• Dialogi polskie

Dialogi polskie

Mikołaj Grabowski

Czas: 100 min Duża Scena Karmelicka 6

Kupuj bilet on-line
Najbliższy spektakl: 07.04.2020 16:30
Reżyseria/ aranżacja przestrzeni/ kostiumy/ ruch sceniczny Mikołaj Grabowski
Muzyka Zygmunt Konieczny
Reżyseria świateł Michał Grabowski
As. reż. ds. scenografii i kostiumów Agata Stańczyk
As. reż./ inspicjent/ sufler Joanna Jaworska

Dialogi polskie

czyli Rozmowy prawdziwych Polaków z Gombrowiczem

na podstawie tekstów Witolda Gombrowicza, Henryka Rzewuskiego i Jędrzeja Kitowicza

Dialogach polskich przeglądają się wzajemnie trzy wieki polskiej państwowości, jeśli chodzi o mentalność, obyczaj i kulturę. Wiek XVII oglądamy oczami Rzewuskiego (Pamiątki Soplicy) i Kitowicza (niezwykły Opis obyczajów). Przez teksty Gombrowicza przyglądamy się nie tylko wiekowi XX, ale i wyjątkowemu artyście, z jego bardzo osobistym tonem wypowiedzi. Wiek XXI przyniesie na deski sceniczne – mam nadzieję – spektakl. Aktorzy ze swoim sposobem rozumienia dzisiejszego świata, reżyser, a także publiczność wnosząca żywioł współczesności do każdego przecież przedstawienia.

Trudno powiedzieć, co wyniknie z tego przeglądania się w trzech lustrach równocześnie. Pewnie stwierdzimy ze zdziwieniem, a może nawet z rozpaczą, że nie odsunęliśmy się za daleko od lat dawnych, pradawnych. Że wciąż tkwimy głęboko zanurzeni w Polsce szlacheckiej czasów saskich, które przecież nie przynoszą nam chwały.

Ale warto zbudować te lustra – może zobaczymy w nich, mimo wszystko, wizerunek Polaka nie tylko dziwnie groteskowego, ale i pięknego, choć widz będzie musiał się chyba wykazać naprawdę dobrą wolą.

/Mikołaj Grabowski/

Premiera: 29 lutego 2020, Duża Scena

Ksiądz Jędrzej Kitowicz, pamiętnikarz, kronikarz epok saskiej i stanisławowskiej, konfederat barski. Prawdopodobnie urodził się ok.1727-8 w Wielkopolsce. Od ok. 1781 do śmierci w 1804 był proboszczem w Rzeczycy w ziemi rawskiej. Autor Opisu obyczajów za panowania Augusta III (1840, wyd. pełne 1951), w którym plastycznie i drobiazgowo odmalował życie szlachty z poł. XVIII w. oraz Pamiętników, czyli Historii polskiej (1840, wyd. pełne 1971) z czasów Augusta III i Stanisława Augusta Poniatowskiego.

Hrabia Henryk Rzewuski, prozaik i publicysta, Wołynianin, urodził się w Sławucie w 1791, a zmarł w Cudnowie w 1866. Brat Eweliny Hańskiej, co uczyniło go szwagrem Honoriusza Balzaka. Używał pseudonimu Jarosz Bejła. W latach 1845–50 współprzewodził konserwatywnej i ugodowej koterii petersburskiej; następnie do 1856 był urzędnikiem do specjalnych poruczeń w Warszawie przy namiestniku Iwanie Paskiewiczu. Wydawał i redagował „Dziennik Warszawski” (1851–56). Publikując Pamiątki J. Pana Seweryna Soplicy, cześnika parnawskiego (t. 1–4 1839–41, wyd. 1961 pt. Pamiątki Soplicy) z barwnym obrazem życia XVIII-wiecznej szlachty, stworzył gatunek gawędy szlacheckiej. Autor powieści z dziejów Polski Listopad (t. 1–3 1845–46) i Zaporożec (t. 1–4 1854), publicystyki i szkiców (Mieszaniny obyczajowe, t. 1–2 1841–43).

