Tato

Artur Pałyga

Czas: 110 min Scena na Sarego 7

Obsada:

Dziadek/ Czarna postać z pieca/ Wujek Stefan/ Wojskowy I/Pies
Mariuszowa/ Pan z telewizora/ Wujek Edward/ Żołnierz/ Wojskowy II
Siostra/ Mariusz/ Pielęgniarka wojskowa/ Panienka z miasteczka/ Ksiądz/ Sąsiadka
Brat/ Lekarz wojskowy/ Ciotka Atalia/ Wojskowy III/ Sąsiadka
Reżyseria Małgorzata Bogajewska
Scenografia Dominika Skaza
Muzyka / aranżacja muzyczna Bartłomiej Woźniak
Światła Marek Oleniacz i Małgorzata Bogajewska
Asystent reżysera/ inspicjent/ sufler Joanna Jaworska

Tato

Małgorzata Bogajewska w oryginalny sposób inscenizuje dramat skomplikowanych relacji ojcowsko-synowskich. Wyborny komentarz do akcji stanowi muzyka wykonywana na żywo przez aktorów.

Nie lubimy ojców. Dlatego ich nie ma. Dlatego samotne matki harują dzień i noc na kasach, świątek, piątek. Dzieciaki wychowują babcie. Kobiety, w przeczuciu tego, co je czeka, unikają dzieci. (...) Nie ma żadnych ojców. Nikt nie tęskni. Samotnym matkom przydałby się po prostu jakaś służba albo instytucja, która, nie powodując wyrzutów sumienia, sumiennie zajęłaby się domem i wychowaniem dzieci pod ich nieobecność.

A ci, którzy zostają, są enigmatyczni. Cóż to za ojcowie! Cóż za figury! (...)

Nasi ojcowie to byli ostatni ojcowie. Po nich tylko cisza oraz partnerzy mamusi. Tatuś. Tatusiek. Nikt nie powie już – ojciec. Chyba że półżartem, półgębkiem i już bez znaczenia.

Piekło ojców jest już wypełnione.

 

Orkiestra:

Adam Szarek: kontrabas; Marcel Wiercichowski: wiolonczela; Wojciech Leonowicz: skrzypce, trąbka, gitara, banjo; Przemysław Branny: akordeon, pianino; Patryk Kośnicki: perkusja, cajon, przeszkadzajki; Tomasz Lipiński: banjo, gitara, przeszkadzajki; Anna Rokita: przeszkadzajki

 

Premiera: 1 października 2014, Scena na Sarego 7

Gala premierowa: 5 października 2014, Scena na Sarego 7

 

Telewizyjna wersja spektaklu, którą mogli Państwo zobaczyć na antenie TVP Kultura, została doceniona przez jury XVI Festiwalu Teatru Polskiego Radia i Teatru Telewizji Polskiej „Dwa Teatry - Sopot 2016”. Sztukę przeniósł na mały ekran Dariusz Pawelec, czym zdobył nagrodę za twórczą realizację telewizyjną spektaklu teatralnego. Kompozytor Bartłomiej Woźniak wyróżniony został nagrodą im. Janusza Hajduna za oryginalną muzykę i opracowanie muzyczne tegoż przedstawienia. Trzy spośród czterech honorowych wyróżnień aktorskich jury przyznało Annie Rokicie za rolę Mamusi, Adamowi Szarkowi za rolę Frania i Marcelowi Wiercichowskiemu za rolę Ojca.

Na XV Jubileuszowym Festiwalu Dramaturgii Współczesnej „Rzeczywistość przedstawiona” w Zabrzu jury przyznało nagrody Arturowi Pałydze za dramat „Tato” zrealizowany w Teatrze Bagatela, Małgorzacie Bogajewskiej za reżyserię spektaklu „Tato” w Teatrze Bagatela w Krakowie oraz zespołowi aktorskiemu za role w spektaklu „Tato”. Jury Młodzieżowe nagrodziło „Tatę” jako najlepszy spektakl festiwalu, Marcela Wiercichowskiego za rolę Ojca i Bartłomieja Woźniaka za najlepszą muzykę do spektaklu.

Przedstawienie zdobyło Grand Prix, a Małgorzata Bogajewska, Ewelina Starejki i Marcel Wiercichowski nagrody indywidualne na XIX Ogólnopolskim Festiwalu Komedii Talia w Tarnowie.

Przedstawienie zdobyło Nagrodę Publiczności 10. Festiwalu Polskich Sztuk Współczesnych R@port w Gdyni.

Małgorzata Bogajewska zdobyła nagrodę za reżyserię, a Ewelina Starejki wyróżnienie za rolę Mamusi w 21. Ogólnopolskim Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.   

Ogólnopolski Konkurs na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej ma na celu nagradzanie najciekawszych poszukiwań repertuarowych w polskim teatrze, wspomaganie rodzimej dramaturgii w jej scenicznych realizacjach oraz popularyzację polskiego dramatu współczesnego. Konkurs organizowany jest przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego w Warszawie.

 

Spektakl uczestniczył w programie TEATR POLSKA w 2015.

Program TEATR POLSKA został zainicjowany w 2009 roku w celu ułatwienia dostępu do oferty polskich teatrów poprzez zintensyfikowanie ich mobilności i umożliwienie prezentacji spektakli w ośrodkach mających utrudniony dostęp do kultury. W ramach programu teatry instytucjonalne, niezależne i stowarzyszenia mogą ubiegać się o dofinansowanie prezentacji spektaklu w miejscowościach, w których nie ma teatru instytucjonalnego. Inspiracją dla powstania TEATRU POLSKA był Teatr Reduta Juliusza Osterwy i Mieczysława Limanowskiego, który w okresie Drugiej Rzeczpospolitej organizował tournées spektakli po ziemiach polskich. Program organizowany jest przez Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

W spektaklu jako rekwizyty użyte zostały wyroby tytoniowe.

