Ich czworo

Gabriela Zapolska

Czas: 110 min 1 przerwa Duża Scena Karmelicka 6

Reżyseria/ opr. muzyczne Giovanny Castellanos
Scenografia Wojciech Stefaniak
Ruch sceniczny Witold Jurewicz i Marlena Bełdzikowska
Reż. świateł Marek Oleniacz
As. reż./ inspicjent/ sufler Magdalena Gródek

Ich czworo. Tragedia ludzi głupich

Ile wciąż znamy małżeństw, które wydają się zawarte przez pomyłkę, zdradzanych mężów, zdradzających żon, zaniedbanych dzieci, uwodzicieli, zawiedzionych kobiet w średnim wieku i pełnych nadziei dziewcząt wkraczających w dorosłość? Wracamy do tekstu sprzed ponad stu lat, ale czy zmieniliśmy się aż tak bardzo, by nie odnaleźć w nim siebie (a na pewno naszych znajomych)? Bezlitosne pióro Gabrieli Zapolskiej pozostaje tak celne, że reżyserujący Ich czworo Giovanny Castellanos nazywa sztukę „doskonałym rentgenem współczesnego życia”.

Będzie to drugie spotkanie aktorów z Karmelickiej z tą sztuką, opatrzoną przez autorkę podtytułem „Tragedia ludzi głupich”. Premiera Ich czworga zainaugurowała trzeci sezon działalności pierwszej Bagateli, 27 sierpnia 1921. Pisarka należała przed II wojną do najulubieńszych i najbardziej kasowych rodzimych autorów, co nie pozostało bez wpływu na decyzje repertuarowe młodej krakowskiej sceny.

Komedię Ich czworo napisała Zapolska w 1907, a badacze polskiego teatru uważają, że początkowo grano ją w stylu farsowym. Po lwowskiej prapremierze opinie na temat jakości utworu i celności prezentowanych przez dramatopisarkę obserwacji charakterologicznych i społecznych były sprzeczne. Jedni chwalili ją za łączenie przeciwstawnych wartości, za igraszki logiki, ironii i „zestawienia tragiki z najhumorystyczniejszymi scenami” oraz przyrównywali do popularnego wówczas Bernarda Shawa. Inni ganili „dążność do posługiwania się nadto jaskrawym efektem, który osłabia i podkopuje rzeczywistą wartość rodzajowych, a tak świetnie malowanych obrazków pani Zapolskiej – nawet ze szkodą dla tendencji, z jaką je stwarzano”. Podobnie sprzeczne opinie towarzyszyły kolejnym wystawieniom Ich czworga w całej Polsce. Zarzucano również autorce zbytni pesymizm i brutalność w pokazywaniu stosunków społecznych i życia rodzinnego. Mieszczanie nie lubią, kiedy ktoś wytyka im „mieszczańską moralność”.

Premiera: 24 października 2020, Duża Scena

Marię Gabrielę Stefanię z Korwin-Piotrowskich, po pierwszym mężu Śnieżko-Błocką, po drugim Janowską, znamy jako Gabrielę Zapolską: aktorkę, reżyserkę, dyrektorkę teatru, a przede wszystkim dramatopisarkę.

Urodziła się w 1857 w Łucku w rodzinie ziemiańskiej, odebrała staranne wykształcenie, ale dla marzeń o aktorstwie porzuciła swoją sferę. Jej zawodowe życie było równie burzliwe, co życie osobiste. Przez kilkanaście lat występowała w teatrach i zespołach objazdowych trzech zaborów, próbowała zrobić karierę sceniczną w Paryżu, a w początkach XX w. prowadziła własną szkołę aktorską w Krakowie. Równolegle publikowała w prasie; w oparciu o osobiste doświadczenia i obserwacje pisała opowiadania, powieści i dramaty, łamiące niejedno tabu obyczajowe. Część krytyki miała jej za złe antymieszczański krytycyzm, naturalistyczny biologizm w pojmowaniu ludzkiej kondycji i dążenie do odsłonięcia nagiej prawdy życia.

Największą popularność zdobyła komediami satyryczno-obyczajowymi (Żabusia, 1897; Moralność pani Dulskiej, 1906; Ich czworo, 1907; Skiz, 1908; Panna Maliczewska, 1910), ale zajmowała się też tematyką społeczną (Małka Szwarcenkopf, 1897; W Dąbrowie Górniczej, 1899) i patriotyczną (Tamten, 1898). Pisała także opowiadania (Akwarele, 1885) i powieści (Kaśka Kariatyda, 1888; Przedpiekle, 1895; Sezonowa miłość, 1905; O czym się nie mówi, 1909; O czym się nawet myśleć nie chce, 1914). Zmarła w 1921 we Lwowie jako uznana autorka, której twórczość gwarantowała wydawcom i teatrom żywe zainteresowanie odbiorców. Pierwszy polski film dźwiękowy (niestety zachowany do dziś w wersji niemej) z 1930 był adaptacją najsłynniejszej „tragifarsy kołtuńskiej” o kłopotach rodziny Dulskich.