Mecenas Witold Gombrowicz, prozaik, dramatopisarz, eseista, urodził się w 1904 w świętokrzyskich Małoszycach k. Opatowa, w starej rodzinie ziemiańskiej wywodzącej się z okolic Remigoły na Litwie. Od 1911 mieszkał w Warszawie, gdzie w 1927 ukończył studia prawnicze. Studiował też krótko w paryskim Institut des Hautes Études Internationales, następnie pracował jako aplikant sądowy w Warszawie i adwokacki w Radomiu. Porzucił prawo na rzecz literatury. Debiutował zbiorem opowiadań Pamiętnik z okresu dojrzewania (1933, wyd. rozsz. pt. Bakakaj 1957), był publicystą i recenzentem kilku czasopism, głównie „Kuriera Porannego”, miał swój stolik w kawiarni literatów „Ziemiańska”. Do wyjazdu z Polski zdążył wydać kontrowersyjną powieść Ferdydurke (1937), sztukę Iwona, księżniczka Burgunda (1938) oraz pod pseudonimem Z. Niewieski gazetową powieść sensacyjną Opętani (1939). Wybuch wojny zastał go w Buenos Aires, gdzie początkowo biedował, sporadycznie publikując drobne artykuły i prozę w czasopismach, a w latach 1947-53 dorabiał jako urzędnik w Banco Polaco. W 1947 ukazał się w Buenos Aires hiszpański przekład Ferdydurke, a w 1948 dramatu Ślub. Od 1951 Gombrowicz współpracował z Instytutem Literackim w Paryżu i tamtejszą „Kulturą”; w serii «Biblioteka „Kultury”» opublikował powieść Trans-Atlantyk wraz ze Ślubem (1953) oraz powieści Pornografia (1960) i Kosmos (1965). Z namowy Jerzego Giedroycia od 1953 drukował w odcinkach w „Kulturze” Dziennik, wydany też w trzech tomach (1957, 1961 i 1966 razem z dramatem Operetka). Dla francuskich czytelników zaistniał w 1958 dzięki przekładowi Ferdydurke. W 1963 przebywał na rocznym stypendium Fundacji Forda w Berlinie Zachodnim. Od 1964 mieszkał we Francji początkowo w Royaumont koło Paryża, a następnie z sekretarką – późniejszą żoną – Ritą Labrosse w Vence koło Nicei, gdzie zmarł w 1969. Nad jego spuścizną literacką czuwa do dziś Rita Gombrowicz.

Spiritus movens Mikołaj Grabowski – patrz: „o reżyserze”.

Mikołaj Grabowski, aktor filmowy, teatralny i telewizyjny, reżyser teatralny i pedagog. Urodzony w 1946 w Chrzanowie. Absolwent krakowskiej PWST na wydziałach aktorskim (1969) i reżyserii dramatu (1977). Po studiach aktorskich zaangażowany do Teatru im. Słowackiego w Krakowie (1969-77), po reżyserskich – do Teatru im. Norwida w Jeleniej Górze (1977-79) i Teatru im. Jaracza w Łodzi (1979-81 i 1988-92). Był dyrektorem naczelnym i artystycznym Teatru Polskiego w Poznaniu (1981-82), Teatru Słowackiego (1982-85) i Starego Teatru (2002-12) oraz dyrektorem artystycznym Teatru Nowego w Łodzi (1999-2002). Od 1969 do 1973 asystent na macierzystej uczelni, a od 1998 do 2002 dziekan Wydziału Reżyserii Dramatu tamże. Gościnnie występował i reżyserował na szeregu innych scen w kraju i za granicą, m.in. w krakowskim Teatrze STU, warszawskim Teatrze IMKA i w Pantheater Kampnagel w Hamburgu. Współpracował też z Teatrem Telewizji i Teatrem Polskiego Radia.

Na przestrzeni lat kilkanaście razy powracał do twórczości Witolda Gombrowicza (m.in. Trans-Atlantyk, Teatr Jaracza 1981 i 1989; Teatr Słowackiego 1982; Teatr Śląski 1993; Stary Teatr 2008; Dzienniki, Teatr IMKA 2010). Zrealizował trzyczęściową adaptację pamiętników Jędrzeja Kitowicza (Opis obyczajów, czyli... jak zwyczajnie wszędzie się miesza złe do dobrego, Teatr STU i Teatr Telewizji 1990; Opis obyczajów część II, Teatr Słowackiego 1996; O północy przybyłem do Widawy... czyli Opis obyczajów III, Teatr IMKA 2010). Adaptował też kilkukrotnie prozę Henryka Rzewuskiego (Pamiątki Soplicy, Teatr Jaracza 1981; Teatr Telewizji 1983; Listopad, Teatr Polski w Poznaniu 1982; Teatr Słowackiego 1983, Teatr Telewizji 1995). W 2009 zainicjował program tematyczny „re_wizje/sarmatyzm” w Starym Teatrze, ale równie bliska jest mu współczesna twórczość Bogusława Schaeffera.

Ma na koncie blisko czterdzieści wyróżnień teatralnych, w tym Nagrodę im. Konrada Swinarskiego (1981), oraz Złoty Krzyż Zasługi (1998) i Srebrny Medal Zasłużony Kulturze – Gloria Artis (2005).

