My w finale

Marc Becker

Czas: 90 min 1 Scena na Sarego 7

Obsada:

Kobieta Filozoficzna Pielęgnująca Małą Murawę / Kobieta Wiedząca Więcej
Ksiądz Wybrany, też Kibic
Polityk z Momentem Intymnym
Komentator Jeden z Dwóch, Smutny
Komentator Jeden z Dwóch / Piłkarz z Zadaniem
Harcerz ze Smutną Przeszłością
Kibic Bardzo Zaangażowany, Amant
Kobieta Filozoficzna Pielęgnująca Małą Murawę / Kobieta Psychologiczna
Kobieta Filozoficzna Pielęgnująca Małą Murawę / Kobieta z Kulą u Nogi
Trener z Wiolonczelą
Rezerwowy Muzyk Konrad Mastyło/ Artur Sędzielarz
Tłumaczenie/ adaptacja Michał Olszewski
Reżyseria/ kostiumy Iwona Jera
Scenografia/ projekcje Sami Bill
Choreografia Iwona Jera i Zespół
Kierownictwo muzyczne Janusz Butrym
Asystent reżysera i scenografa/ inspicjent/ Nieukrywana Suflerka Monika Handzlik
Asystent reżysera Oskar Sadowski

My w finale (Wir im Finale)

 

„My w finale” to zabawna i inteligentna metafora kraju i społeczeństwa, które niejedno ma oblicze.

Dlaczego Trener jest z Wiolonczelą? Czemu pewna Kobieta ma Kulę u Nogi, a inne, ­Filozoficzne, ­Pielęgnują Małą Murawę?

Na czym polega Moment Intymny Polityka?

Przedstawienie, w którym wreszcie Suflerka jest Nieukrywana!

Dwa Chóry, Harcerz, Ksiądz, Amant, Kobieta Wiedząca Więcej – to MY.

Grupowe MY, które w spektaklu Beckera, Olszewskiego i Jery tworzą głosy ze stadionów, barów, mieszkań i telewizorów, to wielka pieśń o nastrojach narodu.

Nie może was ominąć romans ze spalonym w tle!

Nie możecie przegapić karnego strzelanego kierpcem! Zwłaszcza że Łukasz Drewniak w dorocznym podsumowaniu sezonu „Najlepszy, najlepsza, najlepsi", publikowanym przez miesięcznik  „Teatr", uznał występ Patryka Kośnickiego w roli „polskiego napastnika wykonującego rzut karny przez dziesięć minut w spektaklu My w finale Marca Beckera w reż. Iwony Jery w Teatrze Bagatela w Krakowie" debiutem sezonu!

W spektaklu występują „Osoby wymyslone albo prawdziwe", tworzące dwa chóry: Stadionowy i Elegijny MY. Spoza zespołu aktorskiego dokooptowano  MONIKĘ HANDZLIK jako Nieukrywaną Suflerkę i KONRADA MASTYŁĘ (oraz ARTURA SĘDZIELARZA) w roli Rezerwowego Muzyka.

 

Premiera: 2 czerwca 2012, Scena na Sarego 7

Marc Becker, urodzony w Bremie w 1969 niemiecki reżyser teatralny i dramatopisarz. Studiował teatrologię, nauki polityczne i wspólczesną literaturę niemiecką, następnie pracował jako aktor, a od 1995 jako autor i reżyser, we Freien Theater. W 1998 został aystentem reżysera oraz reżyserem w Theater Erlangen, pracował też w innych miastach w Niemczech, Austrii i Holandii. Od sezonu 2006/2007 jest etatowym dramaturgem i reżyserem Staatstheater Oldenburg kierowanego przez Markusa Müllera.

W dorobku autorskim ma kilkanaście sztuk: „US AmoK“ (1999), „My name is Peggy“ (2001), „Margot und Hannelore“ (2003), „My w finale“ (2004), „Końce świata“ (2005, prem. polska 2012), „Jung und unschuldig“ (2005) „Terrorprogramm“ (2007), „Glück für alle“ (2008), „Nie wieder einsam“ (2009), „Aus der Mitte der Gesellschaft“ (2010), „Im Namen der Sicherheit“ (2011).

Ważniejsze realizacje sceniczne: „Zielony Gil” de Moliny (Erlangen, 2000), „Zagłada ludu, albo Moja wątroba jest bez sensu” Schwaba (Erlangen, 2001), „Kariera Artura Ui“ Brechta (Groningen, 2001), „Mein Kampf” Taboriego (Erlangen, 2002), „Macbeth“ (Erlangen, 2003), „Lebensansichten zweier Hunde“ Meng Ling Hui (Braunschweig, 2010).

