Śmierć pięknych saren

Ota Pavel

Czas: 105 min Scena na Sarego 7

Kupuj bilet on-line
Najbliższy spektakl: 19.12.2019 19:15

Obsada:

Ota/ Franciszek Koralik/ Karol Proszek
Franciszek Koralik/ Karol Proszek/ Biegacz Drugi
Irma Koralik/ Sarna
Venegreen/ Doktor Jakubczyk/ Karol Kowarzyk/ Pan Szczodry/ Sędzia na wystawie królików/ Biegacz Pierwszy
Vratislav Nechleba/ Esesman Drugi
Hostessa/ Służąca Doktora Jakubczyka/ Esesman Pierwszy
Hostess – Tłumacz Języka Migowego/ Lokaj Doktora Jakubczyka/ Model/ Biegacz Trzeci
Ordynator Szpitala/ Klarnecista
Tłumaczenie Andrzej Czcibor-Piotrowski
Adaptacja Paweł Szumiec
Reżyseria/ ruch sceniczny Jan Szurmiej
Scenografia Wojciech Jankowiak
Kostiumy Marta Hubka
Aranżacja/ opracowanie muzyczne Teresa Wrońska
Kierownictwo muzyczne Artur Sędzielarz
Reżyseria świateł Marek Oleniacz
As. reż./ inspicjent/ sufler Monika Handzlik

Śmierć pięknych saren (Smrt krásných srnců)

Śmierć pięknych saren to książka o dzieciństwie, o ojcu, o rybach i ich łowieniu, o wojnie wreszcie. Sarny też są ważne, ale pojawiają się tylko przelotnie, gdzieś w tle, zwykle po to, by zginąć zabite przez pewnego sympatycznego kłusownika lub jego dziwnie inteligentnego psa o imieniu Holan. Stąd jej tytuł, równie piękny jak same sarny. Wojna też jest jakby w tle, nie ma tu przesuwających się frontów, czołgów, trupów. (...) Część winy leży po stronie autora.

Ota Pavel miał dar. Potrafił ułożyć opowieść o rzeczach złych i smutnych w taki sposób, że spod nich, z jakiejś głębokiej, niewidocznej gołym okiem warstwy przedostaje się, jak przez matową szybę, ciepłe, uspokajające światło. Trzeba mu być za to wdzięcznym, bo dla niego, dziesięcioletniego chłopca, wojna nie była dalekim tłem. Była upokorzeniem i strachem. Trudno sobie wyobrazić, że on sam widział gdzieś wtedy to ciepłe światło. Z pewnością nie. Nie było go przecież. Zapalił je dopiero trzydzieści lat później dorosły Ota Pavel, żebyśmy się o niego za bardzo nie martwili. O niego i świat w ogólności.

/Krzysztof Środa, Srebro ryb/

Premiera: 24 października 2019, Scena na Sarego 7

Gala premierowa: 25 października 2019, Scena na Sarego 7 - Gala 100-lecia

W spektaklu wykorzystano songi Jaromira Nohavicy w tłumaczeniach Renaty Putzlacher, Andrzeja Ozgi i Antoniego Murackiego oraz utwór autorski zespołu Mikromusic.

UWAGA, osoby spóźnione nie zostaną wpuszczone na widownię. Wpuszczanie spóźnialskich po rozpoczęciu przedstawienia uniemożliwiają w tym wypadku nie tylko stary teatralny zwyczaj, ale też specyficzne ustawienie scenografii.

Drugoobiegowy bard Andrzej Garczarek w piosence Przyjaciół nikt nie będzie mi wybierał przekonywał w latach 80., że Ota Pavel zwariował przez czechosłowackich komunistów i wojska Układu Warszawskiego tłumiące Praską Wiosnę. Bardzo efektowne i nieprawdziwe, ponieważ cyklofrenię (psychozę maniakalno-depresyjną z elementami schizofrenii) zdiagnozowano u wziętego czeskiego dziennikarza sportowego już w 1964. Pierwszy atak choroby spadł na Pavla w czasie zimowych igrzysk olimpijskich w Innsbrucku.

Wersja pisarza: Mózg mi się zaćmił, jak gdyby spłynęła mgła z Alp. Zobaczyłem pewnego pana jako diabła w całej okazałości, miał rogi, kopyta, sierść i wiekowe spróchniałe zęby. Potem poszedłem na górę nad Innsbruckiem, żeby podpalić zabudowania wiejskie. Byłem przekonany, że taka jasność rozproszy mgłę. Wyprowadziłem już krowy i ogiery ze stajni, żeby nie spłonęły, kiedy dopadła mnie austriacka policja. Założyli mi kajdanki i poprowadzili w dolinę. Wymyślałem im, zdarłem z nóg buty i szedłem po śniegu boso jak Chrystus, którego prowadzą na krzyż.

Wersja żony, Véry Ujčekovej: Ota w Innsbrucku był przekonany, że zobaczył Martina Bormana, i bardzo chciał pomóc w jego ujęciu. Czuł się prześladowany i wciąż się odwracał, żeby sprawdzić, kto za nim idzie. Pavel miał też wówczas widywać Mengelego, Himmlera i Hitlera.