Artur Pałyga, urodzony w Hrubieszowie w 1971, dramaturg, adaptator, prozaik, poeta, dziennikarz, felietonista, aktor, muzyk, performer. Konsultant programowy Teatru Polskiego w Bielsku-Białej. Absolwent polonistyki na UJ i studium nauczycielskiego (specjalizacja muzyczna). Publikował m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Rzeczypospolitej”, „Odrze”, „Tygodniku Powszechnym”, „Trybunie Śląskiej”, „Rastrze” i „Dialogu”. Autor książek „Człowiek i pies” (wespół z J. Bożkiem, 2003) i „Kołchoz imienia Adama Mickiewicza” (2005) oraz kilkunastu sztuk i adaptacji teatralnych. Prowadzi Teatr Tekstu im. Teodora Sixta, czyli nieaktorskie czytania dramatów, oraz zajęcia z osobami niepełnosprawnymi w stowarzyszeniu Teatr Grodzki. Karierę dramatopisarza rozpoczął w 2005 librettem musicalu „Guma balonowa” (Bielskie Centrum Kultury). Wystawiony w 2006 „Testament Teodora Sixta” (reż. R. Talarczyk) zwyciężył w konkursie na sztukę o Bielsku-Białej ogłoszonym przez tamtejszy Teatr Polski, a w 2007 został zakwalifikowany do finału Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej. Rok później w tym samym konkursie zdobył wyróżnienie stworzonym wespół z P. Passinim, P. Ratajczakiem i Ł. Wittem-Michałowskim oraz aktorami tryptykiem „Nic co ludzkie” (Scena Prapremier In Vitro). Również w 2008 napisanego dla bielskiego teatru „Żyda” (reż. R. Talarczyk) wyróżniono główną nagrodą na III Festiwalu Polskich Sztuk Współczesnych „R@port” w Gdyni. W 2009 inspirowane H. Hessem „Wszystkie rodzaje śmierci” (reż. P. Passini, Teatr Łaźnia Nowa) zdobyły główną nagrodę IV „R@portu”, a „Ostatni taki ojciec” (reż. Ł. Witt-Michałowski, Teatr Centralny w Lublinie) został wyróżniony główną nagrodą na XV Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej i II nagrodą na Festiwalu Prapremier w Bydgoszczy (na Scenie na Sarego sztuka nosi tytuł „Tato”). W 2013 został laureatem Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej za sztukę „W środku słońca gromadzi się popiół”. Prowadzi blog (arturpalyga.blog.bielsko.pl).

 

Więcej o autorze tutaj.

Małgorzata Bogajewska studiowała prawo na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, aktorstwo w poznańskiej Akademii Sztuk Wizualnych oraz scenopisarstwo w Camerimage Film School w Toruniu. Jest absolwentką Wydziału Reżyserii Dramatu Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie (2002). W latach 2004-6 pełniła funkcję dyrektora artystycznego Sceny Dramatycznej Teatru Jeleniogórskiego im. Cypriana Kamila Norwida.

Debiutowała jeszcze jako studentka reżyserii „Powrotem” Jerzego Łukosza w Lubuskim Teatrze im. Leona Kruczkowskiego w Zielonej Górze (2001). W ciągu kilkunastu lat pracy artystycznej wyreżyserowała ponad 30 spektakli; w tym dla teatru „Bagatela”: „Barbelo, o psach i dzieciach” Biljany Srbljanović, „Oblężenie” Jewgienija Griszkowca oraz „VIP-a” Stiga Larssona.

Wśród premier, które ma na swym koncie, dominują współczesne dramaty, m.in.: „Opowieści o zwyczajnym szaleństwie” Petra Zelenki (prapremiera w Zielonej Górze, 2003), „Tlen” Iwana Wyrypajewa (Teatr Powszechny, Warszawa, 2003), „Jednocześnie” Jewgienija Griszkowca (przedstawienie impresaryjne, 2004); „Testament psa” Dei Loher (Teatr Polski, Bydgoszcz, 2005), „Dotyk” Marka Modzelewskiego (Teatr Powszechny, Warszawa, 2005), „Espresso” Lucia Frangionego w Teatrze Powszechnym w Warszawie w 2011 (zrealizowane wcześniej w Teatrze w Jeleniej Górze – 2006), „Bóg mordu” Jasminy Rezy w warszawskim Teatrze 6. Piętro (2012) czy „Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku” Doroty Masłowskiej w Teatrze Studyjnym PWSFTviT w Łodzi (2013).

Sięgnęła również po klasykę dramatu, reżyserując „Hamleta” (Teatr im. Wilama Horzycy, Toruń, 2008) i „Kotkę na gorącym blaszanym dachu” Tennessee Williamsa (Teatr im. Stefana Jaracza, Łódź, 2010).

Małgorzata Bogajewska jest laureatką licznych nagród teatralnych, m.in.:

  • 2002 – VIII Ogólnopolski Konkurs na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej - wyróżnienie za reżyserię spektaklu „Powrót”;
  • 2004 – XIII Międzynarodowy Festiwal Teatralny "Zderzenie" w Kłodzku - Grand Prix dla monodramu „Jednocześnie”;
  • 2004 – XXXIII Festiwal Monodramu WROSTJA - Grand Prix dla monodramu „Jednocześnie”;
  • 2005 – XXXV Jeleniogórskie Spotkania Teatralne w Jeleniej Górze - Nagroda Publiczności dla spektaklu „Czerwone Nosy”;
  • 2006 – XII Ogólnopolski Konkurs na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej - nagroda za reżyserię spektaklu „Dotyk”;
  • 2007 – VI Festiwalu Prapremier w Bydgoszczy - Nagroda Dziennikarzy dla spektaklu „Osaczeni”;
  • 2008 – VIII Festiwal Dramaturgii Współczesnej „Rzeczywistość Przedstawiona” w Zabrzu - Grand Prix i Nagroda Publiczności dla spektaklu „Osaczeni’;
  • 2010 – XXVIII Festiwal Szkół Teatralnych w Łodzi - Nagroda Zespołowa dla spektaklu „Plastelina”;
  • 2015 – X Festiwal Polskich Sztuk Współczesnych R@port w Gdyni - Nagroda Publiczności dla spektaklu „Tato”;
  • 2015 – XXI Ogólnopolski Konkurs na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej - nagroda za reżyserię spektaklu „Tato”;
  • 2015 – XV Jubileuszowy Festiwal Dramaturgii Współczesnej „Rzeczywistość przedstawiona” w Zabrzu - nagroda za reżyserię spektaklu „Tato” i nagroda Jury Młodzieżowego dla spektaklu „Tato”;
  • 2015 – XIX Ogólnopolski Festiwal Komedii Talia w Tarnowie - nagroda za reżyserię spektaklu „Tato”; Grand Prix dla spektaklu „Tato”;
  • 2015 – I Konkurs „Klasyka Żywa” - nagroda za reżyserię „Ich czworo” Gabrieli Zapolskiej w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi.

