Układ

Elia Kazan

Czas: 150 min 1 przerwa Scena na Sarego 7

Tłumaczenie / adaptacja Radosław Paczocha
Reżyseria Michał Kotański
Scenografia Tomasz Brzeziński
Muzyka Marcin Mirowski
Projekcje Tomasz Bergmann
Światła Marek Oleniacz
Asystent reżysera / inspicjent / sufler Monika Handzlik

Układ (The Arrangement)

 

„Nikt nie może żyć tak, jakby chciał. WSZYSCY POŚWIĘCAMY JAKĄŚ DOZĘ SWOJEGO CZASU, ŻEBY MIEĆ DACH NAD GŁOWĄ I PEŁNĄ MISKĘ. TO JEST NASZ UKŁAD ZE SPOŁECZEŃSTWEM, które samo w sobie też jest jakimś układem. Każdy rezygnuje z kawałka duszy, by mieć kawałek chleba” – mówi psychiatra leczący głównego bohatera skandalizującej powieści Kazana.

Eddie Anderson jest doskonałym produktem społeczeństwa dobrobytu: ma pieniądze, sławę, rodzinę i kochankę. Żeby dodać sytuacji pikanterii, Eddie Anderson jest doskonałym producentem społeczeństwa dobrobytu: pracuje w agencji reklamowej. Cynicznie konsumuje i nakłania do konsumpcji, dopóki nie zapragnie pod wpływem bezkompromisowej Gwen wyrwać się z zaklętego kręgu – czy też układu – i odzyskać siebie, nawet za cenę śmierci. Gorzej: za cenę utraty majątku i pozycji towarzyskiej.

Jednak nie jest to kolejna opowieść o odkupicielskiej sile miłości, ani też o wyzwalającym odrzucaniu masek. Zamiast romantycznego idealizmu mamy w niej dotkliwy realizm. „WSZYSCY UDAJEMY, ŻE LUBIMY RZECZY, KTÓRE BUDZĄ W NAS WSTRĘT. ZWYKLE UDAJEMY TAK DŁUGO, ŻE ZAPOMINAMY O WSTRĘCIE. I to jest właśnie cywilizacja. Nic lepszego nie wymyślono póki co.”

Elia Kazan w 1969 zaadaptował własną powieść na duży ekran, kolejny raz w reżyserskiej karierze rzucając zadowolonemu z siebie amerykańskiemu społeczeństwu wyzwanie. Film z udziałem Kirka Douglasa, Faye Dunaway i Deborah Kerr uznano za kontrowersyjny; mistrz poprzedniej dekady wpisał się nim idealnie w kulturalno-obyczajową rewolucję końca lat sześćdziesiątych.

Realizacja Michała Kotańskiego jest pierwszą w świecie sceniczną wersją „Układu”. Jak reżyser urodzony dziewięć lat po głośnej publikacji zaadaptował go do współczesności?

 

Prapremiera:  8 lutego 2013, Scena na Sarego 7

Gala premierowa: 21 marca, Duża Scena

W spektaklu jako rekwizyty użyte zostały wyroby tytoniowe.

Elia Kazan (Kazanjoglous), jeden z najwybitniejszych reżyserów filmowych i teatralnych w historii, urodził się w Konstantynopolu w 1909 w greckiej rodzinie, która cztery lata później wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych. Studiował w Williams College w Massachusetts i w Drama School na Yale University.

W 1932 roku dołączył do Group Theatre w Nowym Jorku prowadzonego przez Lee Strasberga; zespół wyznawał lewicowe poglądy polityczne i zależało mu na tworzeniu spektakli dotyczących istotnych kwestii społecznych. W 1934 Kazan wstąpił do Amerykańskiej Partii Komunistycznej, której szeregi opuścił po niecałych dwóch latach na wieść o stalinowskich czystkach w ZSRR; został też aktywistą Actors Equity Association, aktorskiego związku zawodowego. Wystąpił w dwóch filmach Anatola Litvaka: „Droga do sukcesu” („City for Conquest” 1940) i „Blues in the Night” (1941).

