Ostatnie 300 metrów

Patrycja Babicka i Magdalena Zarębska-Węgrzyn

Czas: 60 min Scena na Sarego 7

Kupuj bilet on-line
Najbliższy spektakl: 14.09.2018 19:15

Obsada:

Wanda Rutkiewicz
Reżyseria/ scenografia/ projekcje Bartosz Kulas
Kostiumy Małgorzata Chruściel
Muzyka Łukasz Pieprzyk
Reżyseria świateł Marek Oleniacz
Asystent scenografa Adam Szymański
Asystent reżysera/ inspicjent/ sufler Monika Handzlik

Ostatnie 300 metrów. Historia inspirowana życiem Wandy Rutkiewicz

 

Wśród Polaków Wanda Rutkiewicz była pierwszą, której stopy stanęły na Mount Evereście i K2. Jedna z najwybitniejszych himalaistek była postacią lubianą i podziwianą. Na stałe zapisała się w świadomości Polaków, nie tylko miłośników gór.

Spektakl jest próbą odtworzenia owianych tajemnicą od ćwierćwiecza chwil kończących jej życie. Ostatni kontakt z Rutkiewicz miał miejsce tuż pod szczytem Kanczendzongi. Czy zdobyła swój dziewiąty ośmiotysięcznik – nie wiadomo.

Ten czas, którego nigdy nie poznamy, jest tematem przedstawienia. Twórcy poszukują odpowiedzi na pytanie o ostatnią drogę Wandy Rutkiewicz zarówno w wymiarze realistycznym, jak i symbolicznym. W wysokich górach umiera się inaczej niż gdziekolwiek indziej.

 

Premiera/ gala premierowa: 18 maja 2018, Scena na Sarego 7

Spektakl dofinansowano ze środków Urzędu Miasta Krakowa w ramach Konkursu Inicjatyw Teatralnych „Giełda Teatralna” 2017.

Patrycja Babicka – absolwentka Polonistyki i Teatrologii na Uniwersytecie Jagiellońskim, Laboratorium Dramatu Tadeusza Słobodzianka i Public Relations w Wyższej Szkole Europejskiej. Jej praca magisterska pt. Striptiz jako widowisko została opublikowana w Lekturach dramatyczności pod red. Dariusza Kosińskiego. Jako dramaturg debiutowała na łamach „Dialogu” w 2008 roku Dramatem sensacyjnym.

Związana przede wszystkim ze sceną muzyczną jako tekściarka i scenarzystka przedstawień – autorka tekstów piosenek do płyty i spektaklu w reż. i wykonaniu Bartosza Porczyka Sprawca (Teatr Polski we Wrocławiu) scenariusza i tekstów piosenek do Pitawalu. Historii kryminalnych Krakowa w reż. i wykonaniu Anny Rokity (Teatr Bagatela/Scena na Sarego 7). Współautorka (razem z Magdaleną Zarębską-Węgrzyn) dwóch dramatów o Wandzie Rutkiewicz: Pod stopami niebo i nad głową niebo (dla Teatru Polskiego Radia, reż. Józef Opalski) oraz Ostatnie 300 metrów. Historia inspirowana życiem Wandy Rutkiewicz.

Magdalena Zarębska-Węgrzyn – absolwentka Teatrologii Uniwersytetu Jagiellońskiego (2005), współautorka (razem z Patrycją Babicką) dwóch dramatów o Wandzie Rutkiewicz: Pod stopami niebo i nad głową niebo (reż. Józef Opalski, premiera: kwiecień 2018, Teatr Polskiego Radia) oraz Ostatnich 300 metrów. Historii inspirowanej życiem Wandy Rutkiewicz (reż. Bartek Kulas, premiera: maj 2018, Teatr Bagatela/Scena na Sarego 7). Sztuki te są jej debiutem dramatopisarskim. Zawodowo związana z krakowskim Teatrem Ludowym.

Bartek Kulas – absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie oraz Mistrzowskiej Szkoły Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy. Reżyser, scenarzysta i animator. Twórca teledysków Edyty Geppert, Renaty Przemyk, Katarzyny Groniec i in. Wielokrotny laureat polskich i zagranicznych festiwali filmowych (Krakowski Festiwal Filmowy, T-mobile Nowe Horyzonty, Anchorage, OFAFA, Anim’est i in.). Jego film Millhaven pokazano na ponad pięćdziesięciu różnych festiwalach na całym świecie. Ponadto twórca i reżyser takich filmów i animacji, jak: Sen, Panoptikum, Ersatz, Circus Maximus. Podobnie jak Tim Burton czy Terry Gilliam, Kulas pochodzi ze świata animacji. Korzysta z bogatej palety, jaką oferuje technologia – od efektów specjalnych, po animację 3D. Ostatnie 300 metrów Patrycji Babickiej i Magdaleny Zarębskiej-Węgrzyn to jego teatralny debiut.