Został doceniony zarówno jako dramatopisarz, jak i realizator. W 2003 „Nürnberger Allgemeine Zeitung“ przyznała mu nagrodę „Stern des Jahres“ za najlepszą inscenizację w regionie, rok później „Margot und Hannelore“ wystawiona w Jenie zdobyła Impulse-Preis, a „Macbeth“ z Erlangen – Preis der Bayerischen Theatertage, zaś „My w finale“ kolejną w dorobku autora „Stern des Jahres“. W 2005 wyróżniono go Kulturförderpreis przyznawaną przez Norymbergę.

Iwona Jera, urodzona w Polsce, a od 1984 mieszkająca w Niemczech dramaturg, aktorka i reżyserka, a także autorka scenografii i kostiumów.

W teatrze pracuje od 1992, jej pierwszą autorską realizacją był „Ryszard III” w Erlangen; tamże w 2008 wystawiła „Iwonę, księżniczkę Burgunda”, a rok później „Dzieciobójczynię” wg Heinricha Leopolda Wagnera w opracowaniu Thomasa Melle. Od 2010 mieszka w Wuppertalu, gdzie wyreżyserowała „Mięso jest moją jarzyną” wg Heinza Strunka i operę barokową z tancerzami hip-hop „Smok z Dönnberg” Johna Fredericka Lampego oraz docenione „Tango” Mrożka. Od lat w Kolonii śpiewa z własną grupą muzyczną.

W Polsce zrealizowała „W stanie wyjątkowym” Falka Richtera w krakowskim Teatrze Nowym (2009), wyprodukowany przez Stary Teatr „Kraków ­Berlin XPRS” (2011) oraz „My w finale” (2012) Marca Beckera w Bagateli.

Łukasz Drewniak „Dziesięciu wspaniałych. Podsumowanie roku 2012 - TEATR”, „Dziennik Polski”, 21 stycznia 2013:

5. "My w finale", reż. Iwona Jera, Teatr Bagatela

Oglądany przed i w czasie Euro 2012 spektakl o futbolu rozumianym jako wehikuł pamięci zbiorowej był fenomenem. Bo my, kibice, widzieliśmy wtedy w rozśpiewanym i skandującym sportowe frazesy aktorskim chórze nie tylko siebie, ale i całe społeczeństwo, przepełnione pragnieniem, żebyśmy coś wreszcie wygrali. Przedstawienie Jery drwiło z nas, ile wlezie, i jednocześnie dawało nadzieję. Do niesławnego meczu z Czechami widziałem je dwa razy. Teraz pewnie ogląda się spektakl z goryczą, żartowałem, że może aktorzy grają tylko pierwszą, tę przegraną połowę. Ale nie mam wątpliwości, że "My w finale", uzupełnione o parę najnowszych piłkarskich zawałów serca, powinno doczekać w repertuarze Bagateli do MŚ w Brazylii.”

 

Wojciech Majcherek „My w finale, wojciech-majcherek.blog.onet.pl, 16 września 2012:

„We wtorek krótki wypad do Krakowa na spektakl My w finale w Bagateli (grany jest na scenie przy Sarego). Przedstawienie miało premierę w czerwcu podczas Euro, więc doskonale korespondowało z ówczesnymi nastrojami. Tekst napisał Niemiec, Marc Becker, ale dla potrzeb spektaklu został spolszczony (przez reżyserkę Iwonę Jerę i Michała Olszewskiego z Tygodnika Powszechnego, znanego ze świetnych Zapisków na biletach) tak, że gdyby ktoś nie wiedział, to byłby święcie przekonany, że to nasza dramaturgia współczesna. Niby to jest rzecz o piłce nożnej, o piłkarzach i kibicach, trwa tyle, co mecz z przerwą, ale to wszystko jest z wierzchu. A pod spodem mamy groteskowy, nie pozbawiony absurdalnego humoru, obrazek naszych społecznych zachowań – właśnie naszych, polskich. Ze wszystkimi chorymi emocjami, złościami, kompleksami. Aktorzy, choć indywidualnie scharakteryzowani, tworzą właściwie przez cały spektakl kreację zespołową, w której ruch, gest, skandowane słowa, a czasami zaskakująca piosenka wypełniają scenę. Do tego zabawna, surrealistyczna projekcja z komentatorami piłkarskimi. Przedstawienie jest do pomyślenia również teraz, gdy gorączka strefy kibica opadła.

Po spektaklu poszedłem na Rynek. Był nadzwyczaj ciepły wieczór. Ludzie siedzieli w ogródkach, przechadzali się niespiesznie. W jednej z knajp zauważyłem w środku ekran, na którym pokazywany był właśnie mecz Polska – Mołdawia. Jak wiadomo transmisja nie była dostępna w otwartej telewizji. Wydawało się więc, że knajpę powinien wypełnić tłum kibiców. A siedziało może z 10 osób, w tym dziewczyny, które emablowały zagranicznych chłopaków, więc meczem nie byli zainteresowani. Ja to smętne widowisko piłkarskie, jak mawiał Andrzej Zydorowicz, obejrzałem, co było niewątpliwie dowodem masochistycznych skłonności. Ludzie na Rynku byli zadowoleni - w swoim finale.”