Zainteresowanie reżyserią zaowocowało filmami poruszającymi istotne kwestie, jak chociażby rasizm czy antysemityzm, utrzymanymi w poetyce realizmu społecznego: „Drzewko na Brooklynie” („A Tree Grows in Brooklyn” 1945), „Dżentelmeńska umowa” („Gentlemen's Agreement”), „Morze traw” („The Sea of Grass”), „Boomerang!” (1947), „Pinky” (1949) i „Panika na ulicach” („Panic in the Streets” 1950).

W 1947 roku Kazan wraz ze Strasbergiem i Cheryl Crawford założyli Actors Studio, gdzie nauczali nowatorskiej w Ameryce metody Stanisławskiego, opartej na realizmie psychologicznym postaci scenicznej oraz obserwacji, wyobraźni i wewnętrznym doświadczeniu emocjonalnym aktora. Wychowankowie szkoły przyczynili się do społeczno-kulturowej rewolucji nie tylko w Stanach Zjednoczonych. Do pierwszych i najsłynniejszych należeli: Marlon Brando, Rod Steiger, Karl Malden, Montgomery Clift, Eli Wallach, Julie Harris, Warren Beatty, James Dean i Paul Newman; Marilyn Monroe oddała się pod opiekę Strasbergów już będąc międzynarodową gwiazdą kina.

W tym samym roku Kazan w Coronet Theatre wyreżyserował sztukę młodego Arthura Millera „All My Sons”, w której wystąpili m.in. Malden i Arthur Kennedy. Inscenizacja zdobyła New York Drama Critics' Circle Award i była wystawiana 328 razy. Również w 1947 wyreżyserował nagrodzony Pulitzerem dramat Tennessee Williamsa „Tramwaj zwany pożądaniem” („A Streetcar Named Desire” 1947) z udziałem Marlona Brando, Jessiki Tandy i Maldena, który cztery lata później zaadaptował dla kina.

1947 okazał się znaczący nie tylko artystycznie; wówczas również Komisja ds. Badania Działalności Antyamerykańskiej rozpoczęła w środowisku filmowym dochodzenie, które rychło przekształciło się w paranoidalną nagonkę na artystów i wolnomyślicieli. W odróżnieniu od kolegów, którzy odmówili zeznań, ryzykując wolność i karierę, reżyser w 1952 zadenuncjował kilkoro znajomych o lewicowych poglądach (w tym żonę Strasberga, Paulę Miller), co nigdy nie zostało mu zapomniane.

Następnym wspólnym przedsięwzięciem Kazana i Millera była „Śmierć komiwojażera” w Morosco Theatre w 1949; przedstawienie wyróżniono Tony Awards dla najlepszej sztuki, aktora drugoplanowego, autora, producenta i reżysera. Przedstawienie zagrane 742 razy zdobyło New York Drama Critics' Circle Award, zaś autora nagrodzono Pulitzerem.

Ponieważ dzięki zeznaniom przed komisją McCarthy’ego Kazan nie znalazł się na „czarnej liście” osób objętych zakazem pracy w przemyśle rozrywkowym, mógł w spokoju realizować kolejne obrazy o wciąż trudnej tematyce: „Viva Zapata!” (1952), „Człowiek na linie” („Man on a Tightrope” 1953), „Twarz w tłumie” („A Face in the Crowd” 1957) i „Dzika rzeka” („Wild River” 1960). Pomimo asekuranckiej postawy życiowej twórcy, jego filmy były jednymi z odważniejszych intelektualnie i obyczajowo, obnażały dwulicowość społeczeństwa konsumpcyjnego i kreowały nowych bohaterów zbiorowej wyobraźni, jak Brando, Dean czy Beatty. O lekceważonych dotąd przez Hollywood problemach wyobcowanych młodych ludzi opowiadały „Na nabrzeżach” („On the Waterfront” 1954), „Na wschód od Edenu” („East of Eden” 1955), „Baby Doll” (1956) i „Wiosenna bujność traw” („Splendor in the Grass” 1961). Z kolei o powojennych traumach weteranów z Wietnamu traktował nakręcony według scenariusza syna obraz „Goście” („The Visitors” 1972).