Ilona Łęcka, wspinanie.pl, 21 maja 2018:

„Monodram jako taki jest dla aktora wyzwaniem szczególnie wymagającym. W przypadku tego przedstawienia nowatorskie rozwiązanie techniczne oraz szeroka paleta emocji dodatkowo komplikują zadanie stojące przez młodą aktorką. Z jego realizacją Lidia Olszak poradziła sobie znakomicie, śmiało eksploatując bogate pokłady ekspresji mimicznej i artykulacyjnej, a chwilami skłaniając się wręcz w stronę – uzasadnionej skądinąd –  egzaltacji.

Zarówno poprzez scenariusz, oparty na książkach Barbary Rusowicz, Ewy Matuszewskiej i Anny Kamińskiej, liczne wywiady, których udzielała himalaistka, wreszcie popisową interpretację Lidii Olszak klaruje się obraz kobiety surowo doświadczonej przez los, miotanej silnymi uczuciami, skrywanymi pod maską zachowawczości, zdeterminowanej i zdolnej przezwyciężyć wszelkie trudności. Wydaje się, że jest to obraz dużo prawdziwszy niż ten, który latami uporczywie lansowano niejako w opozycji do męskich hegemonów polskiego himalaizmu, w narracji których Rutkiewicz bywała osobą zmanierowaną, zarozumiałą i wyrachowaną. Dobrze się dzieje, że za sprawą różnych kanałów kulturowych postać Wandy Rutkiewicz zyskuje na głębi i znaczeniu, zaś himalaizm jako taki zyskuje w powszechnym odbiorze szansę ewolucji z kosztownego i jałowego kaprysu ku bohaterskiej psychomachii.

Jednocześnie spektakl jest wizją w oczywisty sposób subiektywną, bowiem oparty jest na domniemaniach i fantazji twórczyń scenariusza: Magdaleny Zarębskiej–Węgrzyn oraz Patrycji Babickiej. Monolog głównej bohaterki opiera się przecież o wewnętrzne przeżycia, co więcej – wygłaszany jest w trakcie ataku szczytowego na Kanczendzongę po tym, jak miał miejsce ostatni kontakt z innym członkiem ekspedycji, Carlosem Carsolio, czyli wówczas, gdy Rutkiewicz uznano za zmarłą. Przyznaję, iż koncepcję tę odebrałam jako ze wszech miar wiarygodną, choć pozostającą w wymiarze czysto postulatywnym wizję zmagań himalaistki nie tylko z górą, ale przede wszystkim z samą sobą.”

Łukasz Mucha, „Inspirowani Tatrami” (blog), 24 maja 2018:

„Od pierwszych chwil czujemy psychodelię. Wchodzimy w stan świadomości Wandy. Monochromatyczne, w perspektywie zbieżnej okręgi w tle, a na samym środku ona. Ubrana w żółty kombinezon, który staje się dominantą układu scenicznego, bo też i nią była sama Wanda w środowisku himalajskim minionej epoki.
 
Trwa atak szczytowy. Toczy się walka o każdy zdobywany metr. Zegarek wskazuje wysokość 8286 m n.p.m. - do zdobycia głównego wierzchołka Kanczendzongi pozostało tytułowe, ostatnie 300 metrów. Aktorka zmierza w kierunku szczytu na bieżni, schodząc z niej dopiero podczas finalnych oklasków. Jest cały czas w ruchu. Jej zadyszka i wypowiadane na bezdechu kwestie, mają odzwierciedlić trudy mówienia na wysokości powyżej 8000 metrów. Każdy ruch wymaga coraz większej energii, każdy krok staje się coraz trudniejszy, z każdą chwilą ciało chyli się coraz bardziej ku ziemi. Robi się ciepło. Aktorka rozpina kombinezon, zdejmuje kaptur i gogle. Tuż przed śmiercią, kiedy pojawia się detoriacja wysokościowa ma się wrażenie, że ciało jest oblewane wrzątkiem. Robi się obrzydliwie gorąco. W górach umiera się inaczej... 
 