Wersja ucznia ze szkółki hokejowej, Jiřiego Margoliusa: Ale to przyszli tylko niemieccy kibice hokejowi. Wrzeszczeli jak opętani, jak to już Niemcy robią na całym świecie, bo inaczej nie potrafią. Ota, który siedział koło nich, w jednej chwili usłyszał wrzask gestapowców, którzy wpadli do nich do mieszkania, Hitlera, jak wrzeszczał w radiu, i zobaczył wszystkie te okropności wojny, które spotkały jego rodzinę.

Prawda (za biografem, Aleksandrem Kaczorowskim): 8 lutego 1964 roku Pavel wbiegł do szatni czechosłowackich hokeistów po ich przegranym meczu ze Szwecją. Skacząc z radości, gratulował zawodnikom brązowego medalu. Zdobyli go mimo porażki, dzięki bramkowej przewadze nad czwartą w kolejności Kanadą. Ale sportowcy o tym nie wiedzieli; sądzili, że dziennikarz z nich drwi. Któryś wrzasnął: – Do gazu, Żydzie! Pavel zbladł. Po chwili uśmiechnął się i wyszedł z szatni. Nazajutrz poszedł w Alpy „rozproszyć mgłę”. Zawodnicy nigdy nie wydali kolegi.

Ota Pavel przyszedł na świat jako Otto Popper 2 lipca 1930 w Pradze. Był najmłodszym dzieckiem Hermíny z domu Netrefovej (służącej dziadków) i Leona Popperów, miał braci Hugona i Jiřiego. Awanturnicze i barwne doświadczenia z życia kawalerskiego (m.in. sutenerstwo w Hamburgu, raczkująca kinematografia w Hanowerze, praca w cyrku i służba w Legii Cudzoziemskiej) niewątpliwie dopomogły ojcu w karierze sprzedawcy odkurzaczy i lodówek firmy Electrolux. Przed wojną rodzina spędzała tak pięknie po latach opisywane przez Pavla wakacje nad Berounką i pod Branovem. Ani matka-katoliczka, ani ojciec-żyd nie byli religijni; po zajęciu kraju przez Niemcy, w 1939 wszyscy Popperowie przyjęli chrzest w Kościele czechosłowackim; mimo to wg rasistowskich przepisów starsi bracia zostali sklasyfikowani jako „żydowscy mieszańcy pierwszego stopnia”, a Ota „drugiego”. Jesienią przeprowadzili się do rodzinnego domu Leona w Busztegradzie (Buštěhrad). W czasie okupacji spośród krewnych pisarza przez obóz w Terezinie przeszli babka Malwina (prawdopodobnie zginęła w Izbicy), bracia i ojciec; dziadek Ferdynand zmarł w szpitalu tuż przed deportacją. Ota uniknął wywózki, ponieważ był drobny i przez roztargnienie Leona nieobrzezany.

Po skończeniu szkoły podstawowej w 1944 Pavel został uczniem-górnikiem w kopalni w Kladnie, grał też amatorsko w piłkę nożną i hokeja. Po wojnie rodzina wróciła do Pragi, gdzie ocalali z obozów ojciec i bracia wstąpili do Komunistycznej Partii Czechosłowacji. Dwa lata później dołączył do nich pisarz, wówczas już uczeń zawodowej szkoły handlowej, kapitan hokejowej drużyny juniorów Sparty i instruktor jej młodzików. W 1949 praktyką w redakcji informacyjnej rozpoczął pracę w czeskim radiu, by ostatecznie zostać dziennikarzem sportowym. Na początku lat 50. przeżył wywołane zasadniczą służbą wojskową załamanie nerwowe i pierwszy raz był leczony psychiatrycznie. Wystąpił z Kościoła i choć nie wybrał kariery zawodowego żołnierza, to pierwsze jego próby literackie ukazały się w prasie wojskowej. Doświadczenia z pracy dziennikarza sportowego wykorzystywał w kolejnych próbach prozatorskich, które zyskały uznanie czytelników.

W 1955 wszyscy Popperowie zmieniają nazwisko na Pavel, rok później Ota poślubia koleżankę z pracy, Vérę Ujčekovą – wkrótce urodzi im się syn Jiři – i rezygnuje z etatu w radiu, poświęcając się wyłącznie pisaniu dla prasy wojskowej i sportowej. Kolejne trzy lata przeznacza także na skończenie średniej szkoły dla pracujących; maturę zdaje z wyróżnieniem. Podróżuje służbowo za granicę (w tym do Polski i ZSRR, ale i do Francji oraz USA). W 1964 przeżywa wspomniany atak psychozy i jest kilkakrotnie hospitalizowany; przez następnych dziewięć lat spotka go to jeszcze szesnaście razy (psychiatrycznie leczyć się będą także jego bracia, syn i żona). W lutym tego roku ukazuje się jego pierwsza książka Dukla mezi mrakodrapy (Dukla wśród drapaczy chmur), reportaż o piłkarzach Dukli Praga i ich wizycie w Stanach Zjednoczonych, który odnosi wielki sukces.