Alicja Müller „Ojciec umiera”, „Teatralia” nr 110, 16 października 2014:

„Baśniowe światy pełne są rzeczy strasznych. Nie każda mała dziewczynka zdołała ujść cało z brzucha złego wilka. Nie wszyscy chłopcy byli na tyle sprytni, by oszukać wstrętne czarownice. Wystarczy przypomnieć księcia, co wyskoczył z wieży na ciernie, które wykłuły mu oczy, albo ucięte siekierą stopy tancereczki w czerwonych pantofelkach. Ojciec Frania nie potrzebował jednak ani Andersena, ani braci Grimm. Sam wymyślał mroczne, niestety mało magiczne opowiastki. Najbardziej lubił opowiadać o króliczku, który stracił swe, uprzednio zgniłe, królicze przyrodzenie. Nie sikajcie, dzieci, w majtki.

Niektórym dużym dzieciom śnią się zamarznięte dziewczynki z zapałkami, innym ojcowie. Ojcowie-bohaterowie, ale i – jak to się dzieje w spektaklu Tato – ojcowie-tyrani. Pierwsza scena wyreżyserowanego przez Małgorzatę Bogajewską przedstawienia to swoiste preludium stypy. Mamusia (Anna Rokita) trzęsie się, jakby odeszła lub zaraz odejść miała od zmysłów. Syn (Adam Szarek) nawet w taki dzień nie chce założyć krawatu. Właśnie zjadł kilka kabanosów. Wcześniej ich unikał, bo Ojciec (Marcel Wiercichowski) je lubił. Trzeba przecież było stać w opozycji, a na inny niż kiełbasiany bunt Franio się nigdy nie zdobył. Na katafalku trup albo raczej niby-trup. Wszak martwi nie pobrzękują na wiolonczelach. Zresztą we wspomnieniach żyje się wiecznie, a właśnie pamięć okazuje się tutaj właściwą przestrzenią gry. W retrospekcjach przeszłość zwykła powracać jako przeinaczona, zniekształcona, lecz niekoniecznie przekłamana. Najważniejsza jest bowiem prawda opowieści, nie detali. Doskonale wie o tym Bogajewska. To dlatego utrzymała spektakl w nieco absurdalnej, momentami poetyckiej estetyce udziwnienia. Bohaterowie drugoplanowi odgrywani są przez tych samych aktorów – być może to zabieg czysto praktyczny, ale w kontekście całej historii nabiera znaczeń dodatkowych. Służy zobrazowaniu działania mechanizmów pamięci, która jest zarazem precyzyjna i niepewna.

Sztuka Artura Pałygi to typowy, chociaż tylko na poziomie fabularnym, dramat rodzinny. „Tak, jak w życiu, jak w życiu!” – szeptanym krzykiem powtarzała pani z drugiego rzędu. Może więc razić jarmarczność przekazu. Bo czy to ładnie robić cyrk z tragedii? Zarówno w samym tekście, jak i w inscenizacji ciemna przytłaczająca opowieść łączy się na amen z nieco perwersyjnym dowcipem i spotęgowanym absurdem tak strasznych, że aż śmiesznych sytuacji. Tylko że w tym rażeniu jest metoda. Część traum Franio oswoił, przepracował. Pewnie sam z siebie się po trosze nabija. Część pozostaje niezmienna, wciąż rani jego ciamajdowate serce. Ale i w tych scenach, w których okrucieństwo staje się nieomal namacalne, groteska nie traci funkcjonalności. Pałyga i Bogajewska udowadniają, że komizm może być równie dojmujący, co tragizm. Szczególnie w świecie masowych mediów, które bombardują nas widokami skonwencjonalizowanego cierpienia. W spektaklu Tato mamy zaś do czynienia z wariacją na temat przemocy i ordynarności, a te – mimo że przedstawione kabaretowo – zjawiają się przed nami w swych najczystszych postaciach. Śmiech mrokiem podszyty jest wielkim atutem przedstawienia. Drugi to umiejętne balansowanie na granicy dobrego smaku.

Przedstawienie można by okrzyknąć antyapoteozą ojcostwa. Kreowany przez genialnego Wiercichowskiego bohater to ojciec karzący, posępny, niedostępny. Raczej niszczyciel niż stwórca, który staje się synekdochą przemocy jako źródła władzy i autorytetu. W tej kreacji potwora pojawiają się jednak pęknięcia. Mężczyzna stara się bowiem, choć nieumiejętnie i koślawo, żeby było „jak być powinno”. I nie ma tu na myśli patriarchalnego zdominowania domowników, lecz szczerą chęć uczynienia ich szczęśliwymi. Robi to karykaturalnie i pokracznie, prędko przeistaczając czułość w wybuchy nieokiełznanego gniewu. Jego bezradność wzbudza nie tylko odrazę, lecz także litość. Wbrew pozorom nie jest człowiekiem złym, ale beznadziejnie nienadającym się do roli, w którą przyszło mu się wcielić. Nie jest też człowiekiem niekochanym, a raczej niewiedzącym, co z miłością zrobić.

Franio tęskni za tatą (tak, ojciec i dla niego bywał „tatą”), chociaż jego gniewu obawiał się bardziej niż Niemców bombardujących miasto. Trudno orzec, czy kiedyś stanie się taki, jak on. Scena pogrzebu nie wróży jednak nic dobrego. Syn odtrąca ogłupioną rozpaczą, wymęczoną umieraniem męża matkę. Dlaczego nie przytuli kobiety, którą przecież kocha? Właśnie o tym jest Tato. O straszliwej niemożności porozumienia. O bezsensownie kaleczących się ludziach. O piekle ojców.”

 

Olga Katafiasz „Portret rodzinny w skromnym wnętrzu”, teatralny.pl, 22 października 2014:

„Małgorzata Bogajewska, realizując w Bagateli dramat Artura Pałygi Ojcze nasz, zatytułowała swój spektakl Tato. Zmiana, rzecz jasna, nie dotyczy jedynie języka, raczej pozwala czytać utwór Pałygi w kluczu jednostkowego przeżycia, intymnej relacji.

To, moim zdaniem, bardzo istotne przesunięcie – Bogajewska zdejmuje z tekstu balast socjologicznej diagnozy, pozwalając wybrzmieć dramatowi rodzinnemu. A to, że ów dramat bywa udziałem wielu ojców, matek, dzieci, nie tylko w Polsce, nie tylko pod sowiecką dominacją – jest owszem, wyraźne, ale nie przesłania opowieści Frania (Adam Szarek).