Pochodzę z pokolenia, które słyszało wyidealizowane historie na temat Wandy. Pokolenia, dla którego była ona ikoną, a jej sacrum przyjmowało się bezdyskusyjnie. Podczas spektaklu zestawiam "boską" Wandę z jej w pełni ludzką twarzą. Monologi Lidii Olszak są potencjalnymi, ostatnimi myślami Wandy. Przelatują przez nią niczym tańczące obłoki na niebie, nieraz wyrwane zupełnie z kontekstu, z różną prędkością i masą, wyzbyte jakiejkolwiek chronologii. Słuchamy również o szczytach, jakie musiała pokonywać w swoim niehimalajskim, prozaicznym życiu. Towarzyszy temu cała gama emocji, popadających ze skrajności w skrajność w zależności od tego, na jakiej "górze" aktualnie się znajdujemy. Najwyższymi mogły być: śmierć brata czy Mrówki, czyli Dobrosławy Miodowicz-Wolf - jej partnerki wspinaczkowej, morderstwo ojca, nieudane małżeństwo, skomplikowane relacje z matką, historyczne wejścia na Everest i K2 wraz z  towarzyszącą im medialną wrzawą oraz wątpliwości w środowisku wspinaczkowym przy uznaniu zdobycia przez nią Annapurny i powołana w tym celu komisja PZA. 
 
Scenariusz został napisany przez Patrycję Babicką oraz Magdalenę Zarębską-Węgrzyn i jest on wypadkową dostępnych publikacji na temat życia i osoby Wandy. Czasem z nimi dyskutuje, czasem obraca je o 180 stopni na własne potrzeby, jednak niewątpliwie jest próbą reinterpretacji mitu Rutkiewicz.  Wieńcząca go scena, na którą mógłbym patrzeć w nieskończoność, ukazuje nam zwycięstwo Wandy Rutkiewicz w najpiękniejszej, ale i zarazem najtrudniejszej walce człowieka, jaką jest życie samo w sobie. Takie właśnie powinno być odchodzenie: w pełni wyprostowanym i dumnym z tego, co zostawia się za sobą, z głową uniesioną wysoko i uśmiechem na twarzy.” 
 
Marta Kąsiel, „Teatralia Kraków”, 3 czerwca 2018:
 

„Mimo prowadzenia ponadgodzinnego monologu pełnego szczerych zwierzeń, doświadczenia Wandy nadal pozostają dla nas obce. Dopiero po kilkunastu minutach od rozpoczęcia spektaklu aktorka prostuje się i widzowie mogą ujrzeć jej twarz. Oko w oko staje z nami pełna pasji kobieta, która zakłada bezkształtny żółty kombinezon i rusza w drogę. Bohaterka stale idzie, co umożliwia jej bieżnia wmontowana w scenę. Za jej plecami znajduje się ogromny ekran, na którym najpierw widać burzę śnieżną, a później niekończący się tunel. Słuchając kolejnych opowieści zdyszanej Wandy, nietrudno zapaść w trans. Maszerujemy razem z nią, ale wiemy, że nigdy nie zdołamy wyobrazić sobie jej sytuacji.

Wanda przyrównuje tytułowe 300 metrów do drogi po bułki na śniadanie, spokojnie mówi o realiach panujących w górach. O tym, że rozum zwycięża nad sercem i koledzy nie rzucają się bohatersko na pomoc. Że człowiek może liczyć tylko na siebie. Że z licznych fascynacji przetrwała jedynie miłość do gór, a te żywią się odważnymi.

Twórcy są dalecy od moralizatorstwa. Nie usprawiedliwiają Wandy, nie tłumaczą jej decyzji nadzwyczajną potrzebą adrenaliny. Nie każą się nad nią litować. Pokazują człowieka, któremu przez całe życie towarzyszy samotność i siła. Kobietę, która uwielbia uczucie zmęczenia i wyczerpania, ale zarazem tęskni za prostymi przyjemnościami. I zastanawia się, dlaczego nie kupiła działki…”

Andrzej Otrębski, „Wszystko w człowieku boli”, „n.p.m.”, lipiec 2018:

„...to niezwykle emocjonalne przedstawienie. Jest tak w dużej mierze dzięki bardzo dobrej grze aktorskiej.Chcąc nie chcąc, widz zostaje wciągnięty w wewnętrzny świat bohaterki, poznając zdarzenia z przeszłości, które wywarły wpływ na jej życie i postrzeganie świata. Głos, mimika i waga wypowiadanych słów sprawiają, że od pierwszych minut przejmujemy emocje, które narastają, choć dobrze wiemy, jaki będzie finał. (...)

...po tym przedstawieniu „wszystko w człowieku boli” od nagromadzonych emocji i ciągłego napięcia. To nie jest radosna historia o zdobywaniu, raczej opowieść o radzeniu sobie z utratą i natłokiem wspomnień. Historia pasji ponad granice wyobraźni, w dodatku naładowana skrajnymi emocjami, które potrzebują czasu, by ulecieć. To nieco inne spojrzenie na świat Wandy Rutkiewicz, niż ten znany z mediów i niektórych książek.”