 

Izabela Oleksik „My w teatrze”, „Dziennik Teatralny” – Kraków, 9 czerwca 2012:

„Raz na jakiś czas pojawia się okazja, żeby można jednoznacznie określić, kto jest patriotą i wierzy w zwycięstwo, a kto nie. Może to być czas mistrzostw w skokach narciarskich, czy wyścigi Formuły 1. Jednak dopiero międzynarodowe rozgrywki piłkarskie potrafią sprawić, że nawet najmniejsza i najgłębiej skrywana cząstka patriotyzmu ujawni się publicznie. Do stworzenia równania kibicowanie = patiotyzm droga już prosta.

Na fali obecnych wydarzeń sportowych wykorzystując sentyment Polaków i „sny o potędze” krakowski Teatr Bagatela wystawił nowy spektakl „My w finale” w reżyserii Iwony Jery. Jest to spektakl szczególny, przeznaczony głównie dla entuzjastów piłki nożnej, zwłaszcza tych potrafiących spojrzeć z przymrużeniem oka na ten szczególny fenomen i patriotyczny zryw.

Bohaterowie spektaklu stanowią przekrój naszego społeczeństwa: to kibice zakochani w swojej drużynie, widzący w piłkarzach bohaterów narodowych czy niemalże herosów, sfrustrowani emigranci, którzy często wstydzą się za granicą mówić po Polsku, politycy próbujący zebrać kapitał polityczny, komentatorzy sportowi wzbijający się  na „szczyty elokwencji” w czasie transmitowania rozgrywek, czy wreszcie trener zagrzewający do walki na boisku. Wszyscy oni tworzą zbiorowy portret Kibica. w czasie jednego transmitowanego na żywo meczu, przeżywają chwile patriotycznego, czasem wręcz religijnego uniesienia, który miesza się nieustannie ze stadionowym żargonem, tworząc barwny i często nieoczekiwany wynik. Radość ze zdobytych bramek, żałoba związana ze stratą kolejnych stanowią doskonałą okazję do ukazania szczerych emocji kibiców.

Wiele trafnych obserwacji i satyra na stadionowe obyczaje, potraktowanie naszych wad, nie zawsze chlubnych zachowań, przerysowanie (choć też nie zawsze) emocji związanych z przeżywaniem sytuacji na boisku charakteryzują klimat spektaklu, w który wprowadza nas zespół w składzie: Anna Branny, Monika Handzlik, Kamila Klimczak, Katarzyna Litwin, Przemysław Branny, Krzysztof Bochenek, Patryk Kośnicki, Wojciech Leonowicz, Przemysław Redkowski, Piotr Różański, Marcel Wiercichowski. Wobec „zagrożenia” jakim jest przeciwnik stanowią oni monolit nie dający się łatwo skruszyć. Byłoby znakomicie, gdybyśmy jako naród byli chociaż w części tak jednomyślni jak bohaterowie spektaklu „My w finale”, gdybyśmy byli wobec siebie solidarni i w chwilach zagrożenia, czy zwątpienia wspierali się i podtrzymywali na duchu. Niestety, zazwyczaj potrafimy jednoczyć się jedynie na stadionie przy okazji imprez sportowych, ze szczególnym uwzględnieniem meczów naszej piłkarskiej reprezentacji.

„My w finale” to sztuka niemieckiego pisarza Marca Beckera, która została doskonale przetłumaczona i zaadaptowana do naszych realiów i na potrzeby tej premiery. Dobrze wyreżyserowana nie nuży, a wręcz prowokuje i do refleksji, i do szczerego oczyszczającego śmiechu. w Niemczech odniosła duży sukces, który ma szansę się powtórzyć również na tej scenie.

Teatr Bagatela bardzo dobrze wstrzelił się tym spektaklem w czas Mistrzostw Europy 2012. Właśnie w meczach z udziałem Polaków będzie można obserwować i kontestować naszą radość ze strzelonej bramki i reakcje na zagrożenie ze strony przeciwnika. Okazuje się, że siedząc na teatralnej widowni także można obserwować nasze codzienne obyczaje, odkrywać narodowe wady i zalety. Dla tych, którzy nie pragną oglądać transmisji z Mistrzostw, a chcieliby poczuć się jak na stadionie, do tego w atmosferze sztuki – wybór „My w finale” jest wyborem właściwym. Pozostałym zaś, również należy spektakl polecić, bo prócz dobrej zabawy jest to okazja, aby kibic siedząc na teatralnym krześle mógł przejrzeć się nieomal jak w zwierciadle, odprężyć i być może nabrać ochoty na następne teatralne przeżycie.”