Franio Adama Szarka jest dorosłym mężczyzną. Stoi przed mikrofonem, gra na wiolonczeli, mówi. Mówi o tym, jak jego ojciec poznał jego matkę, jak ta zaszła w ciążę i urodziła jego, pierworodnego syna wojskowego, „w miasteczku […] zaraz przy granicy”. Kontekst oczywiście jest jasny (...).

Małgorzata Bogajewska nie poddaje się jednak pewnej przewidywalności dramatu Pałygi – rozbija ów tyle przejmujący, co oglądany po wielokroć obrazek z życia rodziny. Zachowując porządek tekstu Ojcze nasz, wprowadza na scenę inną jakość; służy temu między innymi wykonywana na żywo przez aktorów muzyka. Nie tylko staje się atrakcyjnym elementem przedstawienia, ale również zakłóca ton, jaki pojawiać się może w opowieści o banalnym nieszczęściu. Bywa oddechem, kontrapunktem, przeciwwagą.

Bo tę ostatnią zbudować niełatwo. Bogajewska drąży dramat Pałygi niejako na dwa sposoby: z jednej strony buduje wspomniany już dystans, z drugiej – posługuje się tautologią. Ów dystans istnieje już w samym tekście, to choćby piosenki wykonywane przez Mamusię (Anna Rokita). Mamusia staje przed mikrofonem i, niczym gwiazda oglądanych namiętnie programów telewizyjnych, wykonuje kolejne zapisane w dramacie utwory. Każda jej emocja jest nieco na wyrost, ciut za silna – to kontrast wobec budowanej realistycznie postaci, która jedynie w momentach chwilowego porzucania roli daje upust uczuciom.

Bogajewska naddaje więc dystansowi Pałygi jeszcze jeden ton. Podobnie z zabawą realizmem – ta właśnie dominuje w scenach rodzinnych. Niby wszystko jest w porządku: na obrotowej platformie, podzielonej na cztery części, widzimy kuchnię, pokój dzienny i dziecinny oraz przestrzeń poza domem, czasem to szpital, czasem remiza. Ale postaci ze swobodą poruszają się po całej scenie, poza platformą odbywają się rodzinne posiłki czy małżeńskie awantury. Z jednej strony kuchnia ze wszystkimi potrzebnymi sprzętami, z drugiej: wyjście z realistycznej, choć skondensowanej scenografii. Reżyserka walczy z materią, nie tą teatralną, ale materią opowieści. Buduje tautologiczne obrazy po to, by je potem podważyć, wziąć w nawias. To wszystko ma służyć, i po części służy, właśnie owej walce o uczynienie historii Frania istotną, nie „jedną z wielu”, ale właśnie osobną i wyjątkową.

(...) Adam Szarek jest przejmujący jako mężczyzna, który nieustannie mierzy się z własną opowieścią, swoją walką o przetrwanie. Podejmuje przed widzami wciąż na nową swoją historię, choć wie, że po jej wysłuchaniu przestanie być wiarygodnym narratorem. Jego trud może okazać się daremny, ale ważniejsza jest pokuta, jaką sobie zadał.

(...) jest w przedstawieniu kilka scen, które zdają się prowadzić nas pod powierzchnię rodzajowości, jak choćby ta, gdy do pogrążonej w rytuałach opiekuńczych matki i dzieci przychodzi Dziadek (Wojciech Leonowicz). Trzeba wytłumaczyć się z rozpaczy, braku nadziei i… miłości. Mimo wszystko – miłości, jaką wciąż darzy się tego, kto przez całe życie dręczył.”

 

Łukasz Maciejewski „Ojcze nasz, który... czyli ważne na scenie Bagateli przy ul. Sarego”, „Gazeta Krakowska”, 16 października 2014:

„Pomiędzy atrakcyjnymi występami wokalno-instrumentalnymi (znani aktorzy "Bagateli" okazali się także świetnymi muzykami) (...) spektakl Bogajewskiej dotyka problemu serio, znajdując ciekawą formę. Sztuka Artura Pałygi, jednego z najciekawszych współczesnych dramatopisarzy, zatytułowana pierwotnie "Ojcze nasz", to opowieść o ojcostwie, tęsknocie za ojcem i buncie wobec figury ojca. Pałyga przeprowadza bohatera granego przez Adama Szarka przez meandry dziejowe mocno osadzone w lokalnym, polskim kolorycie. Zawsze w końcu chodzi o tatę. Oto ojciec (Marcel Wiercichowski) we wspomnieniu matki (Anna Rokita) i syna. Ojciec za którym się tęskni, którego kocha się i nienawidzi.
 
Pałyga wpisał w tę dosyć wyświechtaną strukturę tytuły piosenek, które zapamiętał z dzieciństwa, ze starych, czarnych płyt analogowych, z kolei Małgorzata Bogajewska postanowiła wykorzystać ów pomysł jako ideę wiodącą spektaklu. "Tato" w "Bagateli" przypomina zatem muzyczny recital, w którym doskonale znane evergreeny śpiewane przez Annę Rokitę przy muzycznym akompaniamencie pozostałych artystów, wzmacniają uniwersalne przesłanie. Opowieść o tacie staje się historią rodziny we wnętrzu, narracją o podskórnym przenikaniu się genów i namiętności: z rodzica na dziecko, z dziadka na wnuka, aż po kolejne pokolenia. Przedstawienie w "Bagateli" ma również swoją gwiazdę. To Anna Rokita - w roli matki stworzyła najlepszą dotychczasową kreację.
 
Matka Rokity jest postacią bez wieku, kontrapunktem dla umundurowanego ojca, powagą wobec mniej lub bardziej wyszukanych żartów, zmęczeniem w rozprężeniu. Rokita w spektaklu Bogajewskiej gra matkę Polkę i mamę pocieszycielkę, mamę terapeutkę i zdziecinniałą mamcię od narodzin dziecka aż po własną śmierć; od radosnej piosenki Ordonki, po egzystencjalne stacatto. Nie zauważamy nawet kiedy festiwal w Opolu zamienia się w Warszawską Jesień. Zmieniają się wnętrza pokoi, kuchni i sypialni zaprojektowanych z finezją przez scenografa, Dominika Skazę, ale "wnętrze" życzeniowego rodzicielstwa i autentycznych więzów jest niezmienne. Zawsze jest jakaś mama, jakiś ojciec. Są jak piosenki. Czasami jednosezonowy przebój, niekiedy dumka śpiewana przez całe życie. Wypłowiały kapelusz na strychu, walizka bez kółek, błysk w oku, albo zaszczepiony w kolejnych pokoleniach strach przed karą. Więzy krwi, dziedzictwo. Albo ślad po tacie.”
 