 

„Może Wanda była mi przeznaczona” - z Lidią Olszak, odtwórczynią roli Wandy Rutkiewicz, rozmawia Andrzej Otrębski

 

Pani udział w przedstawieniu „Ostatnie 300 metrów” to splot pewnych szczególnych okoliczności, prawda?

Zrządzenie losu z tego powodu, że warunki były dość restrykcyjne. To był otwarty konkurs, w którym aktor lub aktorka musiał mieć minimum dwuletnią przerwę w zawodzie. I tak się szczęśliwie złożyło, że ja wracałam do aktorstwa. Przypadek, zrządzenie, może ta Wanda była mi przeznaczona...

 

W spektaklu porusza się Pani po specjalnej bieżni wbudowanej w scenę, co imituje marsz po wirtualnej górze. Do tego ubrana w pełny ekwipunek, jaki znamy z archiwalnych zdjęć Wandy Rutkiewicz. To było wyzwanie także pod względem fizycznym?

To byłby dramat dopiero, gdybym się przewróciła na tej bieżni (śmiech). Ale mówiąc poważnie, to wszystko było i jest bardzo wymagające. Rola sama w sobie wymaga ogromu wysiłku, ale i wysiłek fizyczny ma tu znaczenie, bo przez godzinę i kilka minut idę cały czas na bieżni w pełnym ekwipunku – z czekanem, goglami, czapką na głowie. Tak naprawdę więc chodzi tu o podwójne wyzwanie. Wciąż jestem trochę przerażona i nie mogę powiedzieć, czy wszystko wychodzi na scenie dobrze. Ale chciałabym, żeby to się spodobało, by widzowie weszli w ten świat...

 

Jak wiele ma Pani wspólnego z górami?

To jest pewien paradoks w zawodzie aktora, bo często odgrywamy role, o których nie mamy pojęcia. Do pewnego momentu byłam laikiem, jeśli chodzi o góry. Ale podczas przygotowań do tego spektaklu bardzo zmieniło się moje podejście i rozumienie tego wszystkiego. Himalaiści to ludzie niezwykle odważni i bohaterscy, bo trzeba mieć ogromną odwagę, by świadomie podejmować się takich wyzwań. Dlatego od podszewki musiałam się wgryźć i wszystko poznać, żeby być wiarygodną na scenie.

 

Pamięta Pani wysokość Kanczendzongi, na którą wchodzi Wanda?

Na pewno pamiętam współrzędne drogi, które recytuję w trakcie spektaklu (śmiech). Uczyłam się odmieniać nazwę góry, ale o wysokość proszę nie pytać (śmiech).

 

A sama chodzi Pani po górach?

Nigdy nie miałam okazji poznać gór, wychowując się na północy Polski. Odkryłam je, dopiero będąc na studiach w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Krakowie. A góry to przecież piękna rzecz, spotkanie z naturą i coś dla ducha...

 

W ciągu kilku miesięcy pojawiły się trzy spektakle o himalaistach, w tym dwa o Wandzie Rutkiewicz. Czy to może przypadek, zbieg okoliczności, a może koniunktura na góry wysokie?

Fajnie to się złożyło, może był w tym jakiś przypadek, chociaż nie sądzę. Wanda Rutkiewicz to jest tak barwa postać, że nie dziwi zainteresowanie jej życiem.

 

Rozpoznawalna, ale też kontrowersyjna...

Myślę, że przez dwoistość natury. Z jednej strony zdeterminowana, silna kobieta, która parła do celu, sportowiec w każdym calu. Z drugiej strony – krucha istota, z przykrym życiem osobistym. Myślę, że była to bardzo zagubiona osoba, która musiała wiele poświęcić w drodze na szczyt. Dostrzegam pewne odniesienia do mojego zawodu, w końcu aktor też zdobywa szczyty kariery, osiąga cele, cały czas prze do przodu. Ale zawsze pojawia się pytanie, jak wiele warto poświęcić? Sama nie miałabym odwagi podjąć wielkich wyzwań górskich, bo tam trzeba mieć odpowiednie predyspozycje, charakter, osobowość.

 

Załóżmy, że ktoś proponuje Pani wyjazd w góry wysokie, tam, gdzie rozpoczynała Wanda, na przykład na niezbyt trudny trekking. Podjęłaby Pani to wyzwanie?

Bardzo chętnie, ale z wieloma osobami do pomocy (śmiech). I chciałabym wiedzieć na 100 procent, że wszystko będzie dobrze. Bo ja jestem ryzykantem, ale jeśli chodzi o zawód aktora – i to mi w tym momencie wystarczy. Cieszę się, że mogę zagrać tę rolę i przez moment być Wandą, która przekracza granice, by osiągać szczyty najwyższych gór. Podziwiam Was, Pasjonatów!

 

/„n.p.m.”, nr 7 (208)/2018/