 

Krzysztof Gudowski „Piłkarskie emocje w wyjątkowej komedii przejęzyczeń”, KulturawKrakowie.pl, 1 czewca 2012:

„Piłką nożną nie interesuję się w ogóle. Wizja tysięcy kibiców wcale nie napawa mnie optymizmem. Ot, taki już ze mnie typ. Dlatego nie dziwcie się, że do spektaklu „My w finale” podchodziłem z dużą dozą rezerwy i nieufności. Zdecydowanie popełniłem błąd. Piszę to bez mrugnięcia okiem, z uśmiechem na twarzy, bo tak dobrego spektaklu naprawdę dawno już nie widziałem.

Niemiecki pisarz, Marc Becker, stworzył dzieło modelowe, gotowe do przetransponowania na dowolny grunt i w dowolną rzeczywistość kraju europejskiego. Nie chce się wierzyć, że sztuka ta nie została oparta na tekście polskiego autora. Doszukać zatem trzeba się tutaj ogromnej pracy osób, które odpowiedzialne są za jej adaptację: Michała Olszewskiego i Iwony Jery, która jest również reżyserką przedstawienia. Jedenastu uczestników-kibiców bierze udział w swojego rodzaju sportowym spędzie. Każdy z nich jest inny i reprezentuje inną grupę społeczną. w tym wszystkim tworzy się jednak pewna nić porozumienia, zainicjowana przez ważny mecz piłkarski. w efekcie jest on jednak tylko pretekstem do wyrażenia emocji przez bohaterów i zdjęcia zakładanych na co dzień masek. Zjednoczenie w dopingowaniu poszczególnych zawodników staje się punktem honoru, stawianym ponad wartościami i ludzkimi słabościami. w ostateczności bohaterów przenika zarówno materialne, jak i filozoficzne podejście do świata, a sami z wycofanych, szarych ludzi stają się bestiami emocji. Jeżeli kiedykolwiek zadawaliście sobie pytanie czy w piłce jest miłość, seks, pieniądze, polityka, zaduma, wiara i siła, to po obejrzeniu tego spektaklu na pewno nie będziecie mieli już wątpliwości.

Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się płakać ze śmiechu w trakcie spektaklu. Pan w rzędzie dalej musiał przepraszać innych widzów za swoje niepohamowane wybuchy radości. Sztuka jest do tego stopnia zabawna, że – nie wstydźmy się tego – chwilami nie mogli tego ukryć również aktorzy. Mamy przed sobą jedenaście wyrazistych postaci, wykreowanych nieco w stylu współczesnego teatru zachodniego, z kanciastymi rysami osobowości i emocjami na granicy przerysowania. Artyści pocą się, męczą, każdy z nich ciągle musi być w grze. To wymagająca sztuka – nie tylko pod kątem warsztatowym, ale i fizycznym. Wszyscy perfekcyjnie nadążają za tempem.

Uwielbiam teatr, który łączy w sobie elementy multimedialne z tradycyjnymi. z pozoru prosta scenografia nabiera kolorów i życia dzięki projekcjom, które odbywają się w trakcie spotkania. Chwilami jednak pojawia się konieczność szybkiego przenoszenia uwagi na wiele różnych sytuacji dziejących się na scenie, bez konkretnego podziału na pierwszy i drugi plan. w całości tworzy to wspaniały obrazek, ale dla osób, które preferują spektakle skoncentrowane na pojedynczych bohaterach czy scenach może to być w pewnym momencie wadą.

90 minut spektaklu dzieli krótka przerwa, która okazała się być integralną częścią całego spektaklu. Znamy tę regułę – zazwyczaj aktorzy schodzą ze sceny i widzów czeka jakieś 15 minut powrotu do szarej rzeczywistości. Tutaj jednak mamy do czynienia z projekcją równie zabawnego materiału filmowego – sondy ulicznej związanej z tematyką piłki nożnej. Mam wrażenie, że jest ona trochę za długa, ale z pewnością jest bardzo pomysłowa i potrafi rozśmieszyć. Całość sugeruje, że przerwa w meczu jest równie istotnym jej elementem, co cała reszta spotkania. Po ponownym „wyjściu z szatni” tempo spektaklu na chwilę podupadło. Zarówno aktorzy jak i widzowie potrzebowali paru chwil na powrót do narzuconego wcześniej tempa. w ostatecznym rozrachunku można stwierdzić, że druga część spektaklu jest zdecydowanie lepsza od pierwszej, co ewidentnie widać również w grze „naszych”.

