rodzaj twórczości, jaki proponuje Pani w swoim recitalu, na płycie, to repertuar dla publiczności „poszukującej” – wyrobionej artystycznie, przygotowanej do odbioru, często przecież trudnych, tekstów poetyckich, można chyba zaryzykować stwierdzenie – „elitarnej”?
Sądzę, że nie. Oczywiście utopią byłoby twierdzić, że każdy chce słuchać tylko poważnych rzeczy i dobrej poezji! To jest bardzo trudne pytanie, bo nie mnie, nie nam artystom to oceniać. My poszukujemy w być może trochę zapomnianych, trochę zakurzonych rejonach ludzkiej duszy. A ona się od wieków nie zmienia – przekształca się tylko nasz świat, rozwija się technika, wymyślamy coraz to nowe entourage… Gdyby odrzucić to wszystko i zostać tylko przy człowieku, to okazałoby się, że wciąż mamy taką samą wrażliwość na sztukę, na rzeczy piękne, jak nasi dalecy przodkowie. Oczywiście trudno byłoby wyjść na środek stadionu, na którego trybunach zasiadają szalejący kibice sportowi i spróbować zaśpiewać im jakiś liryczny utwór na przykład ten zaczynający się od słów „Jestem za blisko, żeby mu się śnić…”

 

Faktycznie chyba trudno byłoby wtedy liczyć na zrozumienie publiczności…
Chociaż może warto spróbować? A tak na poważnie – jedno z moich mott zawodowych głosi, że publiczność ma zawsze rację. Walczymy o widza, który do nas przyjdzie, który jest z nami, bo tego chce. Nie próbujemy niczego udawać ani niczego udowadniać. Ale mamy tylko ten jeden, jedyny moment, by widza zainteresować, by przyciągnąć jego uwagę. Pomiędzy artystą a publicznością istnieje bardzo cienka, misternie utkana, pajęcza sieć metafizycznych powiązań, wspólnych doświadczeń. Nawiązuje się dialog, podskórna rozmowa językiem sztuki. I jeśli ta nasza publiczność przyjmie i zaakceptuje nasz przekaz, a docierają do nas głosy, że w przypadku „Rys na życiorysie” tak właśnie się dzieje, to znaczy, że nam się udało. Najważniejszy moment to premiera, to wtedy się okazuje czy przekonaliśmy widzów, czy nasze wysiłki nie poszły na marne. Jeśli zdołamy wciągnąć widzów w wykreowany przez nas świat przeżyć wówczas będziemy mieli szansę powiedzieć im: „Słuchajcie, to jest ważne, nad tym się warto pochylić”, albo nie. Wtedy widowni grozi nuda. A nuda to największa, najgorsza zbrodnia sztuki.

 