W 1959 rozstał się z teatrem, a w 1976 z filmem – ekranizacją „Ostatniego z wielkich” F.S. Fitzgeralda („The Last Tycoon”). W twórczym dorobku reżysera znajduje się także kilka znakomicie przyjętych przez krytykę i czytelników powieści: „Ameryka, Ameryka” („America, America” 1962), „Układ” („The Arrangement” 1967) – obie w autorskiej reżyserii przeniesione na duży ekran w 1963 i 1969, „Zabójcy” („The Assassins” 1972), „Dubler” („The Understudy” 1974), „Akty miłości” („The Acts of Love” 1978), „The Anatolyan” (1982) i „Poza Morze Egejskie” („Beyond the Aegean” 1994) oraz autobiografia „A  Life” (1988), nazwana „najprawdopodobniej najlepszą autobiografią w przemyśle rozrywkowym stulecia”.

Wielokrotnie wyróżniany najważniejszymi nagrodami filmowymi i teatralnymi oraz nominacjami do nich, w 1999 uhonorowany został Oscarem za całokształt twórczości. O ile jego zasługi na polu artystycznym są bezdyskusyjne, o tyle ze względu na zachowawczą postawę w czasach „polowania na czarownice” część gości oscarowej gali nie wzięła udziału w stojącej owacji. Trzykrotnie żonaty (z Molly Thatcher, Barbarą Loden i Frances Rudge), zmarł jesienią 2003, a przez media znów przetoczyła się dyskusja o moralnych aspektach jego życia i twórczości.

 

Radosław Paczocha, urodzony w 1977 dramatopisarz, scenarzysta i dramaturg. Jest absolwentem polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim oraz wiedzy o teatrze w Akademii Teatralnej w Warszawie. Dwukrotnie był stypendystą Ministra Kultury, a w tym roku jest również stypendystą programu „Młoda Polska” ufundowanego przez Narodowe Centrum Kultury. W ramach stypendium pisze dramat o Broniewskim.

Przez sześć lat był związany z Teatrem Powszechnym w Warszawie (2004-2010), gdzie pełnił funkcję sekretarza literackiego. Wcześniej pracował jako recenzent w składzie redakcji miesięcznika „Teatr” w latach 2003-2004. Publikował w „Teatrze”, „Dialogu”, „Scenie”, „Pamiętniku Teatralnym”, „Opowieściach”, „Aspiracjach” oraz wydawnictwach Teatru Narodowego oraz Teatru Wybrzeże.

Jest autorem sztuk: „Zapach czekolady”, „Przyjaciel”, „Bar Babylon”, „Beniamin”, „Faza delta”, „Być jak Kazimierz Deyna” (także autor scenariusza filmowego) oraz scenariuszy teatralnych „Balu z  Szekspirem” (premiera w Teatrze Muzycznym w Poznaniu w 2006) i „Anny Kareniny” (premiera w Lubuskim Teatrze w Zielonej Górze w lutym 2012). Jego teksty tłumaczone były na angielski, niemiecki, rosyjski, czeski oraz gruziński.

Michał Kotański, reżyser teatralny urodzony w 1976. Absolwent Wydziału Reżyserii Dramatu krakowskiej PWST. Studiował również filozofię na Uniwersytecie Warszawskim. Był asystentem Jerzego Jarockiego, Andrzeja Wajdy, Jerzego Golińskiego, Mikołaja Grabowskiego, Krystiana Lupy, Andrzeja Seweryna, Rudolfa Zioły, Achima Freyera.