W całej kompozycji nie brakuje elementów, które zostaną szczególnie dostrzeżone przez fanów piłki nożnej, w tym na przykład kilkukrotne nawiązanie do historycznego komentarza Tomasza Zimocha „Panie Ahmed, kończ pan ten mecz”. Nie zabrakło również nawiązań bardzo nam obecnie bliskich – powiedzmy „kurnikowych”.

„My w finale” dostało się na moją listę krakowskich spektakli wybitnych, na której do tej pory niepodzielnie panował „Bóg mordu” wystawiany na deskach Teatru Słowackiego oraz „Kopciuszek” Opery Krakowskiej. „My w finale” to ten sam kaliber, z zaznaczeniem, że zawiera on o wiele większą dawkę autoironii – najbardziej kunsztownego z humorów. Choć przyznać trzeba, że niektórym osobom może się on wydawać zbyt bezpośredni. Mnie ta bezpośredniość powaliła na kolana. Ogromne brawa dla pomysłodawców tego projektu za odwagę i chęci do stworzenia czegoś, co będzie funkcjonowało nie tylko pod piłkarskim szyldem nadchodzących mistrzostw, ale również jako osobna ironia na nasze narodowe słabostki. Miejmy nadzieję, że spektakl na stałe trafi na deski Bagateli.”

„Zbiorowe my i pojedyncze ja” – rozmowa z Iwoną Jerą

 

- Widziałaś prapremierę niemiecką „My w finale”. To wówczas zaintrygował cię ten tekst?

- Autora sztuki, Marca Beckera, znam od 2000 roku. Poznaliśmy się, kiedy zaczęłam pracować w Theater Erlangen. Marc zaczynał jako autor tekstów i reżyser, ja jako koordynatorka, dramaturg i aktorka. Bardzo się polubiliśmy, bo śmialiśmy się z tych samych powodów i dowcipów.

Kiedy najpierw przeczytałam tekst Beckera, a później zobaczyłam prapremierę w teatrze Jena, wiedziałam, że będę tę sztukę reżyserować .Nie wiedziałam tylko, kiedy i gdzie...

Temat konfrontacji zbiorowego „my” i samotnego „ja”, które identyfikuję jako kogoś wykluczonego, osobnego lub pojedynczego, zawsze mnie interesował. Towarzyszy mojemu życiu i jest nieodłącznym elementem mojej pracy. Zawsze bowiem nurtuje mnie pytanie, czy i kiedy jest możliwe spotkanie pojedynczego „ja” ze zbiorowym „my”, a jeśli się nie powiedzie, dlaczego jest wykluczone to „ja” i jaka jest tego „ja” przyszłość, i jaka tego „my” bez tego „ja”.

Tekst sztuki Beckera wyśmienicie się do takiej analizy nadaje i czekałam tylko na odpowiednią chwilę, by po niego sięgnąć. a chyba nie można sobie wymarzyć bardziej właściwego momentu dla wystawienia tej sztuki, niż okolice Mistrzostw Europy w piłce nożnej, choć „My w finale” jest grane na całym świecie i bez takich towarzyszących mu konotacji.

 

- Muszę ci się przyznać, że pierwsze czytanie „My w finale” nie zachwyciło mnie. Sztuka, napisana jak jeden długi monolog, ma zbyt mało dramaturgii, a za to wiele niepotrzebnej domorosłej filozofii.

-Sztuka Marca Beckera napisana jest bez ról i bez dialogów — jak rzeka słów. Może ją grać jedna osoba, jeden wielki albo mały chór, albo można ją realizować sposobem „jednostek społecznych”, by móc obserwować zjawisko łączenia się pojedynczych przypadkowych ludzi w „społeczeństwo chwili” z powodu zjawiska porażki albo zwycięstwa... a to wszystko może się i zdarza naprawdę w momencie oglądania i przeżywania meczów naszej reprezentacji.

Pierwsze tłumaczenie na język polski było bardzo filologiczne. Dopiero dzięki niezrównanej i nieocenionej pracy Michała Olszewskiego, przy moim skromnym udziale, dokonaliśmy „spolszczenia”. Moim wyobrażeniem, czy moim marzeniem, było wyróżnienie w tym tekście indywidualności, czyli przedstawicieli naszego społeczeństwa. I tak pracowałam z Michałem Olszewskim, który doskonale zrozumiał podział tego zespolonego tekstu na charaktery i spolszczył je w genialny sposób tak, że mogłam znowu jako reżyserka zacząć pracować nad moimi wizjami. Do jego i mojej pracy z aktorami zaproponowałam mu „krótkie opisy postaci”. Każda z nich ma swoją historię, biografię – słowem: indywidualne cechy. Stąd np. Kobieta Wiedząca Lepiej (Ania Branny), Kobieta z Kulą u Nogi (Kamila Klimczak), Polityk z Momentem Intymnym (Przemek Redkowski), Harcerz ze Smutną Przeszłością (Przemysław Branny), Kibic Zaangażowany, Amant i Oddech (Krzysztof Bochenek), Trener z Wiolonczelą (Marcel Wiercichowski), Kobieta Psychologiczna (Kasia Litwin), Ksiądz Wybrany Też Kibic (Piotr Różański), Komentator Smutny (Wojciech Leonowicz), Nieukrywana Suflerka (Monika Handzlik), Rezerwowy Muzyk (Janusz Butrym) czy Piłkarz z Zadaniem (Patryk Kośnicki). Dzięki temu prostemu zabiegowi łatwiej, niż to jest zapisane w tekście, było mi pokazać nasze zbiorowe „my” tych wielu poszczególnych przedstawicieli „ja”.