 
Joanna Marcinkowska Być synem żołnierza, Dziennik Teatralny Kraków, 8 grudnia 2014:

„(...) Spektakl zaczyna się od końca – widzimy śmierć ojca, a jego samego na katafalku, którego funkcję przyjmuje łóżko. Odbywa się też stypa. Prawie od początku przedstawienia mamy muzykę graną na żywo przez aktorów – bardzo dobrze komponuje się ona z tym, co dzieje się na scenie. „Tato” w reż. Małgorzaty Bogajewskiej jest ostatecznie retrospekcją. To wspomnienia Frania (Adam Szarek), który snuje swoją historię od poznania rodziców, poprzez własne poczęcie, dzieciństwo, aż do wieku męskiego.

Jego Ojciec (świetny Marcel Wiercichowski) to surowy żołnierz, grający w orkiestrze wojskowej, zaś Mamusia (Anna Rokita) – kobieta bardzo młoda. Dzięki pozycji Ojca dostają mieszkanie i żyją w dostatku. Widzimy jednak w tym wszystkim absurd dobrobytu w połączeniu z zatracaniem rodziny. Mężczyzna okazuje się człowiekiem odrealnionym (pewnie przez doświadczenia wojskowe), starającym się zapewnić rodzinie jak najlepsze warunki, a jednocześnie przesadnie władczym, gwałtownym i samowolnym. Jego żona natomiast z racji wieku nie wie, jak wyrwać się z tego piekła, ponieważ nie daje sobie rady z całą sytuacją, trwa jednak przy mężczyźnie, którego naprawdę kocha. Narracja chłopca przejaskrawia dodatkowo całość: patrzymy na tę pozorną sielankę przez pryzmat wspomnień dziecka, które dopiero z czasem zaczyna rozumieć sytuację.

Napięcie wewnętrzne, lęk, emocje znajdujące ujście w wizjach – to wszystko kontrastuje się z bardzo dobrym aktorstwem, w którym mamy dużo zabawy, lekkości i energii. Obrotowa konstrukcja na środku pozwala na szybką zmianę pomieszczenia – np. pokój Frania czy kuchnię. Mężczyźni z orkiestry grają po kilka ról: stają się rodzeństwem narratora czy parą sąsiadów rodem z kabaretu. Sam Franio to przecież dorosły już mężczyzna, który we wspomnieniach wciela się w kilkuletniego chłopca: postać, będącą jego częścią, może się do niej odwoływać. (...)”

 

Łukasz Rudziński Prawdziwych ojców już nie ma?, sztukawspolczesna.org, 13 stycznia 2015:

„(...) Bo władzę ma ten, kto nosi spodnie (najlepiej wojskowe).

I tak w niespełna dwie godziny oglądamy obrazki z życia zwyczajnej (patrząc z zewnątrz) rodziny. Pełnej toksycznych relacji, niespełnionych oczekiwań, wygórowanych ambicji, zawiedzionych nadziei, lęków, strachu, złości, wściekłości, rozpaczy czy płaczu. Przy czym nie można stwierdzić, że Władkowi nie zależy. Aż za bardzo mu zależy. Chce, by Franio wyrósł na prawdziwego mężczyznę. Był silny, zaradny, praworządny. Tak samo jest w przypadku młodszego rodzeństwa, które po jakimś czasie również się pojawia... Ojciec nie daje im żadnej taryfy ulgowej. Jak go Franek wkurzy ciągłymi prośbami o wodę, przerywając wieczorne amory, wystawi dziecko w pidżamie na balkon. Niech się uczy zaradności i sztuki przetrwania. I na drugi raz nie marudzi.

Scenę tę, jak i wiele innych, Artur Pałyga w tekście "Ojcze mój" (tytuł zamieniono w spektaklu na bardziej bezpośrednio brzmiący "Tato") temat zaczerpnął lub zbudował z inspiracji "Listami do ojca" Franza Kafki, antyapoteozy ojcostwa. Franio w roli narratora opowiada przygody-wspomnienia, które składają się na litanię skarg i ojcowskich błędów, widzianych oczami syna, czyli oczami ofiary kochającej oprawcę i nienawidzącej go jednocześnie. Teraz już może o tym mówić, bo ojciec, ten ogromny siłą swojego autorytetu, wymagający bezwzględnego posłuszeństwa, terroryzujący domowników potwór nie żyje. Bunt wobec niego wcześniej przejawiał się w małych, nic nie znaczących gestach (jak powstrzymanie się od jedzenia uwielbianych przez ojca kabanosów).

Małgorzata Bogajewska z rodzinnego piekiełka czyni gorzką komedię, dla rozładowania napięcia zamieniając co jakiś czas aktorów w muzyków lub dając im do zagrania liczne, groteskowo poubierane epizodyczne postacie (aktorzy grający Frania, Ojca i Mamusię wyłączeni się z tych kabaretowych przebieranek). W ten sposób, za pomocą wyrwanych, niemal filmowych scenek, prezentowane jest życie Frania od narodzin, aż po śmierć ojca. Każdy z aktorów jest tu członkiem orkiestry grającej na scenie muzykę do śpiewanych przez Annę Rokitę (Mamusia Magda) przebojów sprzed kilkudziesięciu lat: "Odrobinę szczęścia w miłości", "Miłość ci wszystko wybaczy", "Och, jak bardzo cię kocham", czy "Pamelo, żegnaj". Te ponadczasowe hity, muzyczne intermedia pozwalają reżyserce rozbić iluzję sceniczną, nie osłabiając wymowy tekstu.