Na deskach Teatru Bagatela dramaturgia Zapolskiej obecna jest od początku jego istnienia. 25 października 1919 na inaugurację nowej krakowskiej sceny wystawiono – oprotestowaną przez dewotki – Kobietę bez skazy. Zdarzało się, że w jednym sezonie działalności pierwszej Bagateli na afiszu były aż cztery tytuły dramatopisarki. W okresie powojennym popularność niegdysiejszej skandalistki znacznie spadła; tylko dwukrotnie zagrano przy Karmelickiej Moralność pani Dulskiej (1961, 1992).

Giovanny Castellanos Cabarique, rocznik 1980, od kilkunastu lat związany – także rodzinnie – z polskim teatrem Kolumbijczyk. Reżyser, autor opracowań muzycznych, a niekiedy i aktor, blisko czterdziestu przedstawień na naszych scenach. Jedyny, któremu G. García Márquez zezwolił na adaptację sceniczną swojej twórczości: światowa prapremiera „O miłości i innych demonach” miała miejsce w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym w Koszalinie w 2006.

Jako nastolatek brał udział w warsztatach teatralnych i związał się z kolumbijskim teatrem studenckim. Już na I roku studiów zadebiutował w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie. Był tam asystentem Bartosza Szydłowskiego przy „Słowach Bożych” R. M. del Valle-Inclána, w których również wystąpił w roli Pielgrzyma (1998). Asystował następnie m.in. Krystianowi Lupie, Jerzemu Stuhrowi, Mikołajowi Grabowskiemu, Andrzejowi Wajdzie i Józefowi Opalskiemu. W 2003 ukończył Wydział Reżyserii Dramatu krakowskiej PWST, rok później dla Fundacji Starego Teatru w Krakowie samodzielnie wyreżyserował „Oleannę” D. Mameta.

W latach 2005-2018 pracował w Teatrze im. S. Jaracza w Olsztynie, od 2006 jako kierownik artystyczny tamtejszej Sceny Margines i asystent do spraw programowych. W 2006 na Międzynarodowym Festiwalu „Tarnopolskie Wieczory Teatralne” zdobył nagrodę za reżyserię „Podróży do wnętrza pokoju” M. Walczaka w tymże teatrze. Współpracował też ze scenami Elbląga, Koszalina, Gdańska, Warszawy, Gdyni, Łodzi, Torunia, Opola i Gliwic oraz z Teatrem Łaźnia Nowa w Krakowie.

W dorobku artystycznym ma m.in. „Pętlę” wg M. Hłaski, „Na pełnym morzu” S. Mrożka, „Posprzątane” S. Ruhl, „Ich czworo” G. Zapolskiej, „Wszystko o kobietach” M. Gavrana, „Roberta Zucca” B.-M. Koltèsa, „Wesele u drobnomieszczan” B. Brechta, „Tango Nuevo” z muzyką A. Piazzolli, „Rewizora” M. Gogola czy adaptację „Dziennika” A. Frank. Nie stroni jednak od farsy, która – jak mówi – uczy reżysera dużej pokory. Widzowie Bagateli znają go z inscenizacji „Najdroższego” F. Vebera (2016).

Zajmuje się także performancem. Pracuje również w USA, Niemczech i Hiszpanii. Jest członkiem Center for Independent Artists w Minneapolis (od 2004) i współzałożycielem stowarzyszenia Teatro Experimental Latinoamericano w Minnesocie.

Trupy w szafie – rozmowa z Giovannym Castellanosem

– Podtytuł Ich czworga brzmi Tragedia ludzi głupich. Konsekwentnie pilnujesz, żeby ten podtytuł eksponować. Dlaczego dla ciebie – reżysera – ci ludzie są głupi? I czy na pewno tacy są?

– Przede wszystkim trzeba zwrócić uwagę na to, że tragedia jako gatunek jest rodzajem teatru, który wydaje się być zarezerwowany dla bohaterów szlachetnych i wysoko postawionych społecznie. Tutaj mamy do czynienia z tragedią, która się przydarzyła ludziom głupim. Nadając ten podtytuł dramatopisarka, znana przecież głównie jako autorka komedii, od samego początku wskazuje, że ten utwór jest komedią à rebours. Zapolska daje znać odbiorcy, że ktoś z gruntu głupi w obliczu tragedii, która go spotyka, szlachetnie się nie zachowuje. Jest bezradny, a jego zachowania są groteskowe. Przeżywanie tragicznych zdarzeń nie otwiera mu oczu. Dramat nie doprowadza do oczyszczającego katharsis, bo bohater nie umie rozpoznać swojej tragicznej sytuacji.

