Wujaszek Wania

Antoni Czechow

Czas: 130 min 1 Scena na Sarego 7

Tłumaczenie Jarosław Iwaszkiewicz
Reżyseria Waldemar Śmigasiewicz
Scenografia Maciej Preyer
Muzyka Mateusz Śmigasiewicz
Asystent reżysera/ inspicjent/ sufler Sylwia Domin

Wujaszek Wania (Дядя Ваня/Diadia Wania)

 

...gdzie można smucić się, tęsknić, mieć marzenia, kochać, łudzić się – tyleż beznadziejnie, co jednak z wiarą w sens życia.

W zapomnianym majątku profesora Sieriebriakowa pod nieobecność ojca mieszka Sonia pod opieką babki, pani Wojnickiej, i jej syna Iwana, zwanego przez wszystkich „wujaszkiem Wanią”, oraz starej niani. Do stałych gości należą mający skłonność do alkoholu lekarz Astrow i zubożały sąsiad Tielegin, snujący się po kątach z gitarą. Niespodziewana wizyta profesora z drugą żoną, młodą i piękną Heleną, nie tylko zakłóca im spokój, ale też zmusza do przewartościowania dotychczasowego życia, które pozornie tylko pozostanie niezmienione.

Z pietyzmem dla szczegółu i dbałością o psychologiczną wiarygodność postaci, tworzył Czechow dramaty jednocześnie silnie zakorzenione w swej współczesności i niezmiennie aktualne w każdych okolicznościach czasoprzestrzennych. Prawdopodobnie nie ma widza, który w czechowowskich bohaterach nie odnalazłby choć części własnych pragnień, tęsknot, utraconych nadziei, niemocy, lęków czy obaw – ale też i radości. Nie bez powodu Virginia Woolf nazwała pisarza „najsubtelniejszym analitykiem relacji międzyludzkich”.

 

Premiera: 11 listopada 2011, Scena na Sarego 7

Anton Pawłowicz Czechow, rosyjski nowelista i dramatopisarz, z zawodu lekarz, urodził się 29 stycznia 1860 w Taganrogu, zmarł na gruźlicę 15 lipca 1904 w sanatorium w Badenweiler.

Był mistrzem małych form literackich; na jego wczesną twórczość (1880–86) składa się wiele drobnych utworów, humoresek, felietonów, anegdot, drukowanych (głównie pod pseudonimem Antosza Czechonte) w pismach humorystycznych (m.in. „Striekoza”, „Oskołki”); przeważały tu obrazki obyczajowe, miniatury z życia urzędników, kupców, ziemian i chłopów, łączące komizm z wyraźnymi akcentami krytyki społecznej (m.in. „Śmierć urzędnika” 1883, „Kapral Priszybiejew” 1885, „Kameleon” 1884). Protest i potępienie bierności społecznej wobec zła wyraził w „Nieciekawej historii” (1889), a zwłaszcza w „Sali nr 6” (1892).

W 1890 odbył podróż na Sachalin, słynne miejsce zesłania i katorgi; w jej wyniku powstał utwór „Sachalin” (1895), swoiste połączenie pracy naukowej ze szkicem historycznym, w którym Czechow wystąpił jako lekarz-naukowiec, pisarz i społecznik. Polemizował z liberalną teorią „małych czynów”, wykazując bezsens późnonarodnickiego programu filantropijnego (opowiadanie „Dom z facjatką” 1896), krytycznie ustosunkował się do moralistyki L. Tołstoja (opowieść „Chłopi” 1897).

Światowy rozgłos zyskały dramaty „Mewa” (1896), „Wujaszek Wania” (1897, prem. 1899), „Trzy siostry” (1901), „Wiśniowy sad” (1904), odtwarzające tragizm powszedniej egzystencji zwykłych, przeciętnych ludzi, zazwyczaj pozbawionych woli działania. Wplecione w monotonię codzienności konflikty ukazywał w aspekcie ogólnoludzkim, społeczno-psychologicznym, a zarazem czysto rosyjskim. „Mewa” spotkała się początkowo z tak wielkim niezrozumieniem publiczności i krytyków, że pisarz początkowo postanowił nigdy więcej nie napisać niczego dla teatru.