Na scenie oglądamy siedmioro aktorów, ale najważniejszy jest oczywiście Ojciec. Grający głowę rodziny Marcel Wiercichowski buduje energicznego, charyzmatycznego bohatera przede wszystkim za pomocą wojskowego drylu, tonu głosu, który nie znosi sprzeciwu i przebijającej zeń stanowczości. Jego rozkazów nikt nie podważa, a nieśmiałe protesty Mamusi wobec niewspółmiernych kar dla dzieci za kolejne ojcowskie rozczarowania z góry obliczone są na porażkę. W najlepszej scenie spektaklu - krojenia i konsumpcji arbuza - podziwiać można skuteczność Wiercichowskiego, który lekko i płynnie z rzeczowego miniwykładu na temat niezwykłego w tamtych czasach na polskim stole owocu przechodzi do bezwzględnego terroru wobec rodziny. Nikt nie śmie przeciwstawić się woli Ojca, Siostra (Patryk Kośnicki), która nieumiejętnie pokroiła arbuza, i jej młodszy Brat (Tomasz Lipiński) będą zmuszeni jeść nago, a ich matka, ślepo i bezrefleksyjnie poddając się Władkowi, spróbuje zjeść nawet skórkę. Ojciec nie jest jednak postacią jednowymiarową. Pałyga pozwala mu z przerażeniem błagać otoczenie w środku Sylwestra o pomoc dla ciężko chorego syna; ojciec kocha go przy wszystkich licznych synowskich ułomnościach miłością równie silną, co toksyczną.

Anna Rokita jako Mamusia gra prostą, dobrą dziewczynę. Boi się męża podobnie jak dzieci i choć potrafi się mu sprzeciwić, wie, że jej miejsce jest przy jego boku, nie odwrotnie. Z kolei Adam Szarek w roli Frania lepiej wypada jako narrator opowieści niż jej uczestnik. Pozostali: Wojciech Leonowicz, Przemysław Branny, Patryk Kośnicki i Tomasz Lipiński skutecznie wypełniają powierzone im zadania - Branny na przykład recytuje kilometry tekstu z "Kuchni polskiej" w roli Pana z telewizora, czyli z nałożoną na głowę ramą czarno-białego odbiornika. Z takich prościutkich, żartobliwych dosłowności utkane są ich kabaretowe, naszkicowane ledwie role.

Przy sporej widowiskowości przedstawienia Bogajewska nie gubi istoty tekstu Pałygi, świetnie go niuansując. Prowadzi ten muzyczno-dramatyczny spektakl w stronę seansu terapeutycznego Frania, usiłującego poradzić sobie z postacią ojca po jego śmierci. "Nasi ojcowie to byli ostatni ojcowie. Po nich tylko cisza oraz partnerzy mamusi. Tatuś. Tatusiek. Nikt nie powie już - ojciec. Chyba, że półżartem, półgębkiem i już bez znaczenia" - mówi zbuntowany syn, formułując bardzo aktualne pytanie o to, jak być ojcem w świecie bez autorytetów. Tę kwestię Bogajewska zawiesza, pozostawiając ją obecnym i przyszłym ojcom do rozstrzygnięcia.”

 

Jacek Sieradzki, „Zwierciadło”, luty 2015:

„Tato leży na marach. Ale przykrywa go nie śmiertelny całun, tylko... wiolonczela. Syn stoi na proscenium, bezradnie ściska szyjkę kontrabasu. Wydobywa dźwięki jak znaki bezradności, jak niezadane pytania. Martwy ojciec odpowiada mu szerokimi pociągnięciami smyczka po strunach wiolonczeli.Ta scena spektaklu Małgorzaty Bogajewskiej zapiera dech urodą i poetycką mocą. Artur Pałyga, jeden z głównych dziś dostawców dramaturgii dla polskich scen, napisał przed laty ten utwór, którego punktem wyjścia miał być „List do ojca” Franza Kafki, ale sztuka odbiła w bok. To opowieść tocząca się gdzieś w peerelowskich zielonych garnizonach, spowiedź chłopaka, któremu ojciec, wojskowy trep, zgnoił dzieciństwo karykaturą tzw. męskiego wychowania. W ojcowskich zapędach popędliwy tatuś jest równie groźny co komiczny i widownia pół spektaklu bawi się jak na dobrej farsie – aż do momentu, gdy troska o syna skończy się apopleksją i będzie jasne, że zimny wychów był wyrazem rozpaczliwie nieporadnej miłości. Czułej i raniącej. Piękne to przejście od groteski do wzruszenia grają Marcin Marcel Wiercichowski (Ojciec), Adam Szarek (Syn) i Anna Rokita (Matka) tudzież reszta ansamblu Bagateli na rozmaitych instrumentach wybrzdąkującego traumatyczno-sentymentalne tony dzieciństwa.”

 

Jacek Wakar „Ostatni taki ojciec”

„Tak nazywała się sztuka Artura Pałygi w ujęciu Łukasza Witt-Michałowskiego i jego lubelskiej Sceny Prapremier InVitro. Nie widziałem tamtego przedstawienia, ale pamiętam sugestywne zdjęcia Dariusza Jeża w tytułowej roli. Zdjęcia – podobnie jak sylwetka aktora naturszczyka – wręcz przytłaczające.


Małgorzata Bogajewska spektakl oparty na dramacie „Ojcze nasz” nazwała „Tato”. Najzwyczajniej w świecie, cieplej, bez pretensji do uogólnień. Jej świetne przedstawienie mieści się gdzieś na przecięciu rodzinnej psychodramy, powtarzanej nagminnie w codziennych sytuacjach, oraz sentymentalnej podróży we wspomnienia dzisiejszych czterdziestolatków. W centrum zdarzeń mamy więc Ojca (świetny Marcel Wiercichowski) – ojca, który dokładnie wie, na czym polega paternalistyczny układ w rodzinie. Żona, dla bohatera mamusia (Anna Rokita), ma chodzić jak w zegarku, inaczej złapie się ją za kudły. Syn (prowadzący narrację Adam Szarek) powinien umieć ojca docenić i nie przeszkadzać, kiedy nie trzeba. Ojciec Wiercichowskiego łączy w sobie prostotę chłopskiego wychowania, odebranego od własnego ojca i prostego zerojedynkowego systemu wartości. Jego tyrania domowa nie jest w świadomości bohatera żadnym uciskiem, a tylko dbałością o bezpieczeństwo najbliższych i o to, by wszystko w domu działało jak należy. Stąd okrucieństwo granej przez Wiercichowskiego postaci zdaje się nie rozmyślnym działaniem, a wypadkową odebranej edukacji i życia podpowiadanego przez ulicę. Mocna to rola, ale też zaskakująco empatyczna. Dobrze, zdarza się, że patrzymy na tatę Wiercichowskiego i ciarki przechodzą nam przez plecy. Ale mija chwila i łapiemy się na tym, że przedstawienie Bogajewskiej i kreacja znakomitego aktora przypominają nam sceny z dzieciństwa. Niech będzie, że to nie był nasz tato, a tylko ojciec kolegi z bloku. Siłą rzeczy, byliśmy wtajemniczeni. I bywaliśmy u nich w domu, z ciekawością zmieszaną ze strachem przyjmowaliśmy zaproszenie. I widzieliśmy coś zaskakującego – zamiast projektowanego przez nas samych, spodziewanego okrucieństwa czułość. Dokładnie o tym myślałem, ogladając przedstawienie w Bagateli. Kluczowa tytułowa partia i ono całe mają w sobie to, co dla utworu autora „Nieskończonej historii” najważniejsze – i okrucieństwo, i czułość. Nierozerwalnie ze sobą połączone.