 

- Autor widział twój spektakl. Nie oburzał się na jego polskość?

- Marc Becker życzył sobie i oczekiwał, że to będzie polski spektakl. Ale po obejrzeniu naszego spektaklu był tak zaskoczony tym, co osiągnęliśmy, że został jeszcze 3 dni, by wszystkie przedstawienia zobaczyć. Marc był zachwycony. Siedział na widowni dzień po dniu i nie mógł uwierzyć, że to wciąż jest jego sztuka. Bo muszę podkreślić, że myśmy w scenariuszu nie zmienili ani jednego słowa. Owszem, nadaliśmy piłkarzom polskie nazwiska, Michał Olszewski genialnie spolszczył język komentatorów tak, że można rozpoznać naszą radiowo-telewizyjną rzeczywistość dziennikarską. i jeszcze doszły polskie śpiewy stadionowe... To wszystko. Reszta to tekst Beckera. Tylko że w Krakowie, Polsce, z polskimi świetnymi aktorami i w moim kraju zrobione.

 

- Nam, widzom tego spektaklu, wierzyć się nie chce, że kwestie, które padają ze sceny, obnażające całą masę narodowych kompleksów, były pisane z myślą o Niemcach. Wydawać by się mogło, że oni nie mają specjalnych zahamowań w stosunku do siebie ani nie boją się nikogo na boisku, ani gdzie indziej.

- Całkiem spora część narodu niemieckiego doskonale wie, że nie jest zbyt kochana na świecie. Nie tylko Polacy za nimi nie przepadają. Nie lubią ich Holendrzy, Francuzi. Bywają hałaśliwi, butni, a to drażni. Całe rzesze Niemców mają na swój temat nienajlepsze zdanie. Zupełnie jak i my o sobie, jak i inni, którzy krytycznie podchodzą do swoich cech narodowych. Ja, żyjąc w tym kraju już dużo lat, znam ich jako wspaniałych wrażliwych ludzi, robiących świetny teatr, myślących nowocześnie o świecie, oczytanych i mających bardzo dobre poczucie humoru... Ale jak to w Polsce opowiadam, to mi nikt nie wierzy. Czuję się wtedy jak Don Kichot, który z kliszami o Niemcach walczy...

Na szczęście teatr akurat jest szybszy niż ogólna opinia. Uznanie w Polsce dla niemieckiego teatru pomaga mi się komunikować w sprawach ważnych, bez tracenia czasu na durne dyskusje, jakimi są oni i jakimi my. w moim przypadku można przyjąć, że świat jest łatwo podzielić na: My i Oni. To właśnie jest między innymi tematem naszego przedstawienia. „My w finale” to idealna wizja nie tylko mistrzostw, ale też polityki i perspektyw przyszłości kraju, rodziny, związku... i dnia następnego.

Sztuka Marca Beckera była już dużo razy realizowana w innych krajach, nie tylko w Niemczech. Kiedy przełożysz poszczególne zdania tekstu Beckera w Czechach, w Chile czy Belgii, okaże się, że jest nośny pod każdą szerokością geograficzną.

 

- Niebagatelną rolę w tym „spolszczeniu” odgrywa także scenografia autorstwa Samiego Billa i zaprojektowane przez ciebie kostiumy o polskich historyczno-sportowych konotacjach.

- Kiedy dowiedziałam się, że będę tę sztukę robić w Krakowie, wiedziałam, że chcę tradycję miasta i teatru połączyć z symbolem codziennej rzeczywistości, zamkniętej w pozie myśleniowej kogoś, kto na sofie przed telewizorem, oglądając mecz, o wiele lepiej wie, jak to się powinno rozegrać. Przecież wszyscy wiemy w tym momencie, co trzeba zrobić... Cha-cha...