W 2003 zadebiutował „Polaroidami” M. Ravenhilla w Starym Teatrze (spektakl zaproszony na 43. Kaliskie Spotkania Teatralne – Festiwal Sztuki Aktorskiej). Kolejne realizacje teatralne to m.in.: „Komediant” T. Bernharda w toruńskim Teatrze im. W. Horzycy (2005), „Tajemna ekstaza” D. Hare’a w Teatrze Powszechnym w Warszawie (2005, spektakl zaproszony na V Festiwal Dramaturgii Współczesnej „Rzeczywistość Przedstawiona” w Zabrzu), „Językami mówić będą” A. Bovella w Narodowym Starym Teatrze (2006), „Spalenie matki” P. Sali (2007, zaproszone na II Festiwal Polskich Sztuk Współczesnych R@port w Gdyni i 47. Kaliskie Spotkania Teatralne) oraz „Loretta” G.F. Walkera (2008) w Teatrze Wybrzeże, „Produkt” M. Ravenhilla (2009) oraz „Letnicy” M. Gorkiego w Teatrze im. S. Jaracza w Olsztynie(2010) i w Teatrze im. Aleksandra Sewruka w Elblągu (2012), „Przed odejściem w stan spoczynku” T. Bernharda w warszawskim Teatrze Studio (2010), „Anna Karenina” L. Tołstoja w Teatrze im. L. Kruczkowskiego w Zielonej Górze (2012), „Być jak Kazimierz Deyna” R. Paczochy w Teatrze Dramatycznym im. Jerzego Szaniawskiego w Płocku (2012 i „Cleverproject” prezentowany w trakcie Gdańskiego Festiwalu Tańca (2012).

Zrealizował również dwa słuchowiska radiowe („Zapach czekolady” R. Paczochy oraz „Burmistrz” M. Sikorskiej-Miszczuk).

Magdalena Tarnowska, „Jedyny nadmiar, który nie szkodzi”, „Dziennik Teatralny”, 11 lutego 2013:


Masz wszystko, możesz mieć więcej. Przecież liczy się ilość. Nie ma miejsca na rodzinę, zainteresowania, religię. To on jest religią. Pieniądz - bóg bezkompromisowy i elitarny. Chcesz więcej, szybciej, natychmiast. Bank jest jak tabernakulum. Mnożą się zera na koncie, aż w końcu, nie wiadomo kiedy, sam stajesz się jednym z nich...

Brzmi współcześnie? Aż za bardzo. A przecież „Układ"  Elii Kazana to powieść napisana pod koniec lat 60., głęboko osadzona w ówczesnych realiach amerykańskich. Nieosiągalny dla Polaków w tamtym okresie wzorzec życia, przejęliśmy z całym ''dobrodziejstwem inwentarza'' dopiero po upadku komunizmu. Właśnie dlatego (paradoksalnie), opisana przez autora prawie pół wieku temu rzeczywistość, dziś jest nam zdecydowanie bliższa. W spektaklu Teatru Bagatela ten efekt uniwersalizmu treści udało się utrzymać. Duża w tym zasługa Radosława Paczochy – autora teatralnej adaptacji. Pozornie, przeniesienie na deski teatru niekończącego się monologu (którym jest „Układ"), wydaje się być pomysłem chybionym - niesceniczność bywa jedną z przyczyn nużących dłużyzn. Ale nie tym razem. Przeplatające się z sobą sceny statyczne i dynamiczne, którym towarzyszą zmiany świateł,  nadają całości idealnie wyważone tempo.

Sama opowieść o egzystencji i społecznym samobójstwie też brzmi znajomo. W życiu każdego człowieka przychodzi taki moment, kiedy nagle praca domowa umiera śmiercią naturalną, wojna przestaje być tylko grą karcianą, a „zabezpieczać się" zaczyna znaczyć zupełnie coś innego. Dorosłość. A wraz z nią stabilizacja. Eddie – główny bohater „Układu"  ten etap ma już za sobą. Mieszka w ogromnym domu z żoną i nastoletnią córką, pracuje w dobrze prosperującej agencji reklamowej – krótko mówiąc jest człowiekiem sukcesu. W pewnym momencie zdaje sobie sprawę, że namawianie klientów do konsumpcji ma niewiele wspólnego z etyką. Próba ustalenia nowych priorytetów dużo go kosztuje. Ceną za wyzwolenie się z niewygodnego układu jest utrata statusu społecznego i zmiany, których konsekwencji nie będzie można w żaden sposób cofnąć...