Spektakl jest prawdziwym testem dla aktorów Bagateli – testem na granie blisko widza, na zmiany tonacji czasem z minuty na minutę. Zdają go znakomicie, „Tato” jest jednym z najbardziej zespołowych przedstawień, jakie ostatnio widziałem. Co nie oznacza, że aktorzy nie mają w nim szans, by ukazać na scenie indywidulany rys. Franio Adama Szarka nie próbuje infantylizować swej roli, jest w spektaklu i niejako poza nim. Jako dorosły mężczyzna podkreśla dystans między dorosłym mężczyzną i zdarzeniami z przeszłości. Nasyca swą postać ironią, co nadaje całej historii Gombrowiczowski wręcz dystans. Fantastyczna jest Anna Rokita w roli Mamusi. Nie dość, że ma w sobie bezinteresowne ciepło wszystkich matek świata, to jeszcze doskonale śpiewa przeboje z tamtych lat, stając się przewodniczką po dawnych rytmach i świecie.


Wymieniam tylko odtwórców wiodących ról, ale na wyróżnienie zasługują wszyscy, Tym bardziej, że „Tato” udowadnia, iż aktorzy Bagateli to także utalentowani muzycy. W spektaklu Bogajewskiej tworzą fenomenalnie zgraną orkiestrę weselno-pogrzebową. Wskazują też na ważną funkcję muzyki Bartłomieja Woźniaka, która dyktuje rytm widowiska, nadaje mu tempo, a czasem bywa kontrapunktem dla zdarzeń i emocji bohaterów. Efekt jest znakomity, bo „Tato” nie przytłacza ciężarem rodzinnej psychodramy, ale też nie osuwa się w zbyt łatwą lekkość. Jest przedstawieniem, które wwierca się w głowę i nie chce z niej wyjść. Bezdyskusyjnie najlepszym w dorobku Małgorzaty Bogajewskiej. Przynajmniej spośród tych, które widziałem.”

 

Ewa Uniejewska, AKTUALNOŚCI - 35. Warszawskie Spotkania Teatralne, teatralny.pl, 20 kwietnia 2015:

„Wysoki poziom zaprezentowali także twórcy spektaklu „Tato”. Małgorzata Bogajewska postanowiła przepleść tę retrospektywną opowieść o uwierającej relacji synowsko-ojcowskiej recitalowymi numerami w wykonaniu Eweliny Starejki, a także wykorzystać szeroki wachlarz umiejętności muzycznych całego zespołu (w tak powstałej aktorskiej orkiestrze nie zabrakło wiolonczeli i kontrabasu, a także perkusji, akordeonu czy przeszkadzajek).”

 

Kalina Zalewska Powrót taty, „Teatr”, kwiecień 2015:

„Reżyserka (...) wydobyła zapisane w dramacie piosenki, wprowadziła muzykę, a przede wszystkim nieco inaczej zinterpretowała sens utworu. Wróciła dramatowi życie, odczarowała go, a przy okazji wyreżyserowała bardzo dobre przedstawienie.


Ojciec oczywiście pozostał głową rodziny, sprawującą w niej władzę absolutną. Bogajewska jednak sportretowała patriarchalną rodzinę, kreśląc wizerunek ostry, ale nie patologiczny, spokojniejszy niż w spektaklu sprzed pięciu lat, i peerelowską prowincję, z jej uwarunkowaniami i nawykami, pokazując rodzinę na tle kształtującej ją epoki. Z mężczyzną spełniającym się w gronie kolegów, a na łonie domu potwierdzającym jedynie swą wartość; z kobietą dostępującą zaszczytu zaślubin, kiedy okazywało się, że jest w ciąży; przeżywającą najszczęśliwszy czas, kiedy obejmowała w posiadanie mieszkanie, czyli kawałek przestrzeni, na którym mogła wreszcie rozwinąć własną inwencję. Bogajewska spróbowała bowiem odczytać partyturę dramatu. (...)


...Pałyga, co podkreślał w udzielanych wówczas wywiadach, daleki był od jednoznacznej oceny bohatera i jego życiowej roli. Jego dramat, i krakowski spektakl, jest opowieścią Frania, najstarszego syna, skrycie podziwiającego niedostępnego Ojca. Fascynacja miesza się tu ze strachem, a chwilami z nienawiścią, bowiem Ojciec nie odpowiada na uczucie syna. Nie dopuszcza do głosu żadnych cieplejszych odruchów – ani w stosunku do Mamusi, ani własnych dzieci. Do tego stopnia, że trudno wyobrazić sobie, skąd się te dzieci wzięły: może w nocy Ojciec okazuje jakieś ludzkie potrzeby, jeśli nie emocjonalne, to czysto cielesne? Bogajewska poświęca temu jedną ze scen, pokazując, jak bohater, któremu domagający się kontaktu syn przeszkadza w intymnej sytuacji z żoną, wystawia naprzykrzającego się Frania na balkon. To oczywiście nie usprawiedliwia Ojca, ale daje jego surowej decyzji jakieś ludzkie motywacje.


Tytułowy bohater rozstawia po kątach wszystkich domowników, a słabsza płeć jest z założenia mniej szanowana. Mamusia nie jest żadną partnerką, bo jest kobietą. Ale i córka traktowana jest okropnie, Ojciec nie kryje nawet niezadowolenia z jej powierzchowności, co jest koszmarem dla dorastającej dziewczynki. Zdumiewa jednak stosunek do własnej żony. Jej podległość jest silnie zaznaczana od początku, kiedy to mężczyzna, który ją uwiódł, postanawia ożenić się i założyć dom. Ojciec rozumie, że musi być odpowiedzialny, ale przecież nie musi kochać. Tego nie ma w pakiecie tradycyjnie rozumianej roli mężczyzny. Przeciwnie, okazywanie uczuć jest oznaką słabości. Mężczyzna ma zapewnić egzystencję, życiowe bezpieczeństwo, dbać o autorytet; kobieta ma zajmować się domem i dziećmi.