Dramaturgia Czechowa, o specyficznych właściwościach formalnych, niwelująca tradycyjny podział na gatunki literackie, eksponująca warstwę epicką oraz szczególną rolę podtekstu i aluzyjności, jakkolwiek jest związana tematycznie z życiem i problemami społeczeństwa rosyjskiego, zwłaszcza inteligencji przełomu XIX i XX w., ma wymiar uniwersalny, dociera do świadomości estetycznej czytelników i widzów z różnych kręgów kulturowych. Do wyróżniających się polskich wystawień utworów dramatycznych Czechowa należą inscenizacje: K. Dejmka („Trzy siostry” 1961, „Wujaszek Wania” 1968), E. Axera („Trzy siostry” 1963), J. Jarockiego („Wiśniowy sad” 1973).

 

/na podst. PWN/

Waldemar Śmigasiewicz- reżyser teatralny i profesor na Wydziale Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej, urodził się w 1953 roku w Warszawie. Absolwent PWSFTviT w Łodzi, po studiach rozpoczął pracę dydaktyczną na Wydziale Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku, a później współpracował z krakowską PWST. W latach 1985-1990 realizował tam przedstawienia dyplomowe na Wydziale Aktorskim. Za jedno z nich - „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza - otrzymał Grand Prix na Europejskim Festiwalu Szkół Teatralnych w Lyonie w 1987 roku.

Pracował na bardzo wielu scenach w Polsce, m.in.: w Warszawie w Teatrze Powszechnym, Polskim i Ateneum, w Krakowie na scenach Starego Teatru, Teatru im. Juliusza Słowackiego, Teatru Bagatela, Teatru STU, a także we Wrocławiu, gdzie realizował spektakle w Teatrze Polskim i w Teatrze Kalambur, w Poznaniu na deskach Teatru Nowego i Teatru Animacji oraz w Teatrze Miejskim w Gdyni.

Reżyser około stu spektakli, laureat licznych nagród i wyróżnień specjalną sympatią darzy twórczość Witolda Gombrowicza, którego zarówno dramaty jak i prozę wielokrotnie przenosił na teatralne deski.

Między innymi w Teatrze Bagatela reżyser przygotował dwa gombrowiczowskie spektakle: „Kosmos” (1998) i „Hulajgębę” (2006) na podstawie „Ferdydurke” i „Dzienników” , czy ostatnio „Pornografię” w warszawskim Teatrze Powszechnym (2008).

Ale nie tylko Gombrowicz określa reżyserskie prace Śmigasiewicza. Są wśród nich zarówno broadwayowski przebój - komedia muzyczna „Wystarczy noc” Neila Simona i Marvina Hamlischa - oraz  „Zbrodnia i kara” grane w naszym Teatrze, jak i „Hamlet” (Teatr Nowy w Poznaniu) czy „Proces” Kafki (Teatr Miejski w Gdyni).

Jedne z ostatnich prac teatralnych Śmigasiewicza to: „Kieszonkowy atlas kobiet” Sylwii Chutnik (Teatr Powszechny w Warszawie, 2009), kapitalny monodram „Ojciec Bóg” Katarzyny i Jacka Wasilewskich (2011), czy najnowsze „Jesteś piękne – mówię życiu” wg Wisławy Szymborskiej (Teatr Powszechny w Warszawie, 2011).

Spośród kilkudziesięciu nagród i wyróżnień, jakie otrzymał Śmigasiewicz, należy wymienić:

  • 1984 - Nagroda publiczności w Policach dla przedstawienia „Wesołe przygody Koziołka Matołka” wg Kornela Makuszyńskiego w OTO "Kalambur" we Wrocławiu na 19. Ogólnopolskim Przeglądzie Teatrów Małych Form w Szczecinie;
  • 1987 - Główna nagroda na Festiwalu w Milwaukee w USA za „Tango” Mrożka;
  • 1994 - Statuetka Pegaza - nagroda programu telewizyjnego "Pegaz" za reżyserię „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza w Teatrze Miejskim w Gdyni;
  • 1998 - Złoty Piernik, Grand Prix Festiwalu dla przedstawienia „Ubu król” Alfreda Jarry'ego w Teatrze Animacji w Poznaniu na 5. Toruńskich Spotkaniach Teatrów Lalek;
  • 1999 - Nagroda za reżyserię przedstawienia „Kosmos” wg Witolda Gombrowicza w Teatrze Bagatela w Krakowie na 24. Opolskich Konfrontacjach Teatralnych;
  • 2000 - Wyróżnienie zbiorowe dla twórców przedstawienia „Ślub” Witolda Gombrowicza w Teatrze im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu na 40. Kaliskich Spotkaniach Teatralnych; Kaliska nagroda "Wojciecha" dla najlepszego przedstawienia sezonu w Teatrze im. Bogusławskiego w Kaliszu dla „Ślubu” Witolda Gombrowicza;
  • 2002 - Nagroda za reżyserię „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza w Teatrze Powszechnym w Łodzi na 27. Opolskich Konfrontacjach Teatralnych; Złota Maska - nagroda łódzkich recenzentów dla najlepszego reżysera sezonu 2001/2002 - za reżyserię „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza w Teatrze Powszechnym w Łodzi;
  • 2004 - Nagroda za muzykę do „Ślubu” Witolda Gombrowicza w Bałtyckim Teatrze w Koszalinie na 29. Opolskich Konfrontacjach Teatralnych;
  • 2005 - "Leon 2005" - nagroda dla przedstawienia „Szlachcica poczciwego portret własny” wg Mikołaja Reja na 8. Winobraniowych Spotkaniach Teatralnych w Zielonej Górze; Nagroda artystyczna prezydenta miasta Gdyni w dziedzinie teatru za reżyserię przedstawienia „Trans-Atlantyk” Witolda Gombrowicza na Scenie Letniej Teatru Miejskiego w Gdyni;
  • 2009 - III miejsce w plebiscycie publiczności dla przedstawienia „Mimo wszystko” Johna Murrella z Teatru Współczesnego w Warszawie na 39. Jeleniogórskich Spotkaniach Teatralnych;
  • dwukrotna nominacja do Paszportów Polityki w kategorii Teatr.

XV Polkowickie Dni Teatru - galeria zdjęć i wywiady

 

Paweł Głowacki, „Domostwo 26 pokojów”, „Dziennik Polski” online, 5 stycznia 2012:

„Gdy znów pójdę do nich z wizytą, by kolejny raz odczuć, jak delikatnie przez dwie godziny niczego ode mnie nie chcą, niczego poza bliskością - do kogo się przysiądę? Przy kim stanę?

Z kim będę się włóczył po skrytych za wielkim jak warownia kredensem i szarymi szafami korytarzach domu, o którym emerytowany profesor Sieriebriakow (Paweł Sanakiewicz) powie: "Dwadzieścia sześć wielkich pokojów, wszyscy się rozłażą i nigdy nikogo nie można znaleźć"?

Stareńki Parobek (Piotr Różański) uparcie konserwuje samowar, bo wszystko może się zdarzyć, nawet świata koniec, lecz nie może być tak, by herbaty nie podano. Usiąść przy nim - który ratuje plan boży? A może przy Soni (Magdalena Walach) - dobroci o jasnym mózgu, co się jej miłość do Astrowa (Wojciech Leonowicz) w palcach rozsypuje jak próchno? Astrow - pan o sennych powiekach człowieka całe życie kontemplującego siną dal. Jego uczucie do młodej Heleny (Urszula Grabowska), żony Sieriebriakowa, smakującej swe wystyganie u boku dziecinniejącego, przez podagrę zżeranego emeryta - kolejna garść próchna w labiryncie 26 pokojów. Sieriebriakow - łysa bezsenność, błąkająca się między dniami i nocami. Jeszcze przykrywający swą nędzę fircykowatością Tielegin (Marek Bogucki). Jeszcze podobna do pszczoły Maria Wojnicka (Alicja Kobielska) - Królowa Matka, co słowo, co gest gubiąca się w nieubłaganych katatoniach. Wreszcie Wujaszek Wania (Dariusz Starczewski) - ciemna, basowa furia, puchnąca na zerze, co wyszło z podsumowania minionego życia. Przy kim usiąść? Za kim stanąć? z kim się włóczyć?

Co właściwie powiedziałem, wymieniając rezydentów domostwa 26 pokojów? Mało, prawie nic. Tylko dotknąłem 8 punktów hipnotycznej całości - wyreżyserowanego przez Waldemara Śmigasiewicza "Wujaszka Wani" Antoniego Czechowa. 8 aktorów, doskonale przez Śmigasiewicza zapętlonych. 8 punktów, pląsających na tafli od zawsze obojętnego czasu. 8 milczeń, przerywanych kruchym słowem, strzępem zdania, nagłym wrzaskiem, po czym znów to, co najważniejsze - pajęczyna, dla widza nie do ogarnięcia. Tak, 8 samotności, pod których słowami Śmigasiewicz rozpiął detaliczną pajęczynę gestów, tików, spojrzeń i długich serpentyn bezruchu - sieć, której niespieszne falowanie między krzesłami, szafami, kredensem, sofą, białymi drzwiami, stolikiem z patefonem, stolikiem z rozłożonymi szachami i pustym stołem, układa się w opowieść o wystyganiu żył, mebli, pamięci, powietrza, korytarzy i 26 pokojów. w opowieść o końcówce przyszłych 8 kopczyków prochu. Słowem - Czechow.