Spektakl w reżyserii Michała Kotańskiego to prawie majstersztyk. Na szczególną uwagę zasługuje przede wszystkim gra aktorska. W przypadku Dariusza Starczewskiego (Eddie Anderson) – wybitna. Etapy procesu przemiany wewnętrznej, którą bohater przechodzi na oczach widza, mają swoje odbicie w sposobie mówienia aktora, jego wyglądzie, gestach. Autentyczność i wiarygodność tej  kreacji momentami naprawdę poraża. Starczewski przyciąga uwagę, uwodzi głosem, realistycznie oddaje emocjonalne stany ducha. Dzięki temu Eddie jest postacią wyjątkową, a jednocześnie sprawia wrażenie everymana, kogoś bliskiego doświadczeniu odbiorcy. To niezwykła rola, wywołująca naturalną, prawie bezwarunkową skłonność widza do śledzenia losów postaci, powodująca, jeśli nie utożsamienie, to przynajmniej głeboką identyfikację z problemami i postawą głównego bohatera. Eddie Starczewskiego, to studium draństwa wobec bliskich i uczciwości wobec siebie, pomijanie w swoich rozważaniach elementów akceptacji wartości i zasad, które obniżałyby własne poczucie postawy nonkonformistycznej, a nawet antykonformistycznej.

Słowa uznania należą się również przekonywującemu w roli Ojca - Pawłowi Sanakiewiczowi. Udało mu się zachwycić sugestywną interpretacją postaci chorego człowieka, który nieustannie myśli i mówi o pieniądzach. Jego natrętne przekonanie, że pieniądze a ściślej ich brak, są przyczyną wszelkich nieszczęść jakich w ciągu swojego życia doznaje - stoi w głebokiej opozycji wobec postawy syna. Sanakiewicz udowadnia, że również w drugoplanowej roli można odnaleźć cechy, które przetworzone przez "maszynę" aktorskiego warsztatu podnoszą ją do rangi interpretacyjnej perełki.

Na uwagę zasługuje także postawa Eweliny Starejki grającej Gwen - pozornie stojącej najniżej, w obyczajowej hierarchii postać dramatu. Jednak Starejki wzmacnia w tej postaci cechy kobiety pięknej, z charakterem, rozpaczliwie poszukującej szczęścia, wzbudzającej swoją determinacją, uporem i wytrwałością w tym poszukiwaniu, życzliwość i sympatię. Myślę, że nie tylko damskiej części widowni.

Pisząc o zaletach realizacji nie sposób pominąć kilku ciekawych rozwiązań technicznych. Trafione jest wykorzystanie ekranu i wplecenie w narrację prowadzoną z perspektywy Eddiego, spotów reklamowych. Wszak główny bohater to producent kampanii Zefirów -  "papierosów, które nie szkodzą". Oprócz tego do plusów można zaliczyć  wizualną stronę przedstawienia: dobrze dobrane do osobowości postaci kostiumy oraz powściągliwą scenografię Tomasza Brzezińskiego w roli przysłowiowej kropki nad "i". Mniej więcej w trzech czwartych spektakl dość niepokojąco traci tempo. Na szczęście jego puls odzyskuje "równowagę" i już bez przeszkód dobiega do nieco zaskakująco szczęśliwego końca.

„Układ" trzeba zobaczyć koniecznie. To spektakl z gatunku tych, które można oglądać drugi raz, mając wrażenie, że jeszcze się ich nie widziało. Wielość aspektów, płaszczyzn odbioru sprawia, że odkrywanie nowych sensów i konfrontowanie ich z własnym doświadczeniem staje się interesującym wyzwaniem. A co z teorią, że w nadmiarze wszystko szkodzi? No cóż, jak dotąd nie stwierdzono negatywnych skutków nadmiaru intelektualnej konsumpcji. I może tego się trzymajmy.”