Przypomniałam sobie wtedy o osobie, która grała bardzo dużą rolę w moim życiu, i która, nawet po najbardziej udanych przyjęciach w naszym domu, potrafiła po wyjściu ostatnich gości w ciągu sekundy przebrać się w dres (koloru bordowego) i przeistoczyć w nieobecnego, ale za to zaabsorbowanego, telewizyjnego kibica z piwem i orzeszkami... Tak jakby nic się przed tym ważnego nie zdarzyło i dopiero teraz to najważniejsze się wydarza... Te wszystkie wykrzyczane mądrości tego dresowego kameleona drżą mi jeszcze dzisiaj w uszach. i tak sobie pomyślałam, że my wszyscy coś takiego mamy. Że nasz codzienny realny świat jest jakby „teatralny”, wymyślony w porównaniu z „realnością” meczu. Cha-cha-cha-cha-cha... Od 18.00 mniej więcej…

A wracając do kostiumów: znalazłam bardzo dużo świetnych starych kostiumów, które już raz grały w Bagateli, i naszyłam im paski bardzo lubianej w Polsce, i nie tylko, marki Adidasa. Przyznam się, że jestem dumna z tego może i prostego, ale wyraźnego konceptu.

I proszę jeszcze zwrócić uwagę na bardzo dowcipne animacje zrobione przez Samiego. a jakże liryczny jest podnoszący się do lotu orzeł! Kiedy mi opowiedziano, że orzeł miał zniknąć z koszulek piłkarzy naszej reprezentacji, wyobraziłam sobie te wszystkie smutne niepotrzebne orły lecące do Afryki, albo do nieznanego kraju, na obczyznę, i poprosiłam Samiego, by coś zrobił, żeby orzeł płakał. To przecież metafora naszych nastrojów, sytuacji osobistej i politycznej. i co w ogóle na to Urząd Ochrony Polskich Orłów!?

 

- Pracując nad spektaklem nie miałaś wiele czasu na przeprowadzanie prób.

- Precyzyjnie rzecz ujmując: nie miałam wielu prób ze wszystkimi aktorami razem, a przecież to jak najbardziej zespołowa sztuka. Postawiłam sobie zadanie zbudowania drużyny z aktorami, których nigdy nie znałam. To była wielka przygoda. Pierwsze spotkanie to był casting, po którym musiałam podjąć decyzję, którzy z nich będą moimi „grającymi”, a potem przekonać ich, że jesteśmy drużyną. To była wielka podróż. i dla mnie, i dla moich „zawodników”. Ale zaangażowanie aktorów było tak ogromne, że poradziliśmy sobie. w ogóle nasza wspólna praca to była współpraca w pełnym znaczeniu tego słowa. Byliśmy często jak na treningu drużyny piłkarskiej. Dyscyplina, niezwykła kreatywność obu stron i zaufanie, to zostanie mi na zawsze w pamięci o naszej pracy nad tym spektaklem. Nasza choreograficzna praca w spektaklu, rozwiązania sceniczne czy propozycje wykorzystania takich, a nie innych, piosenek są pomysłami wspólnymi moimi i zespołu aktorskiego. Wszyscy się razem znaleźliśmy i pojechali jak wspólnym czołgiem naprzód. By wygrać, wszyscy razem... By wygrać dobry spektakl. To było niezwykłe doświadczenie dla nas wszystkich.

 

- Zbudowałaś team.

- Myślę, że to jest mój największy sukces. Przecież wcześniej nikt mnie tutaj nie znał. Nie stały za mną wcześniejsze realizacje w Bagateli. Byliśmy dla siebie obcymi ludźmi. Zupełnie jak na początku kibicowania na stadionie. Nie wiesz, kto koło ciebie siedzi. Jedyne, co wiesz, to to, że dopingujecie tę samą drużynę. Ale po dziewięćdziesięciu minutach oglądania meczu zawiązuje się nić porozumienia, znajomości, przyjaźni, a może i miłości. i tylko od ciebie zależy, czy ta nić się nie zerwie.

 

- Fajnie wyszło…

-… i my również jesteśmy zadowoleni. Jedność emocji, błagalne modlitwy, chóralna radość albo żal – rządzą naszym życiem nie tylko podczas kibicowania, choć ten szczególny moment, jakim jest wspólne przeżywanie oglądanego meczu, jednoczy chyba najbardziej. Znikają różnice wyznań. Płci, koloru skóry i zawartości portfela. Chociaż w krakowskich knajpach można czytać ostrzeżenia przed kieszonkowcami. Ciekawe, jak im szło w czasie meczów?

/rozmawiała Magdalena Furdyna/

 

„My w finale? Piłkarsko w Bagateli”

 

„W piłkę nożną można grać. Można o niej rozmawiać, oglądać ją i słuchać transmisji, można też kibicować wybranym drużynom. Znamy książki i filmy o tematyce piłkarskiej. Nadchodzi czas na przeniesienie jej na teatralne deski.