Ojciec więc podejmuje wszystkie decyzje sam, sam też karze i nagradza. Przynosi do domu telewizor, a pycha tak go roznosi, że upokarza domowników, nieświadomych, jak się go włącza, choć prawdę mówiąc – on sam też tego nie wie; częstuje arbuzem, doprowadzając do kuriozalnego wybuchu emocji, a scena dzielenia się zmienia się w kolejną scenę upokorzenia. Nadmiar władzy niszczy samego Ojca, który staje się potworem.


Ciekawe jednak jest to, że patriarchalny Ojciec nie potrafi nawiązać kontaktu z synem. Ojciec krzywdzi nie tylko kobiety. Franio szybko spostrzega, że jedzie z Mamusią na jednym wózku. Podejmuje wiele wysiłków, by porozumieć się z Ojcem, ale szorstkość rodzica praktycznie to uniemożliwia. Tylko raz udaje się porozmawiać. Ojciec wyszydza wówczas metafizyczne potrzeby dziecka, bo one też są oznaką słabości, twierdząc, że nie ma niczego poza naturalizmem egzystencji. Ale chłopiec i tak jest szczęśliwy, że w ogóle udało się skontaktować.


W finale mamy jednak ciekawe odwrócenie perspektywy. Którejś nocy syn dusi się, a Ojciec wybiega, by ściągnąć do domu lekarza, który bawi się w wojskowej kantynie. Udaje się odratować Frania, ale samego Ojca trafia apopleksja, co skutkuje paraliżem. Nieprzytomny bohater leży w łóżku zdany na łaskę odtrącanych przedtem domowników. Dopiero teraz widać, że dźwigana samotnie odpowiedzialność jest zbyt ciężkim brzemieniem. Świadomość, że nie sprostał sytuacji, zabiła Ojca, który nie przygotował następcy, tylko półżywy wpadł w jego ramiona. Nie zdążył porozmawiać z własnym synem, który teraz robi to za niego, siedząc nad łóżkiem i próbując nawiązać kontakt. I jest nam tego strasznego Ojca najzwyczajniej żal.


Bogajewska znakomicie prowadzi aktorów. W spektaklu gra siedem osób, to dzieło zespołowe. Aktorzy grają na rozmaitych instrumentach i w chwilach największego napięcia odrywają się do nich, rozładowując atmosferę. Dodatkowym walorem spektaklu są trzy bardzo dobre role. Marcel Wiercichowski gra tyrana, ale prostaka zarazem. Gdyby był bardziej wyrafinowany, byłby przerażający, jednak w kreacji aktora prześwieca co i raz bieda samego bohatera. Jego Ojciec broni się przed słabością, nie chce jej uznać ani przyznać się do niej, i to jest jego sposób na świat. Zbyt prosty, więc nieprawdziwy i w rezultacie niszczący. Adam Szarek bardzo dobrze gra Frania. Wysoki, przystojny aktor pokazuje, że jego bohater wchodzi w życie poważnie okaleczony przez niepełną relację z Ojcem, brak dobrego wzoru i możliwości identyfikacji. Kreśli sylwetkę kogoś, kto ma duży problem z tym, że był odrzucany, a mimo to usiłuje zrozumieć i oswoić Ojca. Choć raz powiedzieć do niego „tato”.


Atutem spektaklu jest Anna Rokita w roli Mamusi, od dawna budująca w Bagateli niebanalne aktorskie wcielenia: pogłębione sylwetki współczesnych bohaterek, zaprawione goryczą, pełne, wyraziste, niepokojące. Szkoda, że na Boskiej Komedii tylko otarła się o nagrodę. Idąc tropem piosenek i kulinarnych przepisów, wpisanych w dramat, reżyserka i aktorka kreślą w spektaklu portret kobiety, która czekała na miłość, ale pogodziła się z tym, że jej nie dostanie, wkładając całą inwencję w dom, dzieci i przetrwanie. Jej niespełnione tęsknoty dochodzą do głosu, kiedy śpiewa przedwojenne i powojenne szlagiery. Przez chwilę widzimy wtedy rozkwitającą kobietę, która mogłaby uszczęśliwić siebie i niejednego mężczyznę, ale zamiast tego dialoguje z telewizorem.


Pałyga tytułuje poszczególne sceny zwrotami o biblijnej proweniencji i sytuuje Ojca w centrum rodzinnego świata, przekornie wyznaczając mu miejsce Boga. Stawia w ten sposób pytanie, w jakim stopniu to, o czym czytamy w dramacie i co oglądamy na krakowskiej scenie, wynika z chrześcijaństwa, a w jakim z utartej tradycji. Czy Ojciec pełniący rolę rodzinnego Pana Boga – to kontynuacja tej religii na gruncie domowym, czy jej kuriozalne zaprzeczenie? W polskiej dyskusji o patriarchacie takie pytanie to strzał w dziesiątkę. Bo, oczywiście, tak rozumiana rola Ojca jest pogwałceniem ewangelicznych wskazań. Ustawia bohatera w przerastającej ludzkie siły, fałszywej roli i w sytuacji, która źle rokuje. Władza absolutna jest niszcząca, i to także dla tych, którzy ją sprawują. Zresztą chrześcijański Bóg nie rządzi w taki sposób: nie chce całopalenia, tylko zrozumienia, nie ofiar, ale otwartych serc. Skąd więc wzięły się te, powielane przez wieki, złe wzory? Z opacznej interpretacji, z wąskiej perspektywy wierzących, z przykrawania Boga na własną miarę? A może z nadmiernego zaufania w to, że mężczyźni kierują światem, a liczy się tylko to, co wymierne i namacalne?


Autor zwraca uwagę na jeszcze jedną kwestię: na pochodzenie bohaterów. To ludzie prości, których cywilizowała wojskowa jednostka i jednokanałowa telewizja. Franio kojarzy firankę z czymś zwiewnym, a Ojciec z pułapką na muchy, którym potem odrywał skrzydełka. W jednej z ostatnich rozmów wymieniają się tymi spostrzeżeniami, a słowo „firanka” brzmi jak tajemny znak, jak inicjacja w męski świat, ale dla każdego z nich ma inne znaczenie.”