Bohater naszych czasów – rozmowa z Radosławem Paczochą, autorem adaptacji Układu

 

– Od momentu, kiedy usłyszałam, że Michał Kotański będzie reżyserował Układ wg książki Elii Kazana w pańskim przekładzie i adaptacji, zadaję sobie pytanie, dlaczego ten tytuł? Skąd pomysł by sięgnąć po utwór sprzed czterdziestu kilku lat? Owszem, Układ ongiś był bardzo modną pozycją literacką, chyba – przede wszystkim – ze względu na nazwisko autora, wybitnego hollywoodzkiego reżysera, ale działo się tak w młodości naszych rodziców. Dzisiaj to nie jest pozycja topowa.

– To prawda, w Polsce moda na Kazana minęła, ale jakby paradoksalnie świat, który Kazan opisywał staje się coraz bardziej „nasz”. Dla mnie ciekawe jest to, że Kazan w Układzie patrzy na amerykańską rzeczywistość z dwóch punktów widzenia: z perspektywy outsidera oraz z perspektywy wychowanego w Ameryce dziecka. Spojrzenie outsidera mógł zachować dzięki rodzicom i domowi, w którym się wychował. To byli tureccy Grecy pochodzący ze Stambułu (tam urodził się Kazan), którzy przyjechali do Ameryki za chlebem, kiedy Elia miał cztery lata. Wychował się więc z amerykańskimi rówieśnikami, ale dom miał tradycyjnie grecki, jego rodzice bardziej żyli w „tamtym” świecie, który dla Elii już nie istniał, istniał tylko w głowach i obyczajach jego rodziców. Ta podwójna perspektywa pozwoliła mu opisywać Amerykę i jej społeczeństwo z większym dystansem i krytycyzmem niż zwykły autochton. Wydaje mi się, że opisywanie tego dosyć przecież agresywnego kapitalizmu, z jakim na co dzień się spotykał, z punktu widzenia kogoś, kto stoi na granicy dwóch światów, stało się dużą wartością tej powieści. Dzięki tej podwójnej perspektywie udało mu się dokonać nie tylko dogłębnej wiwisekcji bohatera, ale także umożliwiło mu rozprawienie się z całą otaczającą go rzeczywistością. W konsekwencji tego „podwójnego widzenia” Kazan wystawia mało pochlebną cenzurę rzeczywistości zdominowanej przez pieniądz. Nota bene w trakcie pracy nad adaptacją zobaczyłem w Układzie możliwość pokazania bohatera trochę takiego jak z naszej Kartoteki, tylko oczywiście byłaby to Kartoteka doby kapitalizmu.

 

– Co pan przez to rozumie?

– Mając pełną świadomość, że do hasła Kartoteka nie wszystkie rzeczy przylegają albo przylega ich za dużo, to jednak i tu, czyli w Układzie, jak i w Różewiczowskiej Kartotece, można znaleźć silnie naszkicowane poczucie obcości w konfiguracji: bohater – reszta świata. Poza tym zarówno Bohater Kartoteki, jak i Eddie odmawiają działania, a ich bierność staje się swoistym papierkiem lakmusowym dla działań innych, rodziny, przyjaciół, kumpli z pracy. W pewnym momencie Eddie zachowuje się tak jakby jego wola była sparaliżowana, jakby stracił instynkt samozachowawczy,  a świat zewnętrzny nieustannie próbuje go pobudzić do działania. I wtedy trochę jak w moralitetowych mansjonach odwiedzają Eddiego bliscy i znajomi dzieląc się swoimi mądrościami na temat życia, szantażując go albo próbując mu pomóc. Każdy coś od niego chce, a sam Eddie nie wie czego chce, stracił czucie, stracił chęć życia. Podobnie jest w Kartotece.

 

– Zaczynam odnajdywać odpowiedź na pytanie: dlaczego Układ.