Z uwagi na niepowodzenia kuracji psychiatrycznych jako niezdolnemu do pracy zostaje Pavlowi przyznana w 1966 renta inwalidzka. Odchodzi z redakcji i pracuje nad kolejnymi zbiorami reportaży sportowych. Równolegle w listopadzie 1967, po zakończeniu nowatorskiej terapii węglanem litu, pisze pierwsze z opowiadań ze zbioru Śmierć pięknych sarenKarpie dla Wehrmachtu; książka ukaże się po dwóch latach, już po śmierci Leo Poppera w 1968. W listopadzie 1969 rozpoczyna pracę nad cyklem Jak spotkałem się z rybami, który zostanie wydany dopiero pięć lat później. Piszę chętnie – zwierza się czytelnikom. – Prawie pięć lat byłem w szpitalu, więc doceniam to, że mam w domu działającą maszynę do pisania „Consul”. Kiedy było ze mną bardzo źle, napisałem sobie na kartce, którą włożyłem pod szkło: „Tylko praca może cię uratować”. Nie powinienem długo pracować – wolno mi nie więcej niż trzy godziny dziennie. Często nie dosypiam, nie mogę się doczekać, kiedy to się zacznie. To: życie i pisanie. Cieszę się po prostu, że będzie dzień. Przed samobójstwem ratuje Otę twórczość, przed podzieleniem po Praskiej Wiośnie losu niedrukowanych kolegów-literatów – szaleństwo. W lutym 1973 pisze pierwsze z planowanego zbioru opowiadań z dzieciństwa zatytułowanego Kolej buštěhradzka, 31 marca umiera na oddziale zamkniętym szpitala psychiatrycznego na Bohnicach. Jego prochy zostają złożone w rodzinnym grobie na Nowym Cmentarzu Żydowskim na Olšanach w Pradze. Pośmiertnie opublikowana zostaje także Bajka o Rašce (1974), „pół-bajka, pół-prawda” o słynnym czeskim skoczku narciarskim Jiřim Rašce. Nieocenzurowane teksty i inedity Pavla zaczynają się oficjalnie ukazywać dopiero po aksamitnej rewolucji; w 1994 wydany zostaje zbiór Jak tata przemierzał Afrykę.

Karel Kachyňa w 1979 zdobywa Prix Italia telewizyjnym filmem Zlatí úhoři (Złote węgorze) na podstawie opowiadań z ...saren. W 1986 ma premierę pełnometrażowy obraz Śmierć pięknych saren w jego reżyserii. Nad obu filmami jako współscenarzysta pracował przyjaciel Pavla, reporter Dušan Hamšik, i w obu w roli Karola Proszka wystąpił Rudolf Hrušinský. Również w 1986 dochodzi do rekonstrukcji domu przewoźnika Proszka w Luhu pod Branovem, a cztery lata później zostaje w nim otwarta Izba Pamięci Oty Pavla. W Busztegradzie podobną izbę zaaranżowano w sąsiedztwie domu Popperów (obecni właściciele oryginalnego budynku jakoby nie chcieli wyrzec się swojej jadalni). Wisi w niej na ścianie cytat z Pavla, który wg Mariusza Szczygła najlepiej oddaje ducha czeskiej literatury: Umieć się cieszyć. Ze wszystkiego. Nie oczekiwać, że w przyszłości zdarzy się coś, co będzie prawdziwe. Możliwe bowiem, że prawdziwe przychodzi właśnie teraz, a w przyszłości nic piękniejszego już nie nadejdzie.

/cyt. za: Aleksander Kaczorowski, Ota Pavel. Pod powierzchnią, Wołowiec 2018; Ota Pavel, Jak tata przemierzał Afrykę, tł. U. Stachowska, J. Lisowski, [b.m.w.] 2016 i Śmierć pięknych saren. Jak spotkałem się z rybami, tł. A. Czcibor-Piotrowski, J. Waczków, [b.m.w.] 2015; Mariusz Szczygieł, Láska nebeská, Warszawa 2012/

Jan Szurmiej, urodzony w 1946 w Jaworze, aktor, reżyser, inscenizator i choreograf żydowskiego pochodzenia, znawca kultury żydowskiej. Pochodzi z artystycznej rodziny: syn Szymona Szurmieja i jego pierwszej żony Aidy; brat Leny, Małgorzaty i Dawida; mąż Sabiny Bicz-Szurmiej, z którą ma dwójkę dzieci: Joannę i Jakuba.

Karierę artystyczną zaczynał we Wrocławskim Teatrze Pantomimy (1965–1971), następnie jako absolwent Studia Aktorskiego przy Teatrze Żydowskim im. Ester Rachel Kamińskiej został jego etatowym aktorem (1971–1991). Zagrał tu m.in. Kopła w Wielkiej wygranej (1972, reż. J. Rotbaum), Hunona w Dybuku (1973, reż. S. Szurmiej), Happy’ego w Śmierci komiwojażera (1975, reż. S. Szurmiej), Benię Krzyka w Zmierzchu (1976, reż. A. Witkowski), Christiana Hortkopfa w Jakubie i Ezawie (1980, reż. J. Berger). W 1976 zdał w Warszawie eksternistyczny egzamin dla aktorów dramatycznych.