Artysta zabiera widza w swój intymny świat przeżyć, czy raczej tak kreuje tę artystyczną przestrzeń, by widz mógł odnaleźć w niej siebie – własną wrażliwość, odczucia, problemy? Nie chodzi mi tu oczywiście o schlebianie gustom szerokiego odbiorcy. Wracam raczej do pytania o to, czy Państwa publiczność musi być przygotowana – intelektualnie, uczuciowo – do odbioru takiej formy sztuki? Żeby ją nie tylko przeżyć, ale także zrozumieć? Czy „idealny widz” recitalu „Rysy na życiorysie” powinien znać się trochę na poezji? Wiedzieć, kto to jest Remarque?
Naprawdę każdy może znaleźć w tej twórczości coś dla siebie. „Rysy na życiorysie” to taka mała szkatułka pełna różnych naszych skarbów, klejnotów, brylancików i cieszymy się kiedy publiczność odbiera to naprawdę w taki wspaniały sposób. Oczywiście niektórych to będzie bardziej przekonywało, niektórych mniej. Mamy do opowiedzenia, do poruszenia ważne kwestie i ważne historie. Jeżeli publiczność to „kupuje”, tak jak udało się w naszym przypadku, to mamy z tego frajdę, zarówno na scenie, jak i podczas pracy. Wielu ludzi, którzy byli na naszym recitalu, mówiło mi, że pierwszy raz w życiu widzieli coś takiego, taką sceniczną formę, łączącą tego typu śpiew z partiami bardziej aktorskimi: monologami, monolożkami, dopowiedzeniami, nie tylko przecież moimi. To ogromna zasługa i wspaniałych muzyków, z którymi mam przyjemność pracować – Michała Półtoraka, Agaty Półtorak, Grzegorza Bąka, Dawida Rudnickiego i reżysera Romana Dziewońskiego, twórcy również scenariusza spektaklu. Ja mam cudowną możliwość mówić ze sceny we własnym imieniu, swoim głosem, ale za pomocą tekstów, które są naprawdę niezwykłe, piękne, wycyzelowane. To wszystko jest mi bardzo bliskie, przepuszczone niejako przez moją wrażliwość, przez moje doświadczenia i sposób postrzegania świata. Na scenie daję z siebie wszystko, dzielę się z widzami całą sobą. Gram siebie, jak w tej piosence. I kiedy po spektaklu przychodzą do mnie ludzie, po których nawet czasami nie spodziewałabym się, że ich to w jakiś sposób dotknie i mówią, że mają poczucie przeniesienia się w inny świat, że są tak wciągnięci w ten mikrokosmos, że nagle wszystko przemyka im przed oczami, to nie ma większego komplementu dla artysty. A oczywiście byłoby świetnie, gdyby znali Remarque’a… i często znają. A ja mam takie ciche marzenie, że jeśli nawet nie, to po naszym recitalu, po usłyszeniu „Bohaterów Remarque’a” może sięgną po niego…

 

Skąd więc wziął się pomysł na taką nietypową nieco formę recitalu, który jest równocześnie spektaklem, rozpisaną na sceny historią o kobiecie? Co zainspirowało Państwa do stworzenia opowieści, w której piosenki przeplatają się z monologami, wyznaniami bohaterki, dotyczącymi jej życia i przeżyć?
Chcieliśmy pokazać, że czasami jedna rysa na życiorysie może zmienić wszystko. Tak, jak napisaliśmy w programie: „Każdemu przychodzi zbierać te rysy. Zdarzają się nawet kolekcjonerzy. Nam chodzi raczej o kolekcjonerki.” I tymi kolekcjonerkami czyli kobietami, które kolekcjonują swoje rysy, się zajmujemy. Roman Dziewoński wyciągnął ze swojego przepastnego archiwum cudowne, niemalże premierowe utwory Wasowskiego i Przybory, które nigdy wcześniej nie były nagrane. Są też piosenki napisane specjalnie dla mnie, jest kilka przepięknych, bardzo ważnych tekstów Wojciecha Młynarskiego, też mało znanych albo w ogóle nie znanych. Wszystkie one złożyły się na opowieść o kobiecie, na fascynującą wędrówkę w świat kobiecej duszy, wrażliwości, przeżyć, emocji. To spektakl o kobiecie i to na pewno jest spektakl dla mężczyzn. Też.

 

Rysa na szkle to skaza, pęknięcie. Rysy na życiorysie to rany zadane nam przez świat i innych ludzi. Czy bolesne, trudne przeżycia są bardziej płodne artystycznie? Bardziej stymulujące?
Oczywiście, od wieków wszelkie bóle i cierpienia, nie tylko miłosne, ale zwłaszcza takie, zapładniają wyobraźnię twórców… jest nawet takie powiedzenie, że „artysta płodny to artysta głodny” – w każdym sensie, chodzi przecież nie tylko o bytową stronę tego stwierdzenia. Piosenka poetycka powstaje z wrażliwości. Z tego, że coś nas kiedyś zatrzymało, zabolało, zapiekło. W zależności od talentu, umiejętności, warsztatu powstają z tych przeżyć często dzieła sztuki. Ale obok natchnienia i talentu potrzeba jeszcze dużo ciężkiej pracy. Strona warsztatowa jest bardzo istotna. Dzisiaj się o tym raczej głośno nie mówi, bo wszystko jest tylko błyskiem, zjawiskiem i powinno być takie łatwe, takie proste. Nie wspomina się o ciężkiej pracy artysty, która przecież często wiąże się z różnymi dylematami, wątpliwościami i dotykaniem siebie, trącaniem najczulszych strun duszy i poszukiwaniem odpowiedniego wyrazu. Opowiedzenie historii za pomocą tak skrótowej formy, jaką jest piosenka poetycka, krótka, metaforyczna, niejednoznaczna, to jest niezwykła praca, a przy tym jest to tak wyczerpujące, że potem ciężko ustać na nogach. Ale w tym jednym momencie, na scenie, człowiek oddaje się temu cały, bo myśli, że ma do przekazania tak wiele ważnych rzeczy, które w tych tekstach i w niezwykłej muzyce są zapisane.