Czechow pełny, czyli bezlitosny, nie dający żadnej nadziei, i wsysający zarazem. Wyznam - nie wierzyłem, że jest to jeszcze możliwe. Tak delikatne aktorstwo, po prostu piękne w swej czystej dyskrecji i w dokumentnym braku jakiejkolwiek nachalności, aktorstwo nie z naszej epoki. I świat Czechowa ulepiony tak, że gdy go oglądasz, masz wrażenie, że jest on stworzony wyłącznie dla ciebie, czujesz się więc, jakbyś zupełnie sam wszedł na chwilę do czyjegoś domu, z palcem na ustach usiadł blisko któregoś z rezydentów i oglądając jego marność, słuchając jego bezsilności - nieubłaganie tracił swe stare, tanie pocieszenia.

Nie inaczej: takie ma się wrażenie na "Wujaszku Wani" Śmigasiewicza. Po czym przychodzi pewność, że dom ten i gorzkie sekrety jego 26 pokojów trwać będą po naszym na palcach wyjściu, tak jak trwały od zawsze, nim o zmierzchu zapukaliśmy w białe drzwi.”

 

Paulina Korzeń, „Urok melancholijnego nastroju”, „Teatr dla Was”, 11 listopada 2011:

„Zwolennicy klasycznych wystawień Czechowa będą na pewno zadowoleni. Spektakl w zasadzie w każdym momencie czerpie z tradycji przedstawień tekstów jednego z najwybitniejszych rosyjskich dramatopisarzy: od aktorstwa (stonowane, przesycone melancholią, tęsknotą z elementami ironii, poczucia humoru) po scenografię (stare kredensy, kanapy i oczywiście samowar, choć tu nieco schowany), kostiumy i muzykę (ciche, zagrane na fortepianie melodie, czasami jednak nadające scenom pewną ckliwość). Wszystko idealnie „jak z epoki”. Bez kpiny z tradycji, próby wyśmiania dla niektórych może wyczerpanej już konwencji. To bardziej cytat mogący obrazować pewną sztampę.

Spektaklowi trudno cokolwiek zarzucić – zarówno pod względem reżyserii, czy aktorstwa. Idealnie oddaje melancholijny nastrój dramatu Czechowa, z zachowaniem dyskretnych rysów psychologii postaci, ich tęsknot, zawieszenia w próżni i nudy życia, w którym uparcie trwają; zmęczenia prowincją i poszukiwania sensu życia. Każda scena wydaje się być przemyślana i znakomicie zagrana. (...) Co chce nam reżyser powiedzieć poprzez wystawienie dramatu w takiej klasycznej formie? Czy celem jest zabranie nas do „muzeum”, pokazanie ludzi dawno już zapomnianej epoki?

Myślę, że na takie pytania każdy powinien sam znaleźć odpowiedź, a spektakl na pewno warto zobaczyć właśnie ze względu na ów perfekcjonizm poszczególnych elementów inscenizacyjnych. Innym walorem przedstawienia jest niezwykła kameralność sceny, a właściwie brak jasno określonej „estrady” – siedzimy właściwie w salonie Wojnickich, jesteśmy milczącymi i biernymi współuczestnikami wydarzeń, dotykamy stolika, na którym stoją szachy Wani, sukienka Heleny muska czubki naszych palców, a papieros zapalony przez Sonię od razu drażni zapachem. Świetnie zagospodarowano możliwości niewielkiej przestrzeni na Sarego 7 i to w sposób całkowicie niewymuszony.

„Wujaszek Wania”, w reżyserii Waldemara Śmigasiewicza, jest bez wątpienia warty obejrzenia dla tych, którzy jeszcze nie są przyzwyczajeni do tradycyjnych wystawień autora „Wiśniowego sadu”. Z pewnością jest to spektakl, jakich powstało już wiele, bo wierny klimatowi utworów rosyjskiego twórcy.  I może właśnie w tym tkwi jego wyjątkowy urok.”