Wystąpił także w wielu filmach i serialach, z których najważniejsze to Sanatorium pod klepsydrą W.J. Hasa (1974), Dybuk S. Szlachtycza (1979), Austeria J. Kawalerowicza (1982), Królewskie sny G. Warchoła (1990), Szuler A. Drabińskiego (1991) i Faceci do wzięcia Janusza Kondratiuka (2006).

Dyrektor naczelny i artystyczny Teatru Muzycznego Operetki Wrocławskiej – obecny Teatr Capitol – (1990–3), główny reżyser Opery Wrocławskiej, starszy wykładowca Akademii Muzycznej we Wrocławiu (1991–3), dyrektor naczelny i artystyczny Teatru Muzycznego Roma (1992–4), główny reżyser Teatru Żydowskiego (1996–7), dyrektor generalny Stowarzyszenia Niezależnych Autorów Radiowych i Telewizyjnych (1996–2000), twórca i dyrektor artystyczny Festiwalu im. Anny German w Zielonej Górze (2001–7), wykładowca Wyższej Szkoły Komunikowania i Mediów Społecznych im. Giedroycia (2004–5), od 2002 dyrektor Agencji Teatralno-Filmowej AGART przy Fundacji Odrodzenie.

Od wielu lat współpracuje z teatrami w całej Polsce jako reżyser, inscenizator i choreograf. Ma w dorobku ponad 100 realizacji, m.in. Sztukmistrza z Lublina, Cymes! Cymes!, Wielką wodę, ZorbęSkrzypka na dachu.

Otrzymał wiele nagród i odznaczeń, m.in.: Złoty Krzyż Zasługi za osiągnięcia w dziedzinie kultury (1985), Medal 30-lecia Agencji Artystycznej PAGART za promowanie kultury polskiej za granicą (1987), Grand-Prix na Festiwalu Sztuki Aktorskiej w Kaliszu za musical Piaf (1993), Grand-Prix na festiwalu w Moguncji za reżyserię spektaklu Sztukmistrz z Lublina (1994, Teatr Współczesny we Wrocławiu), Złotą Łódkę za reżyserię spektaklu Skrzypek na dachu (2000, Teatr Muzyczny w Łodzi, w kategorii Spektakl Roku), Złote Maski za reżyserię spektaklu Skrzypek na dachu (2004, Teatr Bagatela w Krakowie, w kategorii Spektakl Roku), Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski za zasługi w dziedzinie kultury (2005).

I smieszno, i straszno – rozmowa z reżyserem Janem Szurmiejem

– Zupełnie mnie nie dziwi, że sięgnął pan po raz wtóry po Śmierć pięknych saren Oty Pavla w adaptacji Pawła Szumca. To po prostu piękny tekst.

– Świat przedstawiony w Śmierci pięknych saren jest obrazem człowieka, ludzkości, marzeń. Serdeczność utworu podszyta tym, co my, Polacy, nazywamy „czeskim humorem” (który tak nam się szalenie podoba), jest największym walorem tego tekstu. Ota Pavel jest wyśmienitym kontynuatorem rodzimej tradycji literackiej, którą znamy dzięki Haškowi, Hrabalowi czy Havlowi.

Te serdeczne opowieści są przefiltrowane przez wyobraźnię dziecka, patrzącego naiwnie na otaczającą go przeszłą rzeczywistość. Snując historię, Ota przesadza, rysując wręcz ckliwy i idealistyczny obraz swojej szczęśliwej rodziny. Idąc takim tropem odczytania tekstu, zapytałem Pawła Szumca, czy mogę akcję sztuki umieścić w szpitalu psychiatrycznym? To jest oczywiście jasne nawiązanie do biografii Oty Pavla, który był chory psychicznie, i który w ramach autoterapii zaczął pisać. Paweł się na to zgodził i stąd w moim przedstawieniu szpital psychiatryczny. Bo ten entourage usprawiedliwia wszystko. Jak to u wariatów. Stąd są osoby, które kontrolują akcję. Pielęgniarze, a inaczej mówiąc oberobserwatorzy napędzają historię. Szpital usprawiedliwia także obecność dawno zmarłych najbliższych. Przychodzą odwiedzać małego Otę, który tak naprawdę jest już przecież dorosły. Mogą mu śpiewać piosenki, mogą tańczyć, mogą łowić ryby.

Użycie tej konwencji daje, według mnie, konieczne dla Śmierci pięknych saren zawirowanie poetyckie, towarzyszące wspaniałej literze dramatu.

Z podobnego powodu, za zgodą autora adaptacji, włączyłem do tekstu songi znanego doskonale polskiej publiczności Jaromíra Nohavicy. Te pieśni pointują niektóre sekwencje lub rozpoczynają kolejne sceny. Utwory Nohavicy wpisane we współczesną kulturę czeską wydają mi się wręcz koniecznym dopełnieniem podstawowego tekstu Pavla. Sarkazm, żart i metaforyka ballad kapitalnie współgrają z ironią i poezją zawartymi w Sarnach.