„Polak z natury swojej jest Polakiem” – rozmowa z Mikołajem Grabowskim

– Przeszło 20 lat temu Łukasz Drewniak podsumował na łamach „Dialogu” (12/1999) pana dokonania reżyserskie: „W inscenizacjach Pamiątek Soplicy (Teatr im. Jaracza Łódź – 1980) i Listopada (Teatr Polski Poznań – 1982) Rzewuskiego, a nawet Gombrowiczowskiego Trans-Atlantyku (Teatr im. Jaracza Łódź – 1981) czy Dam i huzarów (Teatr im. Jaracza Łódź – 1981) Fredry Grabowski pokazał w latach 1978-81 Polskę jako świat strzaskany, spsiały, skundlony. I ludzi, którzy nie mają poczucia tego skundlenia, bo wciąż śnią sen o potędze. Widzą siebie w roli spadkobierców paradygmatu romantycznego: pięknych, heroicznych, szlachetnych i uciemiężonych”.

Sięgając w 2020 roku ponownie po teksty Rzewuskiego, Kitowicza i Gombrowicza, i opatrując je autokomentarzem, uważa pan, że dzisiejsza kondycja Polaków jest w dalszym ciągu niezmienna: skażona lub – jak pan woli – ukonstytuowana sarmackością?

Nie trzeba być szczególnie bystrym obserwatorem życia społecznego w Polsce ostatnimi laty, żeby nie zauważyć gwałtownego nawrotu do retoryki „sarmackiej”, retoryki żywcem zaczerpniętej ze słownika księcia Radziwiłła „Panie Kochanku” herbu Trąby. Ten uwielbiany przez drobną szlachtę niesłychanie bogaty magnat był uosobieniem „cnót” szlacheckich: pijak i hulaka znany z dzikich wybryków z jednej strony, z drugiej „poświęcony Bogu i krajowi” zagorzały zwolennik starego porządku, zatwardziały przeciwnik reform. O jakie reformy wtedy chodziło? Mówiąc językiem dzisiejszym, możemy z grubsza powiedzieć (nie zagłębiając się w złożoność tamtej sytuacji politycznej), że spór dotyczył (dotyczy) wizji zamkniętej albo otwartej Polski. Inaczej mówiąc dotyczy tego, czy mamy pozostawać jedynie we własnym, zamkniętym tradycją świecie wartości, czy otwieramy się na Europę, na inność i czy chcemy zmieniać swoje poglądy zgodnie z duchem pędzącego czasu. Mówiąc tekstem ze scenariusza: czy mamy „zostawić obcym ich zagraniczny rozum, a my naszego, starego się trzymać”?

Ta druga postawa – otwarta – wymaga nie lada odwagi, bo trzeba zrujnować nieco swoje przyzwyczajenia i zdecydować się na drogę w nowe. Ale tu nie chodzi – myślę – tylko o odwagę, a o paraliż historią, która nas nie rozpieszczała, odbierając nam co chwila naszą państwowość. U wielu powstało więc przeświadczenie, że tylko cnoty wyrosłe z tradycji są w stanie gruntować w nas miłość, a nawet uwielbienie ojczyzny i że tylko katolicyzm i wiara w cnoty naszych „naddziadów” są w stanie pielęgnować naszą tożsamość. Gombrowicz z całą powagą, podkreślam, z całą powagą naśmiewa się z tych lęków twierdząc, że: „Polak z natury swojej jest Polakiem. Wobec czego, im bardziej Polak będzie sobą, tym bardziej będzie Polakiem. Jeśli Polska nie pozwala mu na swobodne myślenie i czucie, to znaczy, że Polska nie pozwala mu być w pełni sobą, czyli w pełni Polakiem...” Dla Gombrowicza więc swoboda korzystania z własnego rozumu, a nie poddawanie się zbiorowej presji, jest rozwiązaniem.

– Konflikt między sarmackością a kosmopolityzmem od kilkuset lat stanowi oś polskiej kultury. Gombrowicz – jak zwykle – wyłamuje się i z tych podziałów. Czy dlatego wraca pan do jego twórczości, że widzi w niej wciąż niewykorzystaną receptę na wyjście z tego impasu?