– Eddie jest „bohaterem naszych czasów”. Powiedziałbym więcej: bohaterem naszych polskich kapitalistycznych czasów. Czterdzieści parę lat temu, a nawet ćwierć wieku temu, jego problemy były nam właściwie obce. Nie tylko dlatego, że praktycznie nie istniały agencje reklamowe…  Za to dziś w głównym bohaterze Układu widzę bezimiennego, trochę moralitetowego everymana współczesnego kapitalizmu, który wypisuje się z tego kapitalizmu nie dlatego, że przegrywa, tylko dlatego, że dochodzi do wniosku, że jest jedynie maszynką do pomnażania pieniędzy. Świat, w którym żyje proponuje mu zbyt szybkie tempo życia i zbyt monolityczne życie, w którym Eddie nie znajduje miejsca na swoje duchowe potrzeby, mało tego: nie umie ich nawet dla siebie zdefiniować. I kiedy to sobie uświadamia, stara się zmienić swoje życie.

 

– Dużo z nas dochodzi do podobnego mentalnego momentu. Chcemy się „wypisać” z układów…

– Myślę, że między innymi dlatego, że my też mamy taką podwójną perspektywę, jaką miał Kazan. My też jesteśmy poniekąd dziećmi imigrantów. Imigrantów z socjalizmu, czy jak kto woli: komunizmu. Nasi rodzice są trochę jak ci tureccy Grecy w kapitalistycznej Ameryce, ich przystosowanie do świata komunizmu ma się nijak do dzisiejszych czasów. I dlatego na rynku pracy musieliśmy uczyć się od przysłowiowego zera. Z drugiej strony mamy świadomość, że przecież można inaczej, że w świecie naszych rodziców było to możliwe… Dlatego wielu z naszych protoplastów, podobnie jak ojciec Eddiego, jest zanurzonych w przeszłości. Jeśli odpowiednio dobrze sprzeda się swoim potomkom legendę „tamtych lat”, może to być – między innymi – impulsem do podjęcia decyzji o „wypisaniu się” z zależności…

 

– Faktycznie wydaje się, że zerwanie z dotychczasowym życiem jest jakąś receptą w momencie, gdy rzeczywistość zaczyna ciążyć. Ale tak naprawdę niewielu może tak postąpić. Nie każdy ma odwagę rzucić wszystko i przenieść się w Bieszczady. Nie mówiąc o tym, jak by te Bieszczady wyglądały, gdybyśmy tam wszyscy się znaleźli…

– Obcość Eddiego w stosunku do świata ojców, jak i do jego świata współczesnego, skazuje go na szukanie własnej drogi. Ta droga wcale nie okazuje się łatwa i jakaś świetlana, ale jest jego własna i to stanowi o jej wartości. A nawiązując do tego naszego współczesnego wypisywania się z dotychczasowego życia, chciałbym częściej słyszeć kompletne relację z ust ludzi, którzy podjęli taką próbę. Bo tak modne dziś dziennikarskie reportaże na te tematy, są niestety dosyć schematyczne, zwykle pokazują tylko dwa akty tego wypisywania się, czyli było mi źle, zmieniłem swoje życie, jestem teraz szczęśliwy. Tylko gdzie jest to piekło podejmowania decyzji? Gdzie te wszystkie konsekwencje wypisania się z układów? Rodzinnych, społecznych, utrata statusu? Te historie brzmią z reguły zbyt kolorowo i optymistycznie, tak jakby ktoś chciał tchnąć w nas nadzieję, że wszystko możemy, że to jest cały czas możliwe, że jest w zasięgu ręki, więc nie musimy się śpieszyć…

 

– Za to Kazan o tym nie zapomniał napisać.

– Owszem, pokazał, że zmiana dotychczasowego status quo to nie bajka. Układ to nie jest jakaś naiwna opowiastka, tylko kawał dobrej literatury. Kazan pokazuje wszystkie etapy: było mi źle, więc podjąłem decyzję, że się z tego wypisuję, a w konsekwencji tego było mi jeszcze gorzej, wszyscy moi znajomi i rodzina mnie znienawidzili, próbowałem popełnić samobójstwo, nie udało się, podniosłem się i teraz odzyskałem czucie. Ale czy to jest życie poza układem? Nie, to jest tylko bardziej świadome życie. No, tylko albo aż…

/rozmawiała Magdalena Furdyna/