– Humor i ironia oraz czułość to chyba dobre środki wyrazu, by opowiedzieć losy żydowsko-chrześcijańskiej rodziny tuż przed, w trakcie i po Holokauście.

– Ota Pavel doskonale poradził sobie z wypełnieniem luki w przedstawieniu tak trudnych i traumatycznych lat. Zwyczajową martyrologię zamienił na dystans. A osobnym tematem jest ukazanie takiej dramatycznej sekwencji w teatrze. Dlatego że rzeczywistość i okrutność Zagłady, czy w ogóle wojny, komentowana na scenie w skali jeden do jeden jest nie do zniesienia. Staje się tak koturnowa, że nikt tego nie chce oglądać. Stąd należy szukać metafory, która opisze ten okrutny świat lirycznie. Przerażające czasy wojny i powojnia, doskonale przecież znane i Polakom, przedstawiamy w sposób i śmieszny, i groźny.

– To trzecie pańskie spotkanie z aktorskim zespołem Bagateli. Realizował pan u nas Skrzypka na dachu i Sztukmistrza z Lublina. Lubi pan tu wracać?

– Oczywiście. W ogóle lubię wracać do wszystkich teatrów, w których przyszło mi pracować. Lubię tę komunikację i wręcz przyjaźń, która się zawiązuje między nami. To pozwala – kiedy czas ku temu – i na żarty, i na swobodę pracy. To bardzo pomaga. Sam byłem aktorem i wiem, że nie najlepiej jest odbierany reżyser udający reżysera, a więc krzyczący, ustawiający aktorów, poganiający. Taka atmosfera niczemu nie służy.

Lubię wyzwalać inwencję w aktorach. Dla mnie aktorzy nie są odtwórcami, lecz twórcami nie tylko ról, ale całego spektaklu. Choć zawsze jestem przygotowany do realizacji przedstawienia i wiem, jak ona powinna wyglądać w sensie obrazu i wymowy, to jestem otwarty na propozycje i na novum aktorów, i nigdy nie mówię „nie”. A jeżeli są dobre i uzupełniają, czy wręcz wzbogacają, realizację, to wchodzą do produkcji. Nie anektuję sobie pozycji Pana Boga.

– Mam wrażenie, że taki punkt widzenia jest bardzo cenny, zwłaszcza jeśli się pracuje po raz kolejny nad tym samym utworem, ale z innymi ludźmi.

– Czasami dziennikarze podnoszą ten temat. Po pierwsze, na świecie to, że reżyser, twórca po raz kolejny jest proszony, by zrobił spektakl, który wcześniej przygotował, jest walorem. Skoro go proszą, to znaczy, że praca była dobra. Miała dobre recenzje, podobała się.

A po drugie, wracając bezpośrednio do pani uwagi, muszę powiedzieć, że w kontekście powtórzenia widzom realizacji zawsze ma się innych aktorów, inną przestrzeń, innego ducha miejsca. Siłą rzeczy spektakl będzie inny, nawet jak ni literka nie zostanie w nim zmieniona. A poza tym powtórne czy kolejne sięgnięcie do tego samego tekstu zawsze przynosi nowe rozwiązania, nowe wyczulenia, słowem: nowe spojrzenie. Nie stawiam przed zespołem telewizora, nie włączam zapisu spektaklu i nie mówię: o tak grajcie, tędy wychodźcie, a tędy wchodźcie.

– Po co jest teatr?

– To jest trudne pytanie. Po co jest teatr? Dla mnie teatr jest magicznym miejscem.

To miejsce, do którego jak się wchodzi, to zapomina się o tym, co nas otacza na zewnątrz. Teatr jako miejsce magiczne musi się składać z dobrej literatury, dobrego aktorstwa i całego dobrodziejstwa warsztatu. Uważam, że to są podstawowe zasady, które w każdym historycznym czasie muszą towarzyszyć teatrowi, niezależnie w jakim kierunku on zmierza.

Solidny warsztat, dobry gust, wyborna literatura kształtują przecież widza. Dzisiaj, zwłaszcza w Polsce, teatr podążył w kierunku, który stał się recesją zawodu aktora. Za dużo się wkradło tzw. manifestacji teatralnych poszczególnych twórców. To mnie niepokoi. Wielu ludzi związanych z teatrem zapomniało, że spektakle robi się dla widzów.

Oczywiście, że dzisiejszy teatr ma swoich mistrzów: Krystiana Lupę, Jana Klatę i innych. Ale niestety zdarzają się i spektakle, które ja nazywam „made in China”, czyli podróbki mistrzów. Nierzadko są plagiatami widzianych sposobów i narzędzi używanych przez autorytety. A te narzędzia w rękach nieudaczników prowadzą do powstawania spektakli miałkich i nijakich.

A teatr powinien być taką siłą, dzięki której widz – nawet będąc w kontrze do zamierzeń twórcy – poczuje się dobrze. Magicznie.