Nie mam złudzeń, że jeśli na tę chorobę jest recepta, niewielu chce wykupić lekarstwo. Pięknie jest myśleć, że sroce nie wypadliśmy spod ogona, że jesteśmy narodem wybranym, że byliśmy przedmurzem chrześcijaństwa. Sen o potędze, który ciągnie się od wieku XVIII, wzmożony w wieku XIX przez wieszczów, trwa na dobre. Gombrowicz ostał się samotnie i mam wrażenie, że po zachłyśnięciu się nim lata temu, porzuciliśmy go, jak dziwaka, o którym może warto od czasu do czasu porozmawiać, ale chyba nie warto brać go na serio. Dziwak? Może skrajny indywidualista, którego poglądy nie mieszczą się w polskiej głowie. No bo jak wytłumaczyć takie słowa: „Dążyłem do tego, żeby Polak mógł z dumą powiedzieć: należę do narodu podrzędnego. Z dumą”.

– Dziewięciorgu aktorom przypisał pan postaci, które nie umieją wejść w prawdziwy dialog. My nie umiemy ze sobą rozmawiać? A jeśli tak, to dlaczego? Myśli pan, że hasło „dialogi polskie” może stać się europejskim synonimem określającym nieumiejętną wewnętrzną komunikację?

Obecny w scenariuszu podział na „kontuszowych, czyli prawdziwych Polaków” versus „Gombrowicze” jest faktem, ale jest też w spektaklu stale naruszany. Jedni i drudzy często wymieniają się poglądami, jakby na przekór temu, do czego są przypisani, czemu hołdują i w co wierzą. Prawda, że dzisiaj w Polsce stała linia podziału biegnie niekiedy przez środek wigilijnego stołu, ale bardziej bawiła mnie niespodziewana zamiana ról. Stać nas na dialog, na wymianę poglądów, a nawet na ich odmianę? Jestem głęboko przekonany, że to politycy zmuszają nas do przyjęcia restrykcyjnego języka. Jest im na rękę pogłębianie podziałów. Można zadać pytanie: dlaczego tak łatwo poddajemy się presji złego języka, czy już zwariowaliśmy do końca, czy może tylko ktoś zwariował.

Życie codzienne nie poddaje się łatwo presji politycznej, przeciwnie – rozrzedza ją. Zwyczajni ludzie nie zamykają się w swoich „okopach św. Trójcy”. Gdyby tak nie było, trudno byłoby mieszkać w jednej wsi, w jednym miasteczku, chodzić do tego samego kina, galerii handlowej, do przychodni, szkoły. Przecież jeszcze chodzimy – na szczęście – tymi samymi ulicami. XX-wieczna historia Europy jest najlepszym dowodem tego, że narody dają się czasem zwariować politykom, ale po jakimś czasie przychodzi otrzeźwienie.

– Większość pana spektakli jest oparta na grze zespołu. Aktorzy tworzą polski chór, w którym jednostka próbuje wydobyć się ze wspólnoty. Lubi pan w ten sposób pracować, bo…?

Zespołowość, wspólnota, bycie razem, to są wartości, na których opierają się najlepsze zespoły teatralne. Tego byłem uczony wiele lat temu, temu patronuję dzisiaj. Jestem za indywidualnym rozwojem aktora, za pielęgnowaniem jemu tylko właściwych cech; niezwykła to przyjemność pracować z kimś wyjątkowym! Ale jestem też za tym, żeby aktor miał świadomość, że działa w grupie, że jest tylko jednym z instrumentów orkiestry, która gra spektakl. Ta sprzeczność w tym dziwnym miejscu, jakim jest teatr, jest sprzecznością pozorną, nie niszczy, a buduje – stwarza nieprzewidziane możliwości tworzenia przedstawienia. Czy ta sprzeczność musi dotyczyć tylko teatru? Niekoniecznie. Gra przeciwieństw towarzyszy ludziom od początku świata. Nikt mądry nie stracił na tym, że te antynomie wykorzystał.

– Kompozytorem muzyki do przedstawienia – granej na żywo na fisharmonii – jest Zygmunt Konieczny. Zaprosił pan do współpracy tak wybitnego kompozytora, by jego osoba, poza niewątpliwą jakością muzyki, firmowała trochę à rebours groteskę spektaklu?

Z Zygmuntem Koniecznym pracuję już od 30 lat. Historia naszej współpracy sięga pierwszego Opisu obyczajów, który był wystawiony w Teatrze STU. Potem były kolejne Opisy..., następnie Pan Tadeusz w Starym Teatrze i kiedy przyszło do Dialogów polskich, nie wyobrażałem sobie spektaklu bez jego muzyki. Muzyka Zygmunta poza swoją niezwykłą pięknością pełni w spektaklu funkcję dramaturgiczną. Stanowi mocną strukturę, bez której spektakl obejść się nie może i jest zarazem ironicznym, a często dramatycznym komentarzem przedstawianych wydarzeń. Nie muszę chyba dodawać, ile pracy muszą włożyć aktorzy w jej wykonanie.

/rozmawiała Magdalena Musialik-Furdyna/