Na scenie widzimy małych ludzi, którzy w żaden sposób nie radzą sobie z tragiczną sytuacją. Umieją się tylko miotać. Postaci są tak skonstruowane, że już na poziomie dramaturgicznym nie bronią się w żaden sposób. Ich relacje i zachowania są głupie, a charaktery żadne. Stąd odpowiadając na pytanie, czy oni są dla mnie głupi, mówię: są głupi. Bardzo.

– Ofiarą – u Zapolskiej – egoistycznych i głupich zachowań dorosłych jest dziecko. Jakie dziecko zobaczymy w twojej inscenizacji? Jakie są emocje Lilusia? Co nią kieruje? I czy to na pewno ofiara?

– Na pewno nie zobaczymy małego, niewinnego dzieciaka. Szlachetnego i czystego, jakim go opisała Zapolska. Na scenie mamy dojrzałe aktorki, które pokazują inne Dziecko. Dziecko będące owocem, by nie powiedzieć: produktem, systemu chorej komórki społecznej.

To Dziecko jest nieudane. Liluś nigdy nie będzie lubiła świąt. Nie stworzy zdrowej relacji z mężczyzną lub kobietą. Będzie jednostką z ogromem społecznych problemów.

Dla Dziecka z mojej inscenizacji pojęcia „miłość i bezpieczeństwo” będą zawsze abstrakcją. Liluś jest kopalnią kompleksów. To jednostka społeczna, która została wyprodukowana przez określony dom. Szalenie wadliwy produkt od momentu przyjścia na świat. To czyni z niej oczywistą ofiarę, ale ofiarę, która zostaje katem. Lilusia zwyczajnie nie ma innego wyjścia. Została wpakowana w taki świat.

– Świat sceniczny zaproponowany przez ciebie jest uwspółcześniony. Służą temu także zaprojektowane przez Wojtka Stefaniaka kostiumy i scenografia. Ale nie do końca rezygnujecie z elementów „historycznych” tej sztuki, która miała premierę 113 lat temu.

– Został unowocześniony dlatego, że Zapolska pisała o Polakach, a nie Polsce. Zajmowała się naszym polskim społeczeństwem i sposobem myślenia rodem z Pani Dulskiej. Podnosiła kwestie zawiści i kołtuństwa, a to nie są cechy historyczne. To są cechy immanentne Polaków prowokujące problemy i kłopoty, jakie mamy ze współczesnym światem.

Niektóre elementy scenografii i kostiumów mają rysy przeszłości, ale nie jest to przeszłość kreowana, a raczej cytowana. W olbrzymiej liczbie krakowskich, zwłaszcza starych, mieszkań są przecież meble sprzed 100 i więcej lat. Poprzeplatane z nowoczesnym wyposażeniem tworzą naszą aktualną rzeczywistość.

Ale dla mnie ważniejsze jest to, że zaproponowana przez nas przestrzeń jest rentgenem tej komórki społecznej. Ta rodzina reprezentuje przestarzały sposób myślenia. Profesor, Wdowa, Żona myślą po staremu. Nic się nie zmienia i – co ważniejsze – nic się nie da zmienić. Antyczna szafa może być symbolem archaicznego postrzegania rzeczywistości, postrzegania, którego za nic się nie rusza. Zawsze w takim domu będzie jakaś szafa, z której wypadną trupy.

– Jesteś również autorem opracowania muzycznego do spektaklu. Cytujesz w nim masę popularnych utworów, które podkreślają albo wręcz budują dowcip, ironię i dystans w stosunku i do postaci, i do tekstu.

– Muzyka w tym spektaklu, a raczej utwory, które wykorzystałem, pełnią funkcję „paczuszek” czyli ładunków energii. Starałem się je lokować w kluczowych momentach między innymi po to, by zbudować przestrzeń dla postaci. Ponadto są użyte jako pointy sytuacji.

Nie jest to w żadnym wypadku muzyka ilustrująca, a taka, która nasyca i zagęszcza atmosferę. Powiedziałbym, że ta muzyka jest „wewnętrzna”, wynikająca z działań aktorskich. Ona się rodzi w środku aktora. Bardzo często opisuje subiektywne, a nawet symboliczne momenty dziejące się na scenie. Zauważ, że bardzo często muzyka płynie z telewizora, który jest nieodłącznym towarzyszem życia w tym kołtuńskim domu.

/rozmawiała Magdalena Musialik-Furdyna/