/rozmawiała Magdalena Musialik-Furdyna/

Próbka czeskiego humoru (z zacięciem patriotycznym)

Aby uczcić wstąpienie ojczyzny do Unii Europejskiej, enfant terrible czeskiej sztuki, rzeźbiarz David Černý, zaprojektował fontannę Sikający. Przedstawia dwóch nagich mężczyzn zgodnie z tytułem opróżniających pęcherze do basenu w kształcie Republiki Czeskiej; jeden z nich sika bezpośrednio na Pragę. Obok pomnika podany jest numer: można wysłać SMS-em zdanie, które zdalnie sterowane penisy wypiszą na powierzchni wody. Podobno przechodnie dość często uszkadzają owe narządy, zwłaszcza pijąc (użyjmy eufemizmu) z nich podczas nocnych spacerów.

Aleksander Kaczorowski, bohemista, autor nominowanej do Nike biografii Oty Pavla, twierdzi, że jest to dzieło głęboko patriotyczne, a przy tym rewizjonistyczne: Sikający odreagowują traumę związaną z powstaniem Republiki Czeskiej. Jak wiadomo, to państwo powstało w wyniku rozpadu Czechosłowacji 1 stycznia 1993 roku. Gdy w 25. rocznicę zapytano Czechów, z czym kojarzą tę datę, większość (53 proc.) odpowiedziała, że z utratą wspólnego państwa, a tylko 19 proc., że z powstaniem niezależnej republiki. Jeden na pięciu Czechów w ogóle nie wiedział, co się wtedy stało. (...)To pokazuje stosunek Czechów do tego państwa. I o tym mówi dzieło Černego.

Sam autor rzeźby tłumaczył zaś Mariuszowi Szczygłowi, że po prostu: Wszystko zaczyna się od sikania. Niemowlę się posika i dzięki temu czuje, że żyje. Sikanie jest przyjemne. Każdy chciałby się posikać w spodnie, ale mu kultura zabrania.

Kaczorowski porównuje polskie poczucie humoru – albo knajacko-wieśniackie, albo elitarne – z czeskim niby plebejskim, ale inteligentnym: ...to jest tak naprawdę kultura mieszczańska, zresztą ze sporą domieszką szmoncesu. Taki Ota Pavel, dla nas uosobienie czeskiego poczucia humoru, był przecież typowym środkowoeuropejskim Żydem. Jego Śmierć pięknych saren to jest kwintesencja tego śmiechu i szlochu, który znajdziemy także u Izaaka Babla, którego zresztą Pavel uwielbiał. To samo Miloš Kopecký, czyli doktor Strossmajer ze Szpitala na peryferiach. Przecież on w tym filmie gra starego, mądrego Żyda, który stoi z boku i patrzy na ten świat jak na Bożą piaskownicę. Kopecký zresztą, podobnie jak Pavel, cierpiał na cyklofrenię, przywozili go na scenę prosto ze szpitala, po elektrowstrząsach.

Szczery śmiech – opowiadał fotografik František Dostal Szczygłowi – jest też więcej wart niż wszelkie gadanie o demokracji. Dlatego że śmiech sprawia, że człowiek jest o wiele bardziej wolny. Poza tym śmiech jest naszym oparciem i daje nam przewagę nad głupotą. Człowiek, który potrafi się śmiać również sam z siebie, jest w jeszcze lepszej sytuacji. Człowiek wcale nie musi przeżywać wielkich rzeczy. Wystarczy obserwować świat wokół siebie oraz nauczyć się cierpliwości i pokory. W końcu pokora jest kluczem do świata. Zarówno kiedyś, jak i dziś, pośród palącej aktualności. Czasami życie bywa pieskie. Choć właściwie pies nie zawsze jest taki zły...

PS Znalazło się jednak w całych Czechach dwudziestu skinheadów, którzy pchani patriotycznym wzmożeniem zjechali do stolicy, by rytualnie zniszczyć Sikających. Praskiej policji udało się do tego nie dopuścić.

/cyt. za: Piotr Ibrahim Kalwas, Sikając na Czechy, czyli krótka rozmowa o narodzie, który powstał z karpi, Onet.pl, 15.02.2019; Mariusz Szczygieł, Láska nebeská, Warszawa 2012, tegoż, Zrób sobie raj, Wołowiec 2010/