 

Łukasz Maciejewski, „Gazeta Krakowska”, 1 marca 2012:

”(…) Przestrzeń przy ulicy Sarego zaprasza do współuczestnictwa. Nie ma tu podziału na widownię i scenę. Publiczność mieszka z Wanią, Heleną, Sonią. Słusznie, tego typu historie rozgrywają się przecież każdego dnia. Antoni Czechow w "Wujaszku Wani" precyzyjnie zadał kilka ważnych pytań: dlaczego żyjemy tak marnie, nie potrafimy kochać, jesteśmy albo tragiczni, albo komiczni, niemal zawsze żałośni. Wciąż nie poradziliśmy sobie z odpowiedziami.

Dwadzieścia sześć pokojów wiejskiego dworu z Czechowa to jeden, dosyć ubogo urządzony salon. Kanapa, samowar, melancholia. Jednak "wczoraj" mogłoby rozgrywać się "dzisiaj". Suknie Heleny, niby z epoki, możemy oglądać nie tylko w telewizji. Tani surducik Tielegina? Już gdzieś podobny widziałem, chyba w jednej z popularnych sieciówek. Ponadczasowość dramatu została zatem pokazana nienachalnie, samoistnie. Jak w słynnej piosence Elżbiety Wojnowskiej, wszyscy zostaliśmy "zaproszeni do stołu". Znamy zapachy, znamy uczucia. Tylko często o nich zapominamy.

"Wujaszek Wania" zagrany jest bardzo dobrze. Widać, że zespół "Bagateli" pracował metodą Stanisławskiego. Literackie profile bohaterów " Wujaszka Wani" zostały przepisane na życiorysy, emocje aktorów. Pogryzająca wciąż pestki z dyni, piękna Helena - Urszula Grabowska, jest nie tyle zła i znudzona, co depresyjna; Sonia Magdaleny Walach to nie naiwna gąska, ale smutna, rozpaczliwie nieszczęśliwa dziewczyna, od początku do końca zdająca sobie sprawę z życiowej udręki, która będzie jej towarzyszyć aż do końca; Astrów Wojciecha Leonowicza - inteligentny, trochę próżny, beznadziejnie szykujący się do wielkiego lotu, który nie nastąpi nigdy; wreszcie Wania w wykonaniu Dariusza Starczewskiego: wcale nie jowialny dziadunio, tylko nieco histeryczny i egzaltowany młody mężczyzna, którego wszystkie plany legły właśnie w gruzach. (…)”

„Tysiące odmian ciszy” – rozmowa z Waldemarem Śmigasiewiczem

 

- W ubiegłym roku w Moskwie, w trakcie trwania jubileuszu 150 rocznicy urodzin Czechowa, organizatorzy Festiwalu zbierali opinie od twórców z całego świata na temat jego twórczości. Wśród najrozmaitszych wypowiedzi znalazła się taka oto opinia wygłoszona przez Petera Steina: „Czechowowskie spektakle należy wystawiać regularnie – co 5-6 lat, chociażby ze względu na zdrowie moralne”.

- Czyje? Aktorów czy społeczeństwa?

 

- Myślę, że jednych i drugich może dotyczyć to zalecenie.

- Skoro mówi to reżyser Peter Stein, to może i wie, co mówi? Ale tak serio, coś w tym jest, o czym mówi Stein… Na całym świecie chętnie sięga się po Czechowa, po klasyków, po Szekspira, po Moliera. To autorzy, którzy umieli opowiadać o świecie. Opowiadać o świecie w ten sposób, że ten świat staje się ich. Dorzucę Harolda Pintera i Becketa. Też klasycy.

 

- Wszyscy klasycy.

- No tak. I jak to z klasykami bywa, a zwłaszcza z Czechowem, przy pracy nad ich i jego tekstami nie wolno się spieszyć. „Cierpliwość – cnotą detektywa” jak mówił też klasyk – Maciej Wojtyszko.

 

- A tak na poważnie?

- Czechowa należy robić tak długo, by pozwolić na pełne rozwinięcie wszystkich wibracji, które zawarte są i w tekście, i poza nim. Granie Czechowa według mnie polega na zbudowaniu przestrzeni pomiędzy słowami, które są tysiącami odmian ciszy.

 

- To jest sztuka.