 

Jest Pani najmłodszą artystką zespołu Piwnicy pod Baranami. Jak Pani do niego trafiła?
Pan Piotr Skrzynecki wymyślił kiedyś, że do Piwnicy każdy może przyjść i zaśpiewać przed sobotnim kabaretem. Jeśli spodoba się publiczności i zespołowi – wtedy zostaje. I ta zasada obowiązuje do dziś – dlatego i ja przez kilka tygodni śpiewałam przed kabaretem. A ponieważ jest też tak, że czasem do Piwnicy ktoś kogoś przyprowadza, tak mnie, kiedy prosto po szkole znalazłam się w Krakowie zaangażowana przez dyr. Schoena do Teatru Bagatela, Roman Dziewoński, reżyser „Rys na Życiorysie” o których rozmawiamy, a i mojego dyplomowego recitalu zatytułowanego „W ciało wcielenia”, zarekomendował ówczesnej dyrekcji Piwnicy, że taka to młoda aktorka znalazła się w Krakowie i skoro zawsze ją do Piwnicy ciągnęło, to może by dać jej szansę? Udało się i jestem już 5 rok i wciąż najmłodsza i nie ustając w pracy, cóż… czekam na następnych najmłodszych.

 

Jak Pani się czuje pośród piwnicznych artystów legendarnych i tych aktywnych?
Wielu legendarnych artystów piwnicznych jest jednocześnie wciąż bardzo aktywnych. W kabarecie wciąż występują Ci, którzy go tworzyli od samych początków jak Tadeusz Kwinta, Mieczysław Święcicki, Miki Obłoński, a w tym roku to już będzie 55 lat! I wciąż mają siłę i wciąż im się chce – to jest wspaniałe! Mam prawdziwy zaszczyt pracować zawodowo (gramy razem w spektaklu Rafała Kmity „Aj waj czyli historie z cynamonem” w Teatrze Stu) i przyjaźnić się z Tadeuszem Kwintą, który jest nie tylko piwniczną, ale i aktorską legendą. Wciąż jest niebywale twórczy i zaskakujący w tym co robi na scenie, a i poza nią. W Piwnicy generalnie czuję się bardzo dobrze: zaprzyjaźniona i zaopiekowana, co jednak nie zawsze jest łatwe w zespole tylu artystycznych i ludzkich indywidualności. Ale mam poczucie, że w tym właśnie tkwiła i tkwi do dziś największa siła zespołu Piwnicy. Nie wszyscy przecież muszą się kochać. To byłoby zresztą zupełnie nieprawdziwe. Co nie zmienia faktu, że piwniczne kabarety zarówno w Piwnicy jak i na wyjazdach przebiegają w bardzo ekscytującej atmosferze będącej mieszanką emocji od wybuchów wesołości do łez wzruszenia, ale emocji zawsze prawdziwych, co publiczność najczęściej nagradza owacjami na stojąco. I jak wtedy można pytać: komu potrzebna jest dziś jeszcze Piwnica?

 

Dziękuję bardzo za rozmowę.

 

/rozmawiała Magdalena Wróbel, www.modnykrakow.pl /