Dlaczego Czesi są fajniejsi? Kolaż cudzych myśli

Nie chodzi o to, czy Czesi obiektywnie są fajniejsi od Polaków, a Czechy od Polski. Chodzi o to, dlaczego tak myślimy my, polscy czechofile? I tylko my – choć imię nasze Legion. Przeciętny Polak żywi irracjonalną pogardę dla „głupich pepików”. To sprawa wstydliwa, jak każdy przejaw szowinizmu. Jakby moi rodacy nie zauważyli, że Czechosłowacja to nie tylko knedliki, piwo i Karel Gott. Że to także wielka kultura. Że tam właśnie powstaje światowej rangi proza, o której nam – Polakom – tylko marzyć. Że w tę kulturę wpisana jest wspaniała tolerancja, chrześcijański duch przebaczenia, jakiego próżno szukać w ultrakatolickiej Polsce (Pawlak). Kultura czeska jest jedną z najstarszych w Europie; podczas gdy u nas pewien młynarz zwracał się do swojej połowicy, by „poczywała”, a on teraz „pobruszy”, w języku czeskim istniała już bogata literatura. Błędem jest też nagminne określanie mianem plebejskiej kultury narodu, który od pokoleń żyje w miastach, ze stołeczną Pragą na czele. Już pod koniec XIX wieku ziemie czeskie należały do najbardziej uprzemysłowionych w Europie; byłoby czymś zadziwiającym, gdyby w kraju dysponującym takimi atutami nie rozwinęła się oryginalna kultura (Szczygieł). Czemu, skoro wszyscy jesteśmy Środkowoeuropejczykami – z naszej strony Tatr przynajmniej Małopolanie i Ślązacy – to oni są nimi bardziej? ...poczułem się w Pradze jak człowiek ze Wschodu, który pierwszy raz znalazł się na Zachodzie, tyle że ten zachód był swojski – nie onieśmielał i nie upokarzał (Kaczorowski).

Wobec położenia kraju (...) karambole dziejowe to chleb codzienny. Dlatego człowiek potrzebuje wielkiej porcji dobrego humoru, żeby o tym zapomniał albo znalazł inne wytłumaczenie. Bieg dziejów to wrzenie i piętrzenie, wznosi góry i skały w morskich kipielach. Chcąc je szczęśliwie ominąć, potrzebujemy nie tylko Odyseusza, ale też fajnej załogi i dużo waty w uszach (Gruša). Podstawowa różnica między nami a Czechami polega więc chyba właśnie na stosunku do historii – im historia nie ciąży, ona im co najwyżej zawadza (Kaczorowski). „Wiecie, kim są Czesi? To śmiejące się bestie!”. Mijają lata, zmieniają się ustroje, a to zdanie z Hrabalowskich Pociągów pod specjalnym nadzorem wciąż pasuje jak ulał do naszych południowych sąsiadów. My napinamy muskuły, przelewamy krew, święcimy we własnym gronie nieznane reszcie świata rocznice – a górą i tak zawsze są Czesi (Kaczorowski). Gdyby Czesi nie traktowali własnej historii z przymrużeniem oka, musieliby chyba stać się narodem samobójców. Student filozofii Jan Palach podpalił się w styczniu 1969 na placu Wacława w Pradze, by wstrząsnąć sumieniami rodaków. Zamiast tego jego samobójcza śmierć stała się podzwonnym dla Praskiej Wiosny. Bo normalny człowiek, postawiony przed wyborem, czy chce być Palachem czy Szwejkiem – wybiera Szwejka. I nie można mu czynić wyrzutów. Można, a nawet trzeba, oskarżać tych, którzy wmawiają mu, że nie ma innego wyboru (Kaczorowski).

I tu na katedrę wkracza ...Josef Jedlička, przedstawiciel tej grupy czeskich myślicieli, który uważa, że szwejkizm to postawa filozoficzna. Wiemy, że Szwejk nie szanuje niczego poza samym życiem. Najwyżej ceni to, co życie czyni jeszcze przyjemniejszym. Dlatego za życie jest w stanie zapłacić każdą cenę. Ale jednocześnie jest człowiekiem (...) dla którego nie ma nic świętego, dla którego ryzyko nie ma żadnej wagi. Bo za to, że mu w ogóle dają żyć, chętnie zgodzi się na wszystko. I właśnie takich ludzi potrzebują totalitaryzmy. Za możliwość przeżycia Szwejk jest w stanie zapłacić także tym, że czasem przymknie oko na nikczemności. „Ale nie jest naszą winą, że jesteśmy narodem Szwejków – Jedlička dodaje zaraz. – Naszą winą byłoby, gdybyśmy narodem Szwejków chcieli być i zostali na zawsze” (Szczygieł). Wyście się zawsze bili, nie patrząc na cenę. My chcieliśmy żyć. Dlatego zamiast manifestować sprzeciw i ginąć, nauczyliśmy się patrzeć na świat z dystansem i śmiać się histerycznie z własnego losu (Menzel). Literatura czeska ma jeszcze jedną właściwość, która mi imponuje: szczerość i odwagę w pokazywaniu narodu czeskiego z niezbyt chlubnej strony. (...) Jest pewna życiowa prawda, którą poznałem, korzystając z psychoterapii, zaś milionom Czechów podpowiada ją od stu lat ich własna literatura. Prawdę ową wyraża jedno zdanie: „Jeśli czegoś nie da się ukryć, naucz się o tym mówić” (Szczygieł).