- Sztuka przez duże S jest bezinteresowna. To znaczy, że nie atakuje żadnej strony politycznej i nie opowiada się po stronie jakiegoś systemu społecznego. Opisuje coś, co się immamentnie konstruuje w ludziach. W uczuciach osamotnienia, pustki, meandrach miłości, w zawieszeniach. I taki rodzaj sztuki, literatury, dramatu proponuje właśnie Czechow.

 

- Scenografia i kostiumy zaproponowane przez Macieja Preyera wyrzucają waszą inscenizację „Wujaszka Wani” poza nawias tradycji wystawień spektakli Czechowa.

- Zauważ, że miejsce też jest inne. Nie ma salonu. Są za to ludzie/aktorzy postawieni pod ścianą i bliska, współodczuwająca z nimi widownia. Zależy mi na tym, żeby widz bardzo dobrze usłyszał i zrozumiał słowa Astrowa: „Jakoś się nie chce…”. w najmniejszym stopniu nie zależało nam na lokowaniu historii „Wujaszka Wani” w jakimkolwiek czasie. Skoro – między innymi – dlatego wciąż sięga się po utwory Czechowa, że są uniwersalne i ponadczasowe, to dajmy im takim być.

Bo dla mnie kluczem dla tego przedstawienia jest właśnie czas, który dla człowieka nie może zniknąć bez śladu. Na przykład dla Wojnickiego najważniejszy jest czas przeszły. Iwan układa i wartościuje czas przeszły, narzucając swoje postrzeganie rzeczywistości innym. Bohaterowie Czechowa nie rozumieją teraźniejszości nie dlatego, że jest dla nich „za szybka”, ale dlatego, że jest nowa. Nieoswojona, a stworzony przez nich ideał rzeczywistości jest oparty na przeszłości.

Pracę nad przedstawieniem zacząłem od postawienia takiej tezy: czas należy do duchowej kategorii człowieka. Czas, który przeżyliśmy, odkłada się w naszej duszy jako warstwa doświadczeń. W związku z tym on oddziaływuje na nas w sposób bardziej rzeczywisty, niż to co dzieje się teraz. To dla mnie było kluczem. Stąd w tym przedstawieniu tak wiele pauz i zawieszeń, które jednak nie pociągają za sobą popadania w sentymentalizm. Choć z sentymentem traktujemy rytuały, których zawsze pełno u Czechowa.

 

- Jak w życiu…

-…które się z nich składa. Jak zachwiejemy proporcję rytuałów, świat się zaczyna także chwiać. Wania martwi się o swoją przyszłość, bo ona może zostać pozbawiona właśnie utartych schematów. Tego, co dobrze zna, co go do tej pory określało i nadawało sens jego egzystencji. Czechow wydaje się mówić, że jakby rytuały zostawały zachowane, a my nie bylibyśmy nastawieni do świata anarchistycznie, to życie byłoby lepsze. Choć trzeba tu uściślić, że nie mówimy o powierzchownym traktowaniu rytuałów, ale o tym ich aspekcie, który porządkuje rzeczywistość i który, uruchamiając w człowieku pamięć emocjonalną, prowadzi w konsekwencji do jego odnowy.

 

- Twórczość Antoniego Pawłowicza jest zapisem zanikającego i znikającego inteligenckiego postrzegania świata.

- Owszem, miał sporą intuicję przeczuwając, że coś niebawem się zmieni. Wybrał sobie na miejsca swoich historii oddalone od centrów małe dworki i dacze. Pokazał, że żyją sobie tam, swoim utartym rytmem, mili ludzie. I to by było na tyle tej sielanki. Bo – jak wiemy – z tymi ludźmi i ich marzeniami, historiami, pragnieniami już tak prosto nie jest. Chwała Bogu, dołożył do tych opowieści wiele humoru i ironii, które nie pozwalają na dominację ckliwości, taniego sentymentalizmu i czułostkowości.

 

- Na początku naszej rozmowy powiedziałeś, że na Czechowa trzeba mieć czas. Taki zwyczajny czas na smakowanie pracy.

- Oj muszę to koniecznie powiedzieć! Bardzo dawno nie pracowało mi się tak fantastycznie z aktorami. Świetnie mi się z nimi próbowało i próbuje. Weszli z zaufaniem w zaproponowaną przeze mnie i przestrzeń, i świat, a ja z kolei staram się dopasowywać ten świat do nich. I ja to nasze spotkanie szalenie sobie cenię. Nie tylko dlatego, że nie ma Czechowa bez świetnych aktorów, z którymi teraz pracowałem.

 

/rozmawiała Magdalena Furdyna/