Kilka miesięcy temu w Krakowie mogliśmy oglądać "Tęczową Trybunę 2012" Pawła Demirskiego i Moniki Strzępki. Przed nami nowa futbolowa produkcja! Od piątku do niedzieli na Scenie na Sarego w teatrze Bagatela odbywają się pierwsze pokazy sztuki o wdzięcznej nazwie "My w finale" Marca Beckera, którą reżyseruje Iwona Jera. Po sobotniej premierze odbędzie się spotkanie z autorem sztuki.

- Ludzie, którzy spotykają się z powodu piłki, zaczynają być jedną społecznością. Czy tego chcą, czy nie. Nawet jeśli nie rozumieją, o co chodzi - mówi Iwona Jera, artystka, która od lat tworzy w Niemczech, a w ubiegłym roku reżyserowała wszystkie akcje teatralne w projekcie zwanym "Kraków-Berlin XPRS".

 

Gabriela Cagiel: Zdradziła pani, że bardzo duże wrażenie zrobiła na pani niemiecka premiera sztuki "My w finale" Marca Beckera, z którym się pani również przyjaźni. Czy to wtedy pojawiła się myśl o przeniesieniu spektaklu do Polski?

Iwona Jera: Tak, ponieważ bardzo przeżyłam tę premierę i ten tekst, który już wtedy mnie zachwycił. Zresztą nie tylko ja, bo wszyscy nasi koledzy odebrali to jako ważne wydarzenie. Później spektakl widzieliśmy jeszcze w innych wydaniach, ale wciąż jest to dla mnie najlepszy tekst, który opowiada o problemie "my" i "ja". Żadna inna sztuka nie opowiada tego tak dobrze, a ten problem szczególnie mnie interesuje.

 

Dlaczego ten tekst się wyróżnia?

- Dlatego, że zasada jest prosta. Ludzie, którzy spotykają się z powodu piłki, zaczynają być jedną społecznością. Czy tego chcą, czy nie. Nawet jeśli nie rozumieją, o co chodzi, to idą na wszelki wypadek. Idą do jakiejś kawiarni lub do innego miejsca, żeby nie siedzieć samemu w domu, i zaczynają naraz przeżywać to, co tam się dzieje - klęskę, porażkę i radość. i to jest niezwykłe zjawisko dla mnie. To może być też groźne, co pokazuje przykład agresji wśród kiboli. Ale ja mówię o normalnych ludziach. o nas. To jest dla mnie problem, który opowiada też o narodzie, o tej społeczności, która ogląda mecz. i właściwie to jest temat tej sztuki.

 

Jeżeli mówimy o gromadzeniu się przy takich okazjach jak mecze i tworzeniu wspólnoty, to trzeba zaznaczyć, że emocje bywają różne. Przecież kibicuje się różnym drużynom, a to sprzyja spięciom.

- Tak, ale to jest akurat sztuka, w której jest grany nacjonalny mecz, czyli nie klubowy, który może budzić takie emocje jak mecze Wisły Kraków z Cracovią, o których wiem chociażby teoretycznie. Nie, nie, to gra polska drużyna z wielkim, wielkim przeciwnikiem, z którym jeszcze nigdy nie wygrała.

 

Jakie są charakterystyczne elementy polskiej adaptacji?

- Przede wszystkim język, którego użył Michał Olszewski. Przetłumaczył przebieg meczu, język komentatorów i ich intencje. z tego wspaniałego języka cieszy się też Marc Becker, który co prawda go nie rozumie, ale czuje, gdy mu tłumaczę, że jest to tak genialnie napisane, że wszyscy jesteśmy tym zachwyceni. i też te chóry epickie, które posługują się świetnym językiem. To jest specyfika naszej produkcji, jak również postacie. w tym oryginalnym tekście nie ma osób, a ja sobie 11 stworzyłam dla moich aktorów. Każdy ma swoje imię, każdy wie, kim jest. Jest np. kobieta z kulą u nogi, z piłką, jest kobieta psychologiczna, jest harcerz ze smutną przeszłością czy polityk z momentem intymnym. Stworzyliśmy to po to, żeby troszeczkę znaleźć charakter. Bo w sztuce nie ma ról. Tam jest po prostu płaszczyzna tekstu, proza i można z nią robić, co się chce.

 

Do kogo jest skierowany spektakl?

- i do fanów, i nie do fanów. Do żon jednych i drugich i do wszystkich, ponieważ nie opowiada tylko o piłce nożnej.

 

Jest pani kibicem?

- Tak, oczywiście. Jestem kibicem. Chociaż innej drużyny niż Marc Becker. Marc kibicuje Werderowi Brema, a ja Borussii Dortmund, ale dogadujemy się mimo to (śmiech).

 

Będzie pani oglądać Euro?

- Tak, ale, niestety, nie na stadionie, bo jest to po prostu za drogie.

 

/ Gazeta Wyborcza” – Kraków online, 2 czerwca 2012/