Polacy swego czasu pokochali Józefa Szwejka i bohaterów książek Bohumila Hrabala. Pokochali bezgranicznie i bez opamiętania. O wielkości prozy Haška i Hrabala przekonywać nie trzeba. Obaj pisarze praktycznie zmonopolizowali w Polsce nie tylko wyobrażenie o czechosłowackiej literaturze, ale i o mieszkańcach Czechosłowacji. A że na podstawie tych książek powstały wspaniałe filmy, to ich siła rażenia zwiększona została wielokrotnie. Pechem jest, że zdominowały one polskie myślenie o Czechosłowacji, gdzie nawet jeśli zaglądała wielka historia, to przynosiła tylko małe porażki, nigdy wielkich tragedii (Surosz). ...mam czasem wrażenie, że po to właśnie zostali wymyśleni Czesi. Żeby wprowadzać Polaków w dobry nastrój (Szczygieł). Czesi bowiem przejawiają w swoim zachowaniu pewien dominujący rys. Otóż w każdych okolicznościach dążą do kompensacji, czyli „samozaspokojenia”. To sformułowanie ze słownika erotyki przejął rzeźbiarz David Černý, który twierdzi, że Czesi jako naród w każdej sytuacji psychicznej dążą do samozaspokojenia. Wmówią sobie, że wszystko jest dobre, co go wkurza, bo wtedy nie dotykają prawdy. (...) Owo samozaspokojenie Czechów rozumiem tak, że z każdej wady będą wysysać zaletę tak długo, aż się uspokoją. Znaleźć równowagę, nawet dzięki erzatzowi. Wydobyć choćby spod ziemi dobrą stronę zdarzeń... – może to cecha tego, kto chce przeżyć za wszelką cenę? Najprawdopodobniej to jedyne wyjście, żeby przystosować się do niekomfortowej sytuacji (Szczygieł). Dostałem od przyjaciela album o czechosłowackim i polskim plakacie filmowym, gdzie „Sklep przy głównej ulicy” na polskim plakacie to „dramat psychologiczny”, na czechosłowackim – „tragikomedia”. Film „Miłość blondynki” polski plakat określa jako „słynny dramat psychologiczny”, plakat czechosłowacki – jako „komedię filmową” (Szczygieł).

Najbardziej pożądamy kultury czeskiej w wersji pocieszającej: To wysysanie uroku z pospolitości życia, widoczne zarówno w czeskiej literaturze, jak i filmie, musi mieć – moim zdaniem – źródło w braku Boga i braku perspektywy wiecznej. Mamy jedno życie, pozagrobowego nie będzie, więc trzeba je maksymalnie wyzyskać i docenić. Wydaje mi się, że to właśnie w czeskiej literaturze lubią Polacy (Szczygieł). ...ile razy wątpię w życie i jego sens (w Boską odpowiedź na moje zwątpienie zwątpiłem dawno), to uciekam się do czegoś w rodzaju zastępczego boga. Otóż pocieszenie znajduję w samej tylko myśli, że istnieje świat książek Hrabala – świat, w którym wszystko ma sens ze względu na swoje piękno, nawet okropności (Szczygieł). Chciałem przytoczyć napis z podziemnego plakatu, który w latach 80. poświęcono jednemu z najbardziej represjonowanych w ČSRS antykomunistów. Kiedy siedział w najcięższym więzieniu, koledzy z wolności poprosili, żeby w grypsie napisał jedno zdanie, które miałoby widnieć na plakacie. I Państwo sobie wyobrażą, nie napisał nic o ojczyźnie, nic o złym komunizmie, walce. Napisał: „Ważne, aby nie znikła radość” (Szczygieł). Poeta František Novotný po śmierci Václava Havla powiedział, że prezydent tak jak oni uważał, że zło pokonają humorem. Wyobraźmy sobie, że prowadzony do aresztu Dobry Wojak Szwejk naprawdę minął się na Moście Karola z Józefem K., podążającym na miejsce kaźni w praskim kamieniołomie. Szwejk uosabia większość swoich rodaków, Józef K. – garstkę opozycjonistów, pisarzy. Ale to właśnie oni, na przekór wszystkiemu, a nierzadko wbrew opinii rodaków, uczynili (i wciąż czynią) swój liczebnie niewielki naród – wielkim (Kaczorowski).

PS Czesi czytają najwięcej w Europie. Polskę dzieli przepaść od europejskich liderów w czytelnictwie: od Czech, gdzie książki czyta prawie 80 proc. społeczeństwa, i od Francji, gdzie czyta 70 proc. U nas – ponad połowa nie czyta nie tylko żadnych książek, ale nawet krótkich tekstów (Szczygieł).

/cyt. za: Jiří Gruša, Czechy. Instrukcja obsługi, tł. Andrzej S. Jagodziński, Kraków 2018; Antoni Pawlak, Dlaczego Czesi [w:] Andrzej Jagodziński, Banici (Rozmowy z czeskimi pisarzami emigracyjnymi), [b.m.w] 1988; Aleksander Kaczorowski, Europa z płaskostopiem, Wołowiec 2006; tegoż, Praski elementarz, Wołowiec 2001; Publiczna chłosta. Jiří Menzel, rozmawiał K. Kwiatkowski, „Wysokie Obcasy”, 12.05.2007, s. 58; Mariusz Surosz, Pepiki. Dramatyczne stulecie Czechów, Wołowiec 2018; Mariusz Szczygieł, Láska nebeská, Warszawa 2012/